Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Inny wiatr [The Other Wind - pl]
Inny wiatr [The Other Wind - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Inny wiatr [The Other Wind - pl]

Электронная книга - «Inny wiatr [The Other Wind - pl]». Краткое содержание книги:

Mimo powrotu prawowitego króla w Ziemiomorzu nie dzieje się najlepiej. Prosty czarownik Olcha we śnie odwiedza krainę umarłych, gdzie przebywa jego ukochana żona. Jej pocałunek staje się początkiem zmian. Umarli pragną opuścić swój kraj, a Olcha może otworzyć im drogę. Zwraca się zatem o pomoc do dawnego Arcymaga Geda, który posyła go do Tenar, Tehanu i młodego króla w Havnorze. Wraz z dziewczyną-smokiem Irian muszą stawić czoło największemu z zagrożeń.
W „Innym wietrze” powracamy do Ziemiomorza, Archipelagu, w którym mieszkają magowie i smoki, i do bohaterów znanych z poprzednich tomów: Geda, Tenar, Tehanu, Arrena, Irian… Czas bowiem połączyć rozproszone wątki, czas pokazać, ku czemu wiodło przeznaczenie.
1 ... 6 7 8 9 10 11 12 13 14 ... 51
Перейти на страницу:

— Haro, odejdź stamtąd! Haro!

Olcha zadrżał i odprężył się. Westchnął ponownie, przewrócił się na brzuch i znieruchomiał.

Krogulec siedział z ręką na jego ramieniu. Jakim cudem sam także się tam znalazł, przy owym kamiennym murze? Nie miał już mocy, by tam dotrzeć. Nie mógłby znaleźć drogi. Podobnie jak zeszłej nocy, zbłąkana dusza Olchy przyciągnęła go do granicy mrocznej krainy.

Senność zupełnie go opuściła. Siedział, spoglądając na szarzejący prostokąt zachodniego okna pełen gwiazd. Trawa pod murem… Dalej, gdzie wzgórze opadało ku mrocznej, suchej równinie, już nie rosła. Powiedział Olsze, iż w dole jest tylko pył i skały. Sam widział ów czarny pył, czarne skały, suche łożyska strumieni, którymi nigdy nie płynęła woda. Ani śladu żywych istot — ptaków, spłoszonych polnych myszy, małych bzyczących owadów połyskujących w blasku słońca. Jedynie martwi ludzie o pustych oczach i pustych twarzach.

Ale czy ptaki nie umierają?

Mucha, giez, koza — biało-brązowa bezwstydna koza Sippy o zgrabnych kopytkach i żółtych oczach, ulubienica Tehanu. Padła zeszłej zimy ze starości. Gdzie teraz była Sippy?

Nie w suchej krainie, w mrocznej krainie. Nie żyła, ale tam jej nie było. Pozostała tam, gdzie jej miejsce, w ziemi. W ziemi, w świetle, na wietrze, w strumyku wody tryskającej ze skały, w żółtym oku słońca.

Czemu zatem, czemu…

* * *

Patrzył, jak Olcha naprawia dzban. Soczyście zielony brzuchaty dzbanek był ulubionym naczyniem Tenar. Przed wielu laty zabrała go ze sobą z Dębowej Farmy. Kilka dni temu wyśliznął się Krogulcowi z palców i rozbił na podłodze. Krogulec zebrał dwa duże kawałki i sporo drobnych odłamków, mając nadzieję, że da się je skleić — nawet gdyby naczynie nie nadawało się już do użytku, stałoby na półce. Za każdym razem, gdy widział czekające w koszyku skorupy, ogarniał go gniew na własną niezręczność.

Teraz zafascynowany obserwował dłonie Olchy. Smukłe, silne, zręczne, poruszały się niespiesznie, obejmując dzbanek, gładząc, zestawiając, łącząc odłamki gliny, pieszcząc i wspomagając. Kciuki naprowadzały mniejsze kawałki na miejsce, łączyły, dodawały otuchy. Podczas pracy Olcha nucił bez przerwy dwa pozbawione melodii słowa. Pochodziły z Dawnej Mowy. Ged wiedział o tym, nie znał jednak ich znaczenia. Olchę do tego stopnia zaabsorbowała praca, iż miał na twarzy wyraz błogości, bezczasowego spokoju, zniknęły z niej smutek i napięcie.

Dłonie oderwały się od dzbanka, rozchylając się niczym płatki rozkwitającego kwiatu. Naczynie stało na dębowym stole, całe.

Gdy Ged dziękował, Olcha rzekł:

— To żaden kłopot. Pęknięcie było bardzo proste. To dobra robota, dobra glina. Najciężej naprawić niechlujną robotę.

— Pomyślałem o czymś, co mogłoby pomóc ci spać — powiedział Ged.

Olcha ocknął się o świcie i wstał, by gospodarz mógł położyć się i przespać do rana. Obaj jednak wiedzieli, że nie może to trwać zbyt długo.

— Chodź ze mną — rzekł stary człowiek.

Wyruszyli w głąb lądu ścieżką okrążającą pastwisko kóz i wijącą się między wzgórzami, małymi, lekko zaniedbanymi spłachetkami pól i przyczółkami lasu. Olsze Gont wydawał się wyspą dziką, niegościnną. Górujący nad nią poszarpany skalny szczyt budził lęk.

— Przyszło mi do głowy — wyjaśnił Krogulec — że jeśli poradziłem sobie równie dobrze jak Mistrz Ziół, utrzymując cię z dala od suchej krainy i muru tylko dzięki dotknięciu ręki, inni może także zdołają ci pomóc. Jeśli lubisz zwierzęta.

— Zwierzęta?

— Widzisz… — zaczął Krogulec, ale urwał, bo ścieżką pędziła ku nim dziwna istota. Opatulona w spódnice i szale, na nogach miała wysokie skórzane buty. Z jej włosów sterczały pióra.

— Paniole, paniole! — krzyknęła.

— Witaj, Wrzosie, spokojnie — odparł Krogulec.

Zatrzymała się, kołysząc na boki. Pióra we włosach tańczyły, twarz rozjaśnił szeroki uśmiech.

— Wiedziała, że przyjdziesz! — huknęła. — Ułożyła palce w dziób sokoła i pokazała: Idź, idź. Wiedziała, że przyjdziesz.

— I przyszedłem.

— Do nas?

— Do was. Wrzos, to jest pan Olcha.

— Paniolcha — szepnęła i ucichła nagle, jakby po raz pierwszy dostrzegając przybysza. Skuliła się, skurczyła, spuszczając wzrok ku stopom.

Tak naprawdę nie miała butów. Jej nagie nogi od kolan w dół pokrywała warstwa zasychającego brązowego błota. Podkasaną spódnicę wsunęła pod pasek.

— Łapałaś żaby, prawda, Wrzos?

Obojętnie skinęła głową.

— Pójdę, powiem cioteczce — oznajmiła, zaczynając szeptem i wznosząc głos do krzyku, po czym umknęła w stronę, z której przyszła.

— Poczciwa dusza — rzekł Krogulec. — Kiedyś pomagała mojej żonie, teraz mieszka z naszą czarownicą i jej pomaga. Chyba nie masz nic przeciw odwiedzinom w domu czarownicy?

— Ależ nie, panie.

— Wielu by miało, szlachty i zwykłych ludzi, czarodziejów i czarnoksiężników.

— Moja żona, Lilia, była czarownicą.

Krogulec skłonił głowę. Przez chwilę szedł w milczeniu.

— Jak odkryła swój dar, Olcho?

— Urodziła się z nim. Jako dziecko sprawiała, że oderwana gałąź znów przyrastała do drzewa, inne dzieci przynosiły jej do naprawy zniszczone zabawki. Kiedy jednak ojciec widział, co robi, bił ją po rękach. Jej rodzina wiele znaczyła w mieście. Bardzo szanowani ludzie — dodał Olcha swym spokojnym, łagodnym głosem. — Nie chcieli, by zadawała się z czarownicami, bo przez to nie mogłaby poślubić równie szanowanego mężczyzny. Ukrywała zatem przed nimi to, że się uczy. A czarownice z miasta nie chciały mieć z nią nic do czynienia, nawet gdy zwracała się do nich o pomoc. Bały się jej ojca. W końcu pojawił się bogaty zalotnik. Była bowiem piękna, wierz mi, panie; piękniejsza, niż potrafiłbym wyrazić. I ojciec kazał jej go poślubić. Tej nocy uciekła. Przez kilka lat żyła samotnie, wędrowała. Od czasu do czasu wstępowała na naukę do którejś z czarownic, lecz utrzymywała się sama dzięki swym zdolnościom.

— Taon nie jest wielką wyspą.

— Ojciec jej nie szukał. Oznajmił, że marna czarownica nie jest jego córką.

I znów Krogulec skłonił głowę.

— Aż w końcu przybyła do ciebie.

— Nauczyła mnie więcej, niż ja mogłem nauczyć ją — odparł szczerze Olcha. — Miała ogromny dar.

— Wierzę.

Dotarli do sporej chaty przycupniętej w dolince, otoczonej splątanym gąszczem oczaru i żarnowca. Na jej dachu siedziała koza, wokół przechadzało się stadko biało nakrapianych czarnych kur. Leniwa mała suka, owczarek, na ich widok uniosła głowę, zastanowiła się, czy warto zaszczekać, uznała, że nie warto, i zamerdała ogonem.

Krogulec podszedł do niskiego wejścia i pochylając się, zajrzał do środka.

— Tu jesteś, cioteczko — rzekł. — Przyprowadziłem ci gościa. To Olcha, czarodziej z wyspy Taon. Zajmuje się naprawami i jest w tym mistrzem. Wierz mi, przed chwilą widziałem, jak naprawiał zielony dzbanek Tenar, wiesz który. Straszny niezgrabiasz ze mnie. Parę dni temu upuściłem go i stłukłem.

Wszedł do chaty, Olcha podążył jego śladem. Na wyściełanym fotelu obok drzwi siedziała stara kobieta. Ze swego miejsca mogła wyglądać na rozsłoneczniony świat. W jej rzadkich siwych włosach tkwiły pióra, na kolanach miała dropiatą kurę. Uśmiechnęła się do Krogulca z przejmującą słodyczą i pozdrowiła gościa uprzejmym skinieniem głowy. Kura obudziła się, zagdakała i uciekła.

— To jest Mech — oznajmił Krogulec — czarownica. Posiada wiele zdolności; największą z nich jest dobro.

1 ... 6 7 8 9 10 11 12 13 14 ... 51
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)