Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl]
Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl]

Электронная книга - «Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl]». Краткое содержание книги:

Ewolucja we wszechświecie powieści Brina nie jest tylko siłą naturalną — rozwinięte gatunki istot inteligentnych przyspieszają rozwój innych, „niższych” ras w ramach galaktycznego porządku wspomagania. Wiąże się z tym także system powiernictwa planet — Ziemianie otrzymali Garth w celu przyspieszenia odbudowy jego zniszczonego ekosystemu. Jednak ptasiopodobni Gubru szykują inwazję na Garth. Chcą nie tylko przejąć planetę, ale także wykorzystać ją w szantażu, mającym na celu ujawnienie miejsca stacjonowania odkrytej przez ziemski statek „Streaker” kosmicznej floty starożytnej rasy. Rozpoczęta wojna toczy się nie tylko na powierzchni Garth, gdzie pozbawione ludzkich zwierzchników neoszympansy organizują partyzantkę, ale i na poziomie galaktycznego systemu wspomagania, w ramach którego Ziemianie walczą o swoje prawo do planety.
1 ... 96 97 98 99 100 101 102 103 104 ... 192
Перейти на страницу:

Wyżej na zboczu, ponad łańcuchem skrytych w tumanach mgły gorących źródeł, ujrzał inne brązowe postacie poruszające się na drzewach.

— To młode samce — wyjaśniła Elsie. — Oraz te, które są zbyt stare, by utrzymać pozycję patriarchy. Przed inwazją planiści w Centrum Howlettsa próbowali podjąć decyzję, czy ingerować w ich system rodzinny. Faktem jest, że to ich sposób życia, ale to takie okrutne dla biednych samców — parę lat przyjemności i chwały, ale kosztem samotności przez większą część reszty ich egzystencji — potrząsnęła głową. — Nie dokonaliśmy jeszcze wyboru, gdy przybyli Gubru. Teraz możemy już nigdy nie mieć okazji.

Robert powstrzymał się od komentarzy. Nienawidził traktatów narzucających ludziom ograniczenia, nadal jednak trudno mu było zaakceptować to, co koledzy Elsie robili w Centrum Howlettsa. Przyznanie sobie prawa do podjęcia podobnej decyzji było arogancją. Nie widział szczęśliwego rozwiązania tej sytuacji.

Gdy zbliżali się do gorących źródeł, ujrzał szymy zajmujące się z powagą różnymi zadaniami. Tu jakaś szymka zaglądała w usta potężnemu gorylowi o masie co najmniej sześć razy większej od niej, sondując je za pomocą narzędzia dentystycznego, ówdzie inna cierpliwie uczyła języka migowego klasę złożoną z dziesięciu gorylich dzieci.

— Ile szymów się nimi opiekuje?

— Doktor de Shriver z centrum, około tuzina szymskich techników, którzy pracowali tam z nią, plus mniej więcej dwudziestu strażników oraz ochotników z okolicznych osad. To zależy. Czasami zabieramy górki ze sobą, żeby nam pomagały w wojnie.

— Jak dają radę je wszystkie wykarmić? — zapytał Robert, gdy zeszli na brzeg jednego ze źródeł. Niektóre z szymów z jego grupy dotarły tam przed nimi i wylegiwały się już na mokrym stoku, popijając zupę z kubków. W pobliskiej, niewielkiej jaskini znajdował się prowizoryczny magazyn, gdzie miejscowi pracownicy w fartuchach napełniali chochlami kolejne parujące garnuszki.

— To jest pewien problem — Elsie skinęła głową. — Goryle mają delikatny układ trawienny i trudno jest skomponować dla nich odpowiednio zrównoważoną dietę. Nawet w zrekonstruowanym środowisku Afryki wielki samiec o srebrnych grzbiecie potrzebuje do sześćdziesięciu funtów roślinności, owoców i owadów dziennie. W naturze goryle muszą ciągle pozostawać w ruchu, by znaleźć taką ilość żeru, a my nie możemy im na to pozwolić.

Robert schylił się ku wilgotnym kamieniom i wypuścił gorylka, który popędził w dół, na brzeg sadzawki, nie przestając żuć swego postrzępionego paska plastiku.

— To brzmi jak poważny dylemat — powiedział do Elsie.

— Tak. Na szczęście doktor Schultz rozwiązał w zeszłym roku ten problem. Cieszę się, że miał przed śmiercią tę satysfakcję.

Robert ściągnął mokasyny. Woda wyglądała na gorącą. Zanurzył w niej palec u nogi i cofnął go szybko.

— Oj! Jak on to zrobił?

— Hmm, przepraszam?

— Jakie było rozwiązanie doktora Schultza?

— Mikrobiologia, ser — Elsie podniosła nagle wzrok. Jej oczy zalśniły. — Och, niosą zupę i dla nas!

Robert przyjął kubek z rąk szymki, której fartuch z pewnością wykonano z materiału utkanego na krosnach goryli. Szymka utykała. Robert zastanawiał się, czy została ranna podczas walk.

— Dziękuję — powiedział, napawając się aromatem. Nie zdawał sobie dotąd sprawy, jaki jest głodny.

— Elsie, co to znaczy, mikrobiologia? Popijała powolutku zupę.

— Bakterie jelitowe. Symbionty. Wszyscy je mamy. Malutkie stworzonka żyjące w naszych wnętrznościach i w ustach. Najczęściej to nieszkodliwi partnerzy. Pomagają nam strawić żywność w zamian za lokum.

— Och — rzecz jasna Robert wiedział o biosymbiontach. Każde dziecko szkolne o nich wiedziało.

— Doktor Schultz zdołał zmajstrować szereg mikrobów, które pomagają górkom jeść — ze smakiem — całą masę miejscowej, garthiańskiej roślinności. One…

Przerwał jej cichy, wysoki krzyk, niepodobny do niczego, co mogłaby wydobyć z siebie małpa.

— Robert! — rozdarł się piskliwy głos. Robert podniósł wzrok. Uśmiechnął się.

— April. Mała Aprii Wu. Jak się masz, słoneczko? Była ubrana jak Sheena, dziewczynka z dżungli. Jechała na lewym ramieniu dorastającego samca goryla, którego czarne oczy były cierpliwe i łagodne. April pochyliła się do przodu i zamigała rękoma w szybkiej serii znaków. Goryl puścił jej nogi. Dziewczynka wspięła się w górę, by stanąć mu na ramieniu. Złapała goryla za głowę, by utrzymać równowagę. Jej strażnik pochrapywał cierpliwie.

— Złap mnie, Robert!

Zerwał się na nogi. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, by ją powstrzymać, dziewczynka wyskoczyła w górę — opalony wiatrak powiewający włosami blond. Schwycił ją w plątaninie nóg. Przez chwilę, zanim złapał ją pewnie, serce biło mu szybciej niż podczas walki czy górskiej wspinaczki.

Wiedział, że dziewczynkę trzymano z gorylami dla jej bezpieczeństwa. Ze smutkiem zdał sobie sprawę, jak bardzo był zajęty od chwili, gdy odzyskał zdrowie po swych obrażeniach. Zbyt zajęty, by pomyśleć o tym dziecku, jedynym poza nim człowieku przebywającym na wolności w górach.

— Cześć, dynieczko — powiedział. — Jak ci się teraz wiedzie? Czy dobrze opiekujesz się górkami? Skinęła z powagą głową.

— Musę się nimi dobze opiekować, Robert. Musimy sprawować dowództwo, bo zostaliśmy tylko my.

Robert przycisnął ją mocno do siebie. Nie zdawał sobie dotąd sprawy, jak bardzo brak mu było towarzystwa ludzi.

— Aha. Zostaliśmy tu tylko ty i ja — powiedział cicho.

— Ty i ja, i Tymbimka Athaclena — przypomniała mu. Spojrzał jej prosto w oczy.

— Mimo to robisz wszystko, o co cię prosi doktor de Shriver, prawda?

Skinęła głową.

— Doktor de Shriver jest fajna. Mówi, ze może już niedługo będę się mogła zobacyć z mamą i tatą.

Robert skrzywił twarz. Będzie musiał porozmawiać z de Shriver na temat oszukiwania dzieci. Kierująca placówką szymka zapewne nie mogła znieść myśli o powiedzeniu ludzkiemu dziecku prawdy — że będzie przebywało pod ich opieką przez jeszcze długi czas. Wysłanie jej teraz do Port Helenia oznaczałoby zdradzenie tajemnicy goryli, czemu nawet Athaclena była w tej chwili zdecydowana zapobiec.

— Zanieś mnie tam, Robert — zażądała Aprii ze słodkim uśmiechem, wskazując ręką na płaską skałę, gdzie mały gorylek brykał przed niektórymi z członków jego grupy. Szymy śmiały się pobłażliwie z wygłupów małego samca. Zadowolony, lekko zarozumiały ton ich głosów był dla Roberta czymś zrozumiałym. Było naturalne, że bardzo młody gatunek podopiecznych żywił tego rodzaju uczucia do gatunku jeszcze młodszego. Szymy odnosiły się do goryli w sposób bardzo rodzicielski, traktując je niczym swoją własność.

Robert z kolei czuł się trochę jak ojciec mający przed sobą nieprzyjemne zadanie wytłumaczenia w jakiś sposób dzieciom, że piesek nie będzie mógł zostać w domu na stałe.

Przeniósł Aprii na drugi brzeg i postawił na ziemi. Temperatura wody była tu znacznie znośniejsza. Nie, była cudowna. Zrzucił z nóg mokasyny i poruszył palcami u nóg w wywołującym mrowienie cieple.

Aprii i mały gorylek usiedli po obu stronach Roberta, wspierając łokcie na jego kolanach. Elsie spoczęła u jego boku. Była to przelotna, spokojna scenka. Gdyby w sadzawce pojawił się w magiczny sposób neodelfin, który wyskoczyłby z wody, by ich podglądać z szerokim uśmiechem, ten żywy obraz byłby dobrym portretem rodzinnym.

1 ... 96 97 98 99 100 101 102 103 104 ... 192
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)