Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Przy Blasku Księżyca
Przy Blasku Księżyca - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Przy Blasku Księżyca

Электронная книга - «Przy Blasku Księżyca». Краткое содержание книги:

Spokojny, żyjący w harmonii ze światem malarz, Dylan O'Conner, pewnego wieczoru zostaje napadnięty przez zagadkowego człowieka, który w pokoju motelowym aplikuje mu tajemniczy zastrzyk.
Wkrótce dowiaduje się, że grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo – musi uciekać przed bezwzględnymi mordercami, którzy nie cofną się przed niczym, by wyeliminować każdego, kogo obłąkany doktor dostał w swoje ręce.
Towarzyszy mu młodszy brat cierpiący na autyzm oraz Jilly, dziewczyna próbująca swoich sił jako komik na estradach Południowego Zachodu, której również wstrzyknięto tajemniczą substancję. Muszą stawić czoło nie tylko pościgowi, ale także dziwnym, niepojętym zmianom, jakie zaczynają w nich zachodzić pod wpływem zastrzyku.
Wbrew własnej woli stają się uczestnikami wydarzeń, które na pozór nie mają żadnego związku z grożącym im niebezpieczeństwem.
Wydaje się, że chory Shepherd będzie im utrudniał ucieczkę… ale czy rzeczywiście?
1 ... 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97
Перейти на страницу:

– Nie będzie ciasta?

– Tu nie chodzi o ciasto, skarbie.

– Shep może być tylko trochę zły. Jilly wymieniła spojrzenia z Dylanem i powiedziała do Shepa:

– Możesz być zły, skarbie?

– Tylko trochę.

– Tylko trochę?

– Tylko trochę.

Na rzęsach Lanterna srebrzyła się skorupa zamarzniętych łez. Oczu łzawiły mu nieprzerwanie, mimo to jednak Jilly wyczytała w nich ogromne poczucie winy, kiedy powiedział:

– Jeśli ktoś potrafi być trochę zły, to się może przydać. Czasem, kiedy mamy do czynienia z bardzo dużym złem, należy zdecydowanie położyć mu kres.

– W porządku – powiedział Shep. Zapadło milczenie.

– W porządku? – spytał Shep.

– Myślę – odrzekł Dylan.

Z bezwietrznego nieba sypnął śnieg. Śnieg, jakiego Jilly nigdy w życiu nie widziała. Nie były to puszyste białe płatki, ale ostre jak igły drobiny, granulki lodu.

– Za dużo – powiedział Shep.

– Czego za dużo, skarbie?

– Za dużo.

– Czego za dużo?

– Myślenia – odparł Shep, po czym oświadczył:

– Zimno – i złożył ich z powrotem nad jezioro Tahoe, już bez Proctora.

49

Stojąc wokół wyspy pośrodku kuchni w domu Parisha Lanterna, jedli ciasto czekoladowo-wiśniowe z ciemną czekoladową polewą, w nagrodę i na pocieszenie, ale Jilly odniosła wrażenie, jakby to był chleb dzielony w dziwnej komunii. Jedli w milczeniu, patrząc w talerze, dostosowując się do etykiety Shepherda O'Connera.

Odniosła wrażenie, że wszystko jest tak, jak ma być.

Dom okazał się jeszcze większy, niż wydawał się z zewnątrz. Kiedy Parish zaprowadził ich do rozległego skrzydła gościnnego, do dwóch przygotowanych na ich przyjęcie sypialni, pomyślała, że mogłoby się tu zmieścić co najmniej dwudziestu niezapowiedzianych gości.

Mimo że po powrocie z bieguna północnego Jilly była wykończona i spodziewała się, że prześpi resztę popołudnia i wczesny wieczór, po porcji ciasta czuła się rześka i wypoczęta. Zastanawiała się, czy jednym ze skutków zmian, jakie w niej następowały, będzie mniejsza potrzeba snu.

Obydwie sypialnie miały oddzielne, wielkie i urządzone z przepychem łazienki z marmurowymi podłogami i blatami oraz złoconą armaturą, wyposażone w prysznic i wannę przeznaczoną do błogiego wylegiwania się w kąpieli, a także ogrzewane wieszaki, dzięki którym można się było otulić w cieplutkie ręczniki. Jilly wzięła prysznic, długo rozkoszowała się ciepłą

wodą, a potem, z lubością i leniwym, kocim narcyzmem, zajęła się własną urodą.

Parish starał się przewidzieć jej gust w najdrobniejszych szczegółach, od szamponu po kosmetyki do makijażu i kredkę do oczu. Czasem jego wybór okazywał się udany, czasem nie, ale na ogól był trafny. Jilly oczarowała jego troskliwość.

Odświeżona, umalowana i przebrana, odnalazła drogę do salonu. Podczas wędrówki ze oskrzydla gościnnego przekonywała się coraz bardziej, że ciepło i przytulność domu odwracały uwagę gości od jego prawdziwego ogromu. Pod miękkością i romantyzmem stylu Wrighta, mimo wielu okien i podwórzy wywołujących wrażenie ścisłego kontaktu z naturą, budowla wydawała się niezwykle tajemnicza i odizolowana od reszty świata, skrywając sekrety tam, gdzie na pozór całkowicie się odsłaniała.

Tu także wszystko było tak, jak miało być.

Z salonu Jilly wyszła na taras ustawiony na wspornikach, który architekt w magiczny sposób zawiesił nad pachnącymi sosnami, skąd rozpościerał się zapierający dech w piersiach widok na bajkowe jezioro.

Po chwili przy balustradzie obok niej zjawił się Dylan. Stali w milczeniu, zauroczeni panoramą, która w blasku późnego popołudnia zdawała się mienić żywymi barwami jak na obrazie Maxfielda Parisha. Pora na rozmowę minęła i jeszcze nie nadeszła.

Parish przepraszał ich z góry, że nie może zapewnić takiej opieki, jaką zwykle mieli jego goście. Od razu, gdy się zorientował, że nanomaszyny dokonają w nim bardzo głębokich zmian, dał całej służbie tydzień wakacji, aby przeżyć metamorfozę samotnie.

Pozostał tylko Ling, majordomus. Zjawił się dwie minuty po tym, jak Dylan i Jilly wyszli na taras. Przyniósł drinki na małej, czarno lakierowanej tacy ozdobionej inkrustacją z macicy perłowej, która przedstawiała lilię wodną. W kieliszkach było idealnie przyrządzone wytrawne martini-zamieszane, nie wstrząśnięte. Ling był szczupły, lecz w dobrej kondycji, poruszał się z gracją baletmistrza i spokojną pewnością, jaka musiała cechować posiadacza czarnego pasa w taekwondo. Mógł mieć trzydzieści pięć lat, ale z jego hebanowych oczu wyzierała kwintesencja mądrości starożytnych. Gdy Jilly, a potem Dylan brali martini z ozdobionej lilią wodną tacy, Ling lekko skłaniał głowę i z miłym uśmiechem wypowiadał do każdego z nich to samo chińskie słowo, które, jak Jilly się domyśliła, oznaczało „proszę" i równocześnie było życzeniem pomyślności. Następnie Ling wyszedł

prawie tak dyskretnie jak ulatniający się duch; gdyby była zima, a taras pokrywałaby warstewka śniegu, być może w ogóle nie pozostawiłby po sobie śladów.

Znów wszystko było tak, jak miało być.

Podczas gdy Jilly i Dylan delektowali się martini i cudownym widokiem, Shepherd został w salonie. Znalazł sobie kąt, w którym mógł stać godzinę lub dwie, ograniczając wrażenia zmysłowe do kontemplacji linii łączenia ścian.

Francuzi powiadają: Plus ęa change, plus c'est le meme chose, – Im bardziej coś się zmienia, tym bardziej pozostaje takie samo. Stojąc w kącie, Shepherd był ucieleśnieniem komizmu i tragizmu tej prawdy. Uosabiał rozczarowanie i taktowną akceptację, które kryły się w tych słowach, ale także ich melancholijne piękno.

Program radiowy Parisha kupowali nadawcy w całym kraju i sześć razy w tygodniu, od poniedziałku do soboty, nadawało go ponad pięćset stacji, dlatego zwykle Lantern zaczynał pracę, gdy tylko zmierzch zarzucał fioletową zasłonę w poprzek jeziora. Siedząc w ultranowoczesnym studiu w piwnicy, odbierał telefony od słuchaczy, których miał dziesięć milionów, i również przez telefon przeprowadzał wywiady ze swoimi gośćmi. W prowadzeniu programu pomagał mu Ling i inżynier. Właściwe centrum produkcyjne znajdowało się w San Francisco, gdzie wybierano telefony od słuchaczy i łączono z domem Lanterna, a także filtrowano i wzmacniano sygnał, który niemal natychmiast retransmitowano.

W ten sobotni wieczór, podobnie jak w dniu, gdy Proctor zaaplikował mu swoją szprycę, Parish zrezygnował z programu na żywo i nadawał najlepsze fragmenty audycji archiwalnych.

Krótko przed kolacją, na którą zaprosił ich gospodarz, Jilly powiedziała do Dylana:

– Zadzwonię do mamy. Zaraz wracam.

Odstawiła pusty kieliszek po martini na balustradę tarasu i złożyła się do cienistego zakątka ogrodu z tyłu Hotelu Peninsula w Beverly Hills. Nikt nie zauważył jej przybycia.

Mogła się złożyć dokądkolwiek, aby zadzwonić, ale podobało się jej w Peninsula. Był to pięciogwiazdkowy hotel i miała nadzieję, że pewnego dnia będzie ją na niego stać, gdy zrobi zawrotną karierę komika.

W hallu znalazła automat, wrzuciła kilka monet i wystukała dobrze znany numer.

Matka odebrała po trzecim dzwonku. Poznając Jilly po glosie, wybuchnęła:

– Dziecko, dobrze się czujesz, nic ci się nie stało, co się z tobą działo, skarbie – niech cię Bóg strzeże – gdzie jesteś?

– Uspokój się, mamo. U mnie wszystko w porządku. Chciałam ci powiedzieć, że przez tydzień czy dwa nie będę się mogła z tobą zobaczyć, ale coś wykombinuję, żebyśmy się spotkały.

– Jilly, dziecko, od tych wydarzeń w kościele byli tu ludzie z telewizji, z gazet, wszyscy niegrzeczni jak ci biurokraci z opieki społecznej na suchej diecie. Są teraz na ulicy z tymi wozami satelitarnymi, hałasują, śmiecą tymi paskudnymi papierosami i opakowaniami po batonach. Niegrzeczni, bardzo niegrzeczni.

1 ... 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)