Przy Blasku Księżyca
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Przy Blasku Księżyca». Краткое содержание книги:
Wkrótce dowiaduje się, że grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo – musi uciekać przed bezwzględnymi mordercami, którzy nie cofną się przed niczym, by wyeliminować każdego, kogo obłąkany doktor dostał w swoje ręce.
Towarzyszy mu młodszy brat cierpiący na autyzm oraz Jilly, dziewczyna próbująca swoich sił jako komik na estradach Południowego Zachodu, której również wstrzyknięto tajemniczą substancję. Muszą stawić czoło nie tylko pościgowi, ale także dziwnym, niepojętym zmianom, jakie zaczynają w nich zachodzić pod wpływem zastrzyku.
Wbrew własnej woli stają się uczestnikami wydarzeń, które na pozór nie mają żadnego związku z grożącym im niebezpieczeństwem.
Wydaje się, że chory Shepherd będzie im utrudniał ucieczkę… ale czy rzeczywiście?
– Zgłaszali się skazańcy z dożywociem. Najgorsi z najgorszych. Gdybyście mieli spędzić resztę życia w śmierdzącym meksykańskim więzieniu, ale dostalibyście szansę zarobienia na luksusy albo nawet skrócenia wyroku, zgłosilibyście się do wszystkiego. To byli zatwardziali przestępcy, ale to, co im zrobiłem, było nieludzkie…
– Bardzo, bardzo podle – powiedział Lantern tonem matki strofującej niegrzeczne dziecko.
– Owszem. Przyznaję. To było podle. Byłem…
– Czyli -przerwał mu zniecierpliwiony Dylan-kiedy iloraz inteligencji niektórych więźniów spadł o sześćdziesiąt punktów, twoich wspólników zaczęły dręczyć koszmary o hordach adwokatów jak stada karaluchów.
– Nie. Nie przejmowaliśmy się tymi, którzy stracili sprawność intelektualną albo w jakiś inny sposób dokonali autodestrukcji. Urzędnicy więzienni wpisywali im nieprawdziwe informacje do aktów zgonu i nikt nie mógł ich skojarzyć z nami.
– Jeszcze jedna bardzo podła rzecz – rzekł Lantern, cmokając z dezaprobatą. – Podłym rzeczom nie ma końca.
– Gdyby jednak ktoś taki jak Manuel, nasz podpalacz, znalazł się na wolności, ogniem utorował sobie drogę przez kontrolę graniczną, dostał się do San Diego i zaczął tam szaleć, paląc w mieście dom za domem, zabijając setki ludzi… wtedy być może nie moglibyśmy się od niego zdystansować. Może powiedziałby komuś o nas. Wtedy… czekałyby nas pozwy o odszkodowania do końca wieku.
– Wyśmienite chardonnay – oświadczył Lantern – jeśli ktoś chciałby zmienić zdanie. Nie? Wobec tego zostanie więcej dla mnie. A teraz zbliżamy się do smutnej części tej opowieści. Smutnej i frustrującej. Rewelacji niemal tragicznej. Powiedz im o tym, Lincoln.
Irytujący uśmieszek Proctora pojawiał się i bladł. Teraz zniknął.
– Zanim zamknęli moje laboratoria i zaczęli próbować się mnie pozbyć, opracowałem nową generację nanobotów.
– Nową i udoskonaloną – dodał Lantern. – Jak nowy rodzaj coca-coli albo nowy kolor w palecie czekoladek M &M. – Owszem, znacznie udoskonaloną – przytaknął Proctor, albo nie wyczuwając sarkazmu gospodarza, albo postanawiając go zignorować. – Usunąłem defekty. Dowodem na to jesteś ty, Dylan i panna Jackson. Ty także, Shepherd, prawda? Shep stał ze spuszczoną głową i milczał.
– Musicie mi opowiedzieć wszystko o skutkach, jakie wywołał u was mój wynalazek – rzekł Lincoln Proctor, znów przywołując na twarz swój uśmieszek. – Tym razem jakość osób poddanych eksperymentowi jest taka, jaka powinna być zawsze. Jesteście z o wiele lepszej gliny. Praca z osobowością kryminalistów była skazana na katastrofę. Powinienem o tym wiedzieć od początku. Moja wina. I moja głupota. Ale jak to było z wami, jakiego rodzaju udoskonalenia nastąpiły? Nie mogę się doczekać, aby o tym posłuchać. Jaki był efekt?
Zamiast odpowiedzieć Proctorowi, Jilly zwróciła się do Parisha Lanterna:
– A jaka jest twoja rola? Byłeś jednym z inwestorów?
– Nie jestem ani miliarderem, ani idiotą-zapewnił ją Lantern. – Kilka razy wystąpił w moim programie, bo uważałem go za zabawnego stukniętego egocentryka.
Uśmiech Proctora stężał. Gdyby spojrzenia mogły ciskać
płomienie, Proctor zmieniłby Parisha Lanterna w garść popiołu, tak jak Manuel czynił podobno z innymi.
– Nigdy nie byłem dla niego nieuprzejmy – ciągnął Lantern. – Nie dawałem mu do zrozumienia, co naprawdę myślę o szalonym pomyśle wymuszonej ewolucji ludzkiego mózgu. To nie w moim stylu. Jeśli gość jest geniuszem, pozwalam, aby sam zdobywał przyjaciół i wywierał wpływ na ludzi, a jeżeli jest szaleńcem, cieszę się, że może robić z siebie durnia bez mojego udziału.
Słysząc tę zniewagę, Proctor zarumienił się, jednak mimo to nie wyglądał wcale zdrowiej. Podniósł się z fotela i zamiast w Dylana, wymierzył pistolet w Lanterna.
– Zawsze uważałem cię za człowieka, który ma wizję. Dlatego z moją nową generacją przyszedłem najpierw do ciebie. I tak mi odpłacasz?
Parish Lantern wychylił z kieliszka resztkę wina, posmakował i przełknął. Nie zwracając uwagi na Proctora, zwrócił się do Dylana i Jilly:
– Nigdy przedtem nie spotkałem naszego poczciwego doktora osobiście. Zawsze rozmawiałem z nim na żywo przez telefon. Pięć dni temu stanął na moim progu, a ja byłem zbyt uprzejmy, żeby kopniakiem wyrzucić go na ulicę. Powiedział, że chce ze mną porozmawiać o czymś bardzo ważnym, co będę mógł wykorzystać w programie. Uprzejmie zaprosiłem go do gabinetu, a on odpłacił mi za grzeczność chloroformem i potworną… końską strzykawką.
– Też to znamy – powiedział Dylan.
Odstawiając pusty kieliszek, Lantern wstał z fotela.
– Potem wyszedł, zostawiając mi na pożegnanie ostrzeżenie, że jego wspólnicy, przerażeni perspektywą procesów, są zdecydowani go zabić, a także każdego, komu zrobi zastrzyk, więc lepiej będzie, jeśli nie zgłoszę tego na policji. W ciągu paru godzin przeszedłem przerażające zmiany. Pierwszym przekleństwem była prekognicja.
– My też nazywamy to przekleństwem – rzekła Jilly.
– Już w środę zacząłem przewidywać niektóre z dzisiejszych wydarzeń. Dowiedziałem się, że nasz Frankenstein wróci, żeby zobaczyć, jak się czuję, i będzie oczekiwał pochwał i podziękowań. Ten skończony dureń spodziewał się, że będę mu wdzięczny, przyjmę go jak bohatera i udzielę schronienia.
Bladoniebieskie oczy Proctora spoglądały twardo i zimno jak tamtego wieczoru w 1992 roku, gdy zabił matkę Dylana.
– Mam mnóstwo wad, bardzo poważnych wad. Ale nigdy bez potrzeby nie obrażam ludzi, którzy mają wobec mnie dobre zamiary. Nie rozumiem twojej postawy.
– Kiedy mu powiedziałem, że przewiduję waszą wizytę jeszcze tego samego dnia – ciągnął Lantern – strasznie się podniecił. Spodziewał się, że wszyscy będziemy przed nim klęczeć i całować go w pierścień.
– Wiedziałeś, że tu przyjdziemy, zanim dopadł nas w Arizonie i zrobił nam zastrzyk – zdumiała się Jilly.
– Tak, mimo że z początku nie wiedziałem, kim jesteście. Nie potrafię wam za dobrze wyjaśnić, jak to możliwe – przyznał Lantern. – Ale we wszystkim istnieje pewna harmonia…
– Cała zupełność wszystkiego – powiedziała Jilly. Parish Lantern uniósł brwi.
– Tak. Można to tak nazwać. Są rzeczy, które mogą się wydarzyć, rzeczy, które muszą się wydarzyć, i czując całą zupełność wszystkiego, można poznać przynajmniej małą część tego, co się stanie. Oczywiście, jeżeli jest się dotkniętym przekleństwem takiej wizji.
– Ciasto – powiedział Shepherd.
– Już niedługo, chłopcze. Po pierwsze, musimy postanowić, co zrobimy z tym cuchnącym workiem gówna.
– Kupka, kaka, łajno.
– Tak, chłopcze – potwierdził ekspert od zmian położenia biegunów planetarnych i spisków kosmitów. – Tego również. – Ruszył w kierunku Lincolna Proctora.
Naukowiec nagle dźgnął lufą powietrze, podnosząc broń. – Nie zbliżaj się do mnie.
– Powiedziałem ci, że moje nowe umiejętności to tylko zdolność prekognicji – rzekł Lantern, idąc przez salon w stronę Proctora. – Ale skłamałem.
Być może przypominając sobie Manuela podpalacza, Proctor strzelił z bliska do swego przeciwnika, ale Lantern nawet się nie skrzywił na dźwięk wystrzału ani nie drgnął, gdy trafiła w niego kula. Pocisk jak gdyby odbił się od piersi gospodarza i utkwił z głośnym trzaskiem w suficie salonu.
Proctor desperacko strzelił jeszcze dwa razy do podchodzącego coraz bliżej Lanterna, lecz obydwa pociski również odbiły się, trafiając w sufit i z pierwszą kulą tworząc idealny trójkąt.
Dylan przyzwyczaił się do widoku cudów, więc obserwował to fascynujące przedstawienie w stanie, któremu bardziej odpowiadało określenie „zdumienie" niż „osłupienie".