Miedziany Król
- Автор: Дяченко Марина и Сергей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-012-5
- Переводчик: Iwona Czapla
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Miedziany Król». Краткое содержание книги:
Przypadek sprawia, że poznaje pradawne zaklęcie — prośbę skierowaną do tytułowego Miedzianego Króla: w zamian za rzecz szczególnie dla proszącego ważną Król dać ma to, czego w danej chwili proszący szczególnie potrzebuje, przy czym to Król, a nie proszący, decydować ma, co stanie się przedmiotem zamiany. Chłopak korzysta z owej wiedzy w sposób bezwzględny. Dzięki niej z niewolnika wspina się na sam szczyt społecznej drabiny — dowodzona przez niego armia jest w stanie konkurować z największymi potęgami tego świata. Czy aby jednak na pewno dzięki temu osiąga sukces? Czy może osiągnąłby go i tak, bez pomocy mitycznego Króla?
„Największy zaszczyt, jaki Nagóreni mogą okazać wrogowi, to przynieść jego krew w ofierze Jezioru Urodzaju. Uważa się, że takie ofiary są w stanie odsunąć nieszczęście. Tratwę z ciałem ofiary wyprowadza się na wodę i zostawia tam, dopóki cała krew nie wypłynie z jego poprzecinanych żył i nie wypełni wody jeziora.
Składanie ofiary odbywa się na oczach ludu. Ale jeśli w ofierze Jezioru przynosi się bezpłodną kobietę, odbywa się to w środku nocy, w tajemnicy i nikt, oprócz akuszerki, nie śmie na to patrzeć”.
Woda w Jeziorze Urodzaju okazała się mlecznobiała. Podobnego zjawiska Razwijar nigdy nie widział, czarne i czerwone kamienie wynurzały się przy brzegu z wody i piasku, podobne do wytworów szalonego rzeźbiarza. Figury splatały się, ni to pochłaniane przez ogień, ni to tańcząc, ni to oddając się aktom miłości i niemożliwym było pojąć, czy to wiatr je wytoczył, czy też są dziełem rąk ludzkich.
Miękka biel wody zlewała się z ostrym światłem, błysków prawie szklanego piasku. Każdy klan władał swoją częścią brzegu, Jezioro nie należało do nikogo. W miarę tego, jak rozchodziły się ciemności, Razwijara ogarniała coraz silniejsza panika, zdawało mu się, że brzegi są puste.
Nikt nie mówił ani słowa.
Tratwa ołtarz pamiętała zapewne wiele ofiar, ale na czarnym, wypolerowanym drewnie nie było widać starej krwi. Razwijara powiesili na drągu, przepuściwszy sznur pod rękami — ledwie dotykał czarnej belki palcami bosych stóp. Przesunęli ostrym nożem po nadgarstkach, nie poczuł bólu, za to od razu poczuł lepką krew. Tratwa potoczyła się po okrągłych deszczułkach, ześliznęła do wody, zakołysała i popłynęła, wolno się obracając. I wtedy, wreszcie obróciwszy się twarzą do brzegu, zobaczył ich.
Czworonogi i jeźdźcy, i nawet kilka kobiet w rytualnych przystrojeniach głowy — czarnych, z drobniutką siatką, przykrywającą twarz. Pojawiły się, żeby złożyć w ofierze wroga i poprosić bogów o zmiłowanie. Razwijar mimochodem pomyślał, że bogowie chimajrydów są marni w porównaniu z Miedzianym Królem, kimkolwiek by ten był. Tym bogom przynoszą w ofierze wrogów i bezpłodne kobiety, chcąc otrzymać szczęście na polowaniu, albo na polu walki. Tylko szczęście, tylko maleńki cud.
Zmusił się do milczenia cały dzień i całą noc w przeddzień składania ofiary. Jeśli odcięliby mu język, jego pomysł obróciłby się wniwecz i stałby się tylko milczącą ofiarą krwawej szopki, tak jak to przewidywał dziesiętnik Bran. Teraz jego krew ciekła, omywając mu ręce i ramiona, zostawiając ścieżki na brzuchu i gołych nogach, a czarna ofiarna tratwa majestatycznie płynęła po spokojnej tafli jeziora. Chimajrydzi patrzyli w milczeniu — każdy z nich modlił się nie otwierając ust.
— Prosiliście o to wiele razy…
Gardło mu wyschło. W miejsce słów wyrwał się syk. Kilka setek Nagórenów; czworonogów i jeźdźców, patrzyło na niego. W miarę upływu czasu robiło się jaśniej i coraz jaskrawszy stawał się przybrzeżny piasek, i coraz bardziej przejrzysta woda. Opary mgły, podobne do dziewcząt w białych szatach, podnosiły się nad wodą, tańcząc melancholijnie.
— Prosiliście wiele razy — głośno, z przerwami, powtórzył Razwijar. — Teraz wasze modlitwy bliskie są, jak nigdy, uszu waszych bogów!
Uniosły się opuszczone twarze. Zabłysły oczy na brzegu. Razwijar poczuł, jak krew z ran pociekła szybciej. Poczuł się pijany i lekki jak mgła nad jeziorem i przemówił pełnym głosem, kładąc nacisk na każde słowo:
— Nagóreni, jesteście skazani. Popatrzcie na swoją ziemię: przybędą imperatorskie wojska i przybite na słupach tęczowe akty urzędowe. A po waszej śmierci, będą tutaj żyły nie dzieci wasze i nie wnuki, a inni ludzie i stworzenia, i będą służyli innym bogom, będą kłaniać się Imperatorowi. Skalają swoją obecnością Jezioro Urodzaju.
Jego głos daleko roznosił się po wodzie, ale czas uciekał o wiele szybciej niż przypuszczał.
Minęła euforia, nadchodziła słabość. Wkrótce pociemnieje mu przed oczami, nagi i zakrwawiony wisiał na tratwie niedaleko od brzegu, a tłum wrogów słuchał go — nie chcąc słuchać.
Dał się słyszeć szmer. Zabrzmiały przekleństwa. Kapłani zrozumieli swój błąd — ofierze należało uciąć język. Na tratwie ołtarzu należało umierać w milczeniu. Żeby zachować przyzwoitość pozostawało jedno — zagłuszyć słowa umierającego, zgiełkiem oburzonych głosów.
— Bogowie, spójrzcie na nas…
— Zmiłuj się, Wof…
— Świętokradztwo…
— Co on mówi?!
— Słuchajcie mnie! — teraz już krzyczał ostatkiem sił. — Pokonaliście mnie — strażnika zamku, oddaliście mnie swoim bogom, ale jest inna droga ocalenia! Jest taka możliwość; samo Jezioro zwraca się do was moimi ustami! Jest droga ocalenia, jest taka możliwość, urodzą się wam dzieci i wnuki, a Imperator odejdzie z waszych ziem. Jest droga! I ja ją znam!
Szukał oczami ich oczu. Posiąść władzę nad tłumem chłopów, siedząc w siodle, to śmiesznie łatwe. Można, stojąc na wysokim kamieniu, posiąść władzę nad tłumem byłych niewolników.
Można nakłonić do posłuchu mieszczan albo strażników. Ale jak zmusić innych do wysłuchania ciebie, jeśli sam, nagi i zakrwawiony, wisisz na pływającym ołtarzu, a na brzegu ryczy tłum wrogów — ludzi innej rasy, srogich i skazanych, bez nadziei.
— Popatrzcie na moją krew! Przelewacie ją w Jezioro, ale ta ofiara was nie ocali!
Podniósł głos i z przerażeniem poczuł, że traci siły.
— Ponieważ to nie ja zniszczyłem wasze osady i nie ja zabijałem wasze dzieci! Nie ja was przekląłem. Zabiłem starego władcę, waszego kata! Ja go zabiłem, a nie imperatorski mag!
Wysłuchajcie mnie, ponieważ znam drogę ocalenia i powiem wam o niej!
W zgiełku tłumu słyszeli go tylko ci, którzy stali u samego brzegu jeziora.
— On łże!
— Zamknijcie mu usta!
— Co on mówi?
Przesunęli się do przodu, ale nikt nie ośmielił się dotknąć wody świętego jeziora.
— Nie ocali was moja śmierć! Ja mogę was ocalić — żywy!
— Zamknijcie mu…
— Niech mówi!
Nagle zrobiło się cicho. Razwijar nie pojmował, czy to jego słowa zmusiły tłum do milczenia, czy też ktoś z seniorów dał znak albo może on sam już ogłuchł.
— Imperator jest mocny, ale nie wszechmocny — przemówił w tej nowej ciszy. — Wyobraźcie sobie, że przyszedłby do was nowy władca kamiennego zamku. Wyobraźcie sobie, że zaproponowałbym wam wojenny sojusz. Razem przeciwko Imperatorowi. — Razwijar prawie szeptał i gdyby nie cisza, jaka zapanowała na brzegu, nikt by go nie usłyszał. — Co byście odpowiedzieli? Wyrzeklibyście się go i umarli w hańbie? Czy zgodzilibyście się i ruszyli do walki?
— Kim on jest? — dopytywano z tylnych rzędów. — Kim on jest?
— Przekleństwo Poranka Bez Skazy może być zdjęte. — Zdawało mu się, że do jeziora spłynęła cała jego krew, co do kropli. Nie czuł już swoich rąk i ledwie mógł poruszać wargami.
— W zamku jest mag. On zdejmie przekleństwo. Wierzcie mi.
— Łżesz!
— On łże, nie słuchajcie go!
— Obcy! Nie można wierzyć obcym!
— Poranek Bez Skazy nie był obcym i co z wami zrobił? A ja jestem jeźdźcem — przed oczami Razwijara wszystko płynęło: i brzeg, i biała woda, i twarze. — Nie mam czasu na kłamstwa. Moje słowa może potwierdzić mój przybrany brat, Nagóren, Łuna Księżyca.