Miedziany Król
- Автор: Дяченко Марина и Сергей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-012-5
- Переводчик: Iwona Czapla
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Miedziany Król». Краткое содержание книги:
Przypadek sprawia, że poznaje pradawne zaklęcie — prośbę skierowaną do tytułowego Miedzianego Króla: w zamian za rzecz szczególnie dla proszącego ważną Król dać ma to, czego w danej chwili proszący szczególnie potrzebuje, przy czym to Król, a nie proszący, decydować ma, co stanie się przedmiotem zamiany. Chłopak korzysta z owej wiedzy w sposób bezwzględny. Dzięki niej z niewolnika wspina się na sam szczyt społecznej drabiny — dowodzona przez niego armia jest w stanie konkurować z największymi potęgami tego świata. Czy aby jednak na pewno dzięki temu osiąga sukces? Czy może osiągnąłby go i tak, bez pomocy mitycznego Króla?
— Łuna Księżyca jest martwy!
Kobieta w czarnym stroju głowy podeszła do przodu, sczepiając na piersi długie, jakby ptasie, palce:
— Powinien był umrzeć! Jego miejsce w mogile jeźdźca i brata!
— On żyje — wyszeptał Razwijar. — Zdecydowałem za niego. Jestem jego jeźdźcem. On żyje.
Znowu zahuczał tłum. Wyrwał się młody głos:
— Łżesz! Widziałem Łuksa martwym!
— Zamknij się, Goniec Pod Wieczór! Wsuń sobie w ucho swój kłamliwy język!
Szmer jakby uciął nożem.
Tracąc przytomność i czując własną krew na całym ciele, zdążył zobaczyć, jak spośród tłumu przepycha się ktoś kosmaty, czworonożny, z błyszczącymi klingami w gotowości:
— Widziałeś mnie martwym?! To popatrz jeszcze raz! Tylko uważnie i powtórz to patrząc mi w oczy!
— Nie waż się — wyszeptał Razwijar.
Zobaczył jak z grzbietu chimajryda zeskakuje kobieta w czarnym płaszczu. Jak wznosi ręce z turkusowym ogniem na palcu, jak przez tłum przechodzi szmer niepokoju. Jak Łuks rwie do brzegu, jak rozstępują się przed nim, cofając, młodzi i starzy. Jak rzuca się w wodę, której nikt z jego współplemieńców nie śmiał dotknąć i rwie ku ofiarnej tratwie, a biała fala rozchodzi się przed jego piersią.
I nie utrzymawszy się na skraju ciemnej przepaści, Razwijar w końcu osunął się w czarną, bezkształtną, bezczasową otchłań nieświadomości.
Rozdział szósty
Skrzydłaki leciały na dużej wysokości, niedosięgłe dla strzał. Skupisko chimajrydów na brzegach Jeziora Urodzaju, nie uszło ich uwadze. Był to patrol złożony z trzech wierzchowych ptaków.
— Na jednym z nich jest mag — powiedziała Jaska.
Nagóreni co i rusz chwytali za broń, ale imperatorscy strażnicy nie atakowali, po prostu krążyli na dużej wysokości, trzymając chimajrydów w napięciu. Łuks często głośno wzdychał i popatrywał to na niebo, to na boki, obawiając się napadu i w każdej chwili oczekując strzały.
Razwijar czuł, jak unoszą się i opadają jego kosmate boki, jak gwałtownie bije serce; Jaska siedziała na ziemi, złożywszy dłonie jak ogniewucha skrzydła. Na jej palcu jaśniał turkusowy kamień.
Razwijar leżał, opierając się o ramię chimajryda, nie czując rąk, opatrzonych wstęgami materiału. Łuks trzymał przy jego wargach kielich z gęstym, cierpkim napojem. Ciemniało mu przed oczami przy każdym ruchu, mówienie sprawiało ogromną trudność, ale upił z kielicha i mówił dalej. Wodzowie i seniorzy musieli się nisko nad nim pochylać, żeby go słyszeć, a łowili każde słowo.
Dwóch młodych, którzy złapali Razwijara poprzedniego dnia — jeździec i jego brat — trzymali się obok, bardzo blisko.
Nie rozumieli zupełnie, co się dzieje. Zamieszanie, jakie zapanowało z powodu jeńca, pochlebiało im i przerażało równocześnie. Czworonożnego zwali Dalekim Światłem, jego jeźdźca Gońcem Pod Wieczór. Obaj trzymali w gotowości swoje kindżały, jakby obawiając się Razwijara albo mając nadzieję, że nagle padnie rozkaz: „zabić”.
Kobieta w spiętrzonej fryzurze na głowie, z drobną siateczką zakrywającą twarz, z długimi, jakby ptasimi palcami, stała nieopodal. Wykorzystując chwilę, kiedy rozmowa przycichła — wodzowie rozmyślali głęboko nad czymś, a Razwijar umilkł, zbierając siły, podeszła do Łuksa.
Siateczka skrywająca jej twarzy drgała z każdym słowem.
— Kiedy byłeś w królestwie umarłych, widziałeś Szybkiego Tancerza? Co mu powiedziałeś?
— Nie byłem w królestwie umarłych, matko — chimajryd odrobinę się cofnął. — Ale, kiedy tam trafię… będę wiedział, co powiedzieć.
Kobieta odczekała chwilę. Nie było widać jej twarzy, wyciągnęła suchą, chudą rękę i dotknęła czoła Łuksa. Ten zamarł.
— Teraz nie ma prawa, Łuno Księżyca — przesunęła dłonią po jego włosach. — Teraz każdy umiera samotnie…
— To lepsze, niż umrzeć razem z całym plemieniem — ponuro oznajmił Łuks. — Ale my będziemy żyć długo.
I zmrużywszy oczy popatrzył w niebo, gdzie wciąż krążyły skrzydlaki.
— Każ swojemu magowi pokazać pierścień — zwrócił się do Razwijara jednoręki wódz.
Jaska wolno, władczo uniosła rękę, podnosząc kamień niemal pod samą twarz Nagórena.
Seniorzy długo milczeli. Czy to turkusowy odblask uczynił ich twarze zastygłymi niczym woskowe odlewy, czy też rozpoznali pierścień należący kiedyś do Poranka Bez Skazy, widok ten sprawił jednak, że zamarli i milczenie przeciągało się długo. Nikt z Nagórenów nie podważał prawdziwości przedmiotu, który zobaczył na palcu maga.
— „Mówią, że on stworzył i przeklął jakąś rzecz…”
— Razwijar pojął, że bezgłośnie otwiera usta. Wtedy skinął w kierunku Jaski. Ta przemówiła, jakby czytała na głos księgę:
— Poranek Bez Skazy stworzył i przeklął ten pierścień. Kiedy stary władca dotknął pierścieniem wody, przekleństwo nabrało mocy. Ja jestem magiem i zdejmę przekleństwo.
— Teraz?! — Jednocześnie zapytało kilka głosów.
Jaska odrobinę zmieszana popatrzyła na swojego władcę.
— A gwarancje? — Starał się rozciągnąć usta w uśmiech. — Kto da mi słowo, że Nagóreni, uwolniwszy się od przekleństwa, nie odpłacą mi złem?
— Rada wodzów da ci słowo — zaczął jednoręki, ale Razwijar już nie słuchał, patrzył czujnie w górę. Skrzydlaki zniżały lot.
— Do boju! — krzyknął któryś z wodzów.
— Ośmielili się — poniosło się w tłumie. — Sprofanować… Święte Jezioro…
Brzeg najeżył się wzniesionymi ostrzami. Łuks ostrożnie ułożył rannego jeźdźca na piasku i stanął przed nim, osłaniając go z góry.
Jaska ścisnęła w pięść rękę z pierścieniem. Zacisnęła wargi, Razwijar patrzył na nią z dołu. Z tej perspektywy jej twarz straciła proporcje i zdawała się straszna.
Dziewczyna głęboko wciągnęła powietrze w płuca. Zmrużyła oczy. Z pierścienia wyrwało się cienkie jak nitka turkusowe światło, które błyskawicą powędrowało do nieba, wbiło się w obłok za skrzydlakiem i ptak, machnąwszy skrzydłami, nagle przewrócił się na bok. W tej samej chwili Jaska krzyknęła i poderwała się do góry, jakby ktoś silnie szarpnął ją za rękę.
Niebo zahuczało od dalekiego grzmotu, padający skrzydlak wyrównał lot nad ziemią i kilka strzał, wypuszczonych przez chimajrydów, przeleciało obok. Skrzydlaki całą trójką odleciały za horyzont i dopiero wtedy ziemi dosięgły ogromne, nieważko szybujące, białe pióra. Jedno upadło tuż obok leżącego Razwijara.
Nagóreni ryczeli, potrząsając orężem. W tym, co się stało, zobaczyli pierwsze zwycięstwo i dobry znak. Jaska stała z dumnie uniesioną głową, jak przystało wielkiemu magowi. Jeden tylko Razwijar widział, że jej lewa ręka ostrożnie ściska prawą i że blask pierścienia przygasł.
Wracał do zamku prawie leżąc w siodle, przytulony do ramienia Łuksa. Umowa została zawarta i miała trwać do pierwszego śniegu. Jaska kroczyła obok, a dalej, utrzymując dystans podążało pięciu chimajrydów z jeźdźcami — obserwator i przyszli zakładnicy. Władca zamku, który dobrowolnie oddał się w ofierze Jezioru, jego potężny mag i jego przybrany brat, który powrócił z krainy umarłych, zostali bohaterami pieśni jeszcze zanim sojusz Nagórza i Zamku został skropiony wodą na świętym brzegu.
Wracali, co i rusz spoglądając w niebo. Dwukrotnie zauważyli skrzydlaty patrol — na horyzoncie, nad górami. Jaska w milczeniu rozdymała nozdrza. Do samego zamku między nią, Łuksem i Razwijarem nie padło ani jedno słowo.