Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Przy Blasku Księżyca
Przy Blasku Księżyca - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Przy Blasku Księżyca

Электронная книга - «Przy Blasku Księżyca». Краткое содержание книги:

Spokojny, żyjący w harmonii ze światem malarz, Dylan O'Conner, pewnego wieczoru zostaje napadnięty przez zagadkowego człowieka, który w pokoju motelowym aplikuje mu tajemniczy zastrzyk.
Wkrótce dowiaduje się, że grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo – musi uciekać przed bezwzględnymi mordercami, którzy nie cofną się przed niczym, by wyeliminować każdego, kogo obłąkany doktor dostał w swoje ręce.
Towarzyszy mu młodszy brat cierpiący na autyzm oraz Jilly, dziewczyna próbująca swoich sił jako komik na estradach Południowego Zachodu, której również wstrzyknięto tajemniczą substancję. Muszą stawić czoło nie tylko pościgowi, ale także dziwnym, niepojętym zmianom, jakie zaczynają w nich zachodzić pod wpływem zastrzyku.
Wbrew własnej woli stają się uczestnikami wydarzeń, które na pozór nie mają żadnego związku z grożącym im niebezpieczeństwem.
Wydaje się, że chory Shepherd będzie im utrudniał ucieczkę… ale czy rzeczywiście?
1 ... 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97
Перейти на страницу:

Parish Lantern nie musiał używać siły, by wyjąć broń z ręki oszołomionego naukowca. Oczy Proctora wypełniły się łzami, jak gdyby dostał obuchem w głowę, ale szalony doktor nie upadł.

Dylan, Jilly i powłóczący nogami Shep podeszli do Lanterna i przystanęli jak sędziowie zbierający się na naradę przed wydaniem wyroku.

– Ma jeszcze jedną pełną strzykawkę – powiedział Lantern. – Jeżeli podoba mu się to, co nowa generacja nanopaskudztwa z nami zrobiła, na pewno zdobędzie się na odwagę i zrobi sobie zastrzyk. Dylan, sądzisz, że to dobry pomysł?

– Nie.

– A ty, Jilly? Sądzisz, że to dobry pomysł?

– Do diabła, nie – odrzekła. – Na pewno nie jest z lepszej gliny. Będzie tak samo jak z Manuelem.

– Niewdzięczna dziwka – powiedział Proctor.

Dylan zrobił krok w jego stronę, szykując się do zadania mu ciosu, lecz Jilly chwyciła go za koszulę na piersi.

– Mnie nazwał gorzej.

– Macie jakiś pomysł, co z nim zrobić? – zapytał Lantern. – Lepiej nie oddawać go w ręce policji -rzekła Jilly.

– Ani wspólników – dodał Dylan. – Ciasto.

– Twój upór jest godny podziwu, chłopcze. Ale najpierw musimy się zająć nim, a potem zjemy ciasto.

– Lód – powiedział Shep i złożył tu w tam.

48

Być może wtedy w kuchni domu na samotnym wybrzeżu, na północ od Santa Barbara, zaglądając do lodówki, Shep wcale nie wyrażał ochoty na zimny napój, ale przewidział okoliczności ich ostatniego spotkania z Lincolnem Proctorem. Istotnie, Jilly przypomniała sobie, że Shep nie lubi lodu w napojach.

„Gdzie jest lód?" – pytał, próbując zidentyfikować krajobraz, który ujrzał w swej proroczej wizji.

„Na biegunie północnym jest dużo lodu" – odpowiedziała mu Jilly.

I rzeczywiście.

Pod niskim niebem przypominającym pokrywkę żelaznego czajnika, od horyzontu po horyzont rozciągały się posępne białe równiny, niknąc w półzmierzchu i szarej mgle. Jedyne wzniesienia stanowiły poszarpane grzbiety zwałów lodu oraz lodowe płyty – niektóre wielkości trumien, inne większe od całych domów pogrzebowych – które odłamały się od czapy lodowej i stały pionowo niczym cmentarne nagrobki na innej planecie. „Zimno" – mówił Shepherd. i miał rację.

Nie byli odpowiednio ubrani na wycieczkę na czubek świata i mimo że słynne polarne wiatry poszły spać, przenikliwie powietrze kąsało ich, jakby dostało wilczych zębów. Szok spowodowany naglą zmianą temperatury wprawił serce Jilly w bolesne, nierytmiczne kołatanie, a ona omal nie osunęła się na kolana.

Parish Lantern wyglądał na oszołomionego magiczną podróżą znad jeziora Tahoe wprost do nieprzyjaznej krainy nieszczęśliwych przygód i bożonarodzeniowych legend, ale przystosował się do sytuacji z wyjątkową pewnością siebie.

– Robi wrażenie.

Tylko Proctor rzucał się w panice, kręcąc się w kółko i wymachując ramionami, jakby lodowa panorama była iluzją, którą można zerwać i odsłonić ukryty pod spodem zielony krajobraz jeziora Tahoe. Może próbował nawet krzyczeć, lecz przeraźliwe zimno odebrało mu glos, zmieniając go w piskliwe rzężenie.

– Shepherd – powiedziała Jilly, stwierdzając, że od zimnego powietrza pali ją w gardle i boli w płucach.

– Dlaczego tu?

– Ciasto – odparł Shepherd.

Paraliżujący ziąb wolno zmieniał panikę Proctora w stan odrętwiałej dezorientacji, a Parish Lantern przyciągnął do siebie Dylana, Jilly i Shepa i wszyscy przytulili się do siebie, ogrzewając się nawzajem ciepłem ciął i parujących oddechów.

– Zabójczy mróz. Długo tu nie wytrzymamy. – Dlaczego tutaj? – spytał Shepa Dylan.

– Ciasto.

– Chyba chłopiec chce zostawić tu tego łajdaka, a potem wrócić na ciasto.

– Nie możemy – rzekł Dylan. – Możemy – powiedział Shep. – Nie – odezwała się Jilly. – Tego nie należy robić.

Lantern nie wyraził zdziwienia, słysząc jej słowa i Jilly domyśliła się, że on też zna ten wywołany przez nanomaszyny przymus, aby zawsze robić tylko to, co należy. Jego autorytatywny zwykle glos drżał teraz z zimna.

– Ale gdybyśmy to zrobili, rozwiązalibyśmy wiele spraw. Policja nie znalazłaby ciała.

– Nie byłoby ryzyka, że przyprowadzi do nas swoich wspólników – powiedziała Jilly.

– Nie miałby okazji zaaplikować sobie zastrzyku – dodał Dylan.

– I nie cierpiałby długo – argumentował Lantern. – W ciągu dziesięciu minut zdrętwiałby z zimna i przestał odczuwać ból. To niemal akt miłosierdzia.

Zaniepokojona Jilly wyczula językiem, że jej zęby pokryły się warstewką lodu.

– Ale gdybyśmy to zrobili – powiedziała – dręczylibyśmy się tym przez długi czas, bo to nie jest rzecz, którą należy zrobić. – Jest – odezwał się Shep.

– Nie. – Jest.

– Bracie – rzekł Dylan. – Naprawdę nie. – Zimno.

– Zabierz nas z powrotem nad Tahoe. – Ciasto.

Proctor chwycił Jilly za włosy, szarpnął, odciągnął od towarzyszy i zacisnął ramię wokół jej szyi.

Wczepiła się palcami w jego rękę, drapiąc ją, i zdała sobie sprawę, że drań będzie zaciskał morderczy uchwyt, dopóki ona nie straci tchu i nie zemdleje. Musiała się uwolnić od Proctora i to jak najprędzej, co oznaczało konieczność złożenia.

Miała świeżo w pamięci swoje niedawne wpadki w kościele. Gdyby rząd wydawał tymczasowe zezwolenia dla adeptów składania, Jilly musiałaby się o takie wystarać. Nie chciała składać się z chwytu Proctora, by potem stwierdzić, że zapomniała głowy, ale gdy zamglił się jej wzrok i w oczy zaczęły zasnuwać się ciemnością, przeniosła się „stądtam", a „tam" oznaczało miejsce kilka stóp za plecami Proctora.

Stając za nim z głową na swoim miejscu, Jilly znalazła się w idealnej pozycji, by kopnąć Proctora w tyłek, na co miała ochotę od chwili, gdy poprzedniego wieczoru w motelu zamroczył ją chloroformem.

Zanim jednak Jilly zdążyła wymierzyć mu sążnistego kopniaka, Dylan zaatakował naukowca ciąłem. Proctor pośliznął się i upadł, waląc głową w lód. Zwijając się w kłębek i dygocząc z zimna, rzężącym głosem błagał ich o litość, jak zwykle bełkocząc, że jest słabym, złym i podłym człowiekiem.

Choć odzyskała już ostrość wzroku, arktyczny ziąb szczypał ją w oczy, wyciskając z nich łzy, które zamarzały na rzęsach.

– Skarbie – powiedziała do Shepherda. – Musimy się stąd wydostać. Zabierz nas z powrotem nad Tahoe.

Powłócząc nogami, Shep podszedł do Proctora, przycupnął przy nim – i obaj się złożyli.

– Bracie! – krzyknął Dylan, jak gdyby w ten sposób mógł sprowadzić go z powrotem.

Okrzyk nie odbił się echem od lodowego krajobrazu, ale utonął w bieli jak w miękkiej poduszce.

– Teraz zaczynam się naprawdę niepokoić – powiedział Parish Lantern, tupiąc energicznie, aby pobudzić krążenie, zabijając ręce i rozglądając się po czapie lodowej, jak gdyby kryło się tu więcej niebezpieczeństw niż w rzeczywistości alternatywnej zamieszkiwanej przez pijawki mózgowe.

Niska temperatura podrażniła zatoki Dylana i u wylotu lewego nozdrza uformował mu się miniaturowy sopel.

W ciągu paru sekund po zniknięciu Shepherd złożył się z powrotem, już bez naukowca.

– Ciasto.

– Gdzie go zostawiłeś, skarbie? – Ciasto.

– Gdzieś tu na lodzie? – Ciasto.

– Zamarznie na śmierć, bracie – odezwał się Dylan. – Ciasto.

– Musimy zrobić to, co należy, skarbie – powiedziała Jilly.

– Shep, nie – odrzekł Shepherd.

– Ty też, skarbie. To, co należy. Shepherd pokręcił głową i powiedział:

– Shep może być trochę zły.

– Nie sądzę, bracie. Później przeżywałbyś prawdziwe męczarnie.

1 ... 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)