Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Альтернативная история » Na zachód od Edenu [West of Eden - pl]
Na zachód od Edenu [West of Eden - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Na zachód od Edenu [West of Eden - pl]

Электронная книга - «Na zachód od Edenu [West of Eden - pl]». Краткое содержание книги:

Epoka lodowcowa. Zmieniający się gwałtownie klimat zmusza ludzi i dinozaury do migracji. Gatunki, które do tej pory nie wiedziały o swoim istnieniu, stają nagle oko w oko. I zaczynają krwawą wojnę...
Porwany w dzieciństwie Kerrick dorasta wśród gadów, powoli zapominając o swoim pochodzeniu. Ale nadchodzi dzień, gdy uświadamia sobie, że jest człowiekiem. I musi wrócić wśród ludzi — łowców dinozaurów...
1 ... 89 90 91 92 93 94 95 96 97 ... 117
Перейти на страницу:

Wielki łowca przewyższał Kerricka o głowę, patrzył teraz na niego z góry, zwierał i rozwierał dłonie, którymi mógł sięgnąć i zabić. Kerrick patrzył nań w lodowatym milczeniu, równie wściekły jak on, czekał na odpowiedź.

— To mocne słowa, Kerricku. Nikt nie mówi tak do Herilaka.

— Mówię jak margalus do sacripexa. Dla łowcy Herilaka mam inne słowa, bo podzielam jego ból. — Dodał łagodniej. — To twój wybór, wielki Herilaku, nikt nie może go za ciebie dokonać.

Herilak patrzył w milczeniu pod nogi, zaciskał pięści tak mocno, że aż zbielały mu kostki. Potem powoli kiwnął głową i odezwał się z szacunkiem.

— Tak syn uczy ojca. Przypomniałeś mi, że kiedyś wymogłem na tobie wybór. Posłuchałeś mnie, opuściłeś murgu i stałeś się ponownie łowcą Tanu. Skoro zdołałeś tego dokonać, muszę spełnić swój obowiązek sacripexa i zapomnieć, co widziałem w snach. A tyś jest margalusem. Musisz nam powiedzieć, co robią murgu.

Było już po wszystkim. Decyzja zapadła. Kerrick patrzył na łowcę Kargu, lecz myślał o tym, co się stało tam, w dolinie. Widział przybywające Yilanè i fargi. Próbował wyobrazić sobie, co robią i w jaki sposób. Kargu poruszał się niespokojnie pod jego niewidzącym spojrzeniem. Trwało to długo, aż wreszcie Kerrick przemówił.

— Jesteś łowcą. Znalazłeś martwy swój sammad. Jakie ślady dostrzegłeś, jakie tropy?

— Wiele tropów, zwierząt, nigdy takich nie widziałem. Przyszły z południa, odeszły na południe.

Kerrick poczuł nagły przypływ nadziei. Odwrócił się do Herilaka, przetłumaczył ma słowa Kargu. Starał się uchwycić sens ruchów Yilanè.

— Skoro wróciły, musiały stanowić część większego oddziału. Mała grupa fargi nie wyruszyłaby tak daleko, to niemożliwe. Ich ptaki latają, dowiadują się, gdzie jesteśmy, nim zaatakują. Wiedziały, że Kargu obozują w tamtym miejscu, napadły więc na nich szybko i wyrżnęły. Oznacza to, że wiedzą, gdzie są sammady. Wiedzą też o Sasku i ich dolinie.

Słowa Sanone przerwały mu głośne rozważania, zwróciły uwagę na to, co tu się działo.

— Co się stało? Nic z tego nie rozumiem.

— Mówiłem o murgu-chodzących-jak-ludzie — powiedział Kerrick. — Przybywają teraz z południa, na pewno bardzo licznie. Ich jedynym celem jest zabicie nas. Mają sposoby, by przed atakiem dowiedzieć się dokładnie, gdzie jesteśmy.

— Czy napadną i na nas? Co uczynią? — zapytał Sanone, powtarzając pytanie Herilaka.

— Wiedzą o tej dolinie. Zabijają wszystkich, bo jesteście Tanu.

„Czy to zrobią? — zastanowił się Kerrick. — Tak, to jasne”. Niewątpliwie wpierw napadną na obozowisko sammadów, a potem przyjdą tu. Ale kiedy? Musiałyby ominąć dolinę szerokim łukiem, może nawet robią to teraz. Ale czy uderzą dziś, tuż przed wieczorem? Strach pomyśleć, że może w tej chwili trwa atak na sammady, ich niszczenie. Nie, Yilanè tak nie postępują. Znaleźć zdobycz, przyczaić się przez noc, napaść o świcie. Robiły tak w przeszłości, zawsze przynosiło im to powodzenie, nie zmienią tego teraz. Odwrócił się szybko do Herilaka.

— Murgu napadną rano na sammady w obozowisku, jestem pewien. Jutro rano, najpóźniej pojutrze.

— Pójdę je ostrzec. Sammady muszą natychmiast odejść. Zaczął biec, lecz Kerrick go zawołał.

— Dokąd pójdziecie? Dokąd zdołacie uciec, by was nie dogoniły?

— Dokąd? Na północ, to chyba najlepsze, do śniegów. Nie mogą tam nas ścigać.

— Są zbyt blisko. Złapią was na wzgórzach.

— No, to dokąd?

Dokąd? Mimo krzyku Herilaka, Kerrick dostrzegł wyraźnie odpowiedź. Wskazał na ziemię.

— Tu. Za zaporą skalną, do tej doliny bez wyjścia. Niech murgu idą za nami. Natkną się na śmiercio-kije, strzały i włócznie. Niech ich strzałki walą w twarde głazy zamiast w nas. My będziemy ich oczekiwać w ukryciu. Nie przejdą. Będą sądziły, że złapały nas tu w potrzask, lecz to myje złapiemy. Mamy tu żywność i wodę, wspomogą nas mocne włócznie.

— Zaatakują nas i zginą. Uważam, że nadeszła pora zakończenia ucieczki. — Zwrócił się do Sanone, bo od niego teraz zależało ich ocalenie. — Decyzja należy do ciebie, Sanone. Sammady mogą pójść na północ albo wejść do doliny i czekać na atak murgu. Wpuszczając nas narazisz życie całego swego ludu. Może nie napadną…

— Napadną — powiedział Sanone z chłodną pewnością. — Przyszłość stała się teraz równie jasna jak przeszłość. Żyliśmy w tej dolinie, nabieraliśmy sił, czekając na powrót mastodontów. Tyś tego dokonał, przyprowadziłeś je do nas, byśmy mogli ich bronić. W mastodoncie tkwi moc Kadaira. Pragnie ją zniszczyć Karognis. Nie wiesz nic o Karognisie, lecz my go znamy. Tak jak Kadair jest światłem i słońcem, tak Karognis nocą i mrokiem. Kadair umieścił nas na Ziemi, a Karognis stara się nas zniszczyć. Wiemy o istnieniu Karognisa, wiemy, że nadejdzie pewnego dnia, a teraz znamy jego postać, wiemy, iż przybywa. Te murgu są mocniejsze, niż sądzicie, ale tkwi w nich słabość. Są silne, lecz pod ich postacią występuje na ziemi Karognis, który podjął walkę z Kadairem i jego ludem. Przybyliście do nas, tu urodził się mastodont imieniem Arnwheet Jest wcieleniem Kadaira. Jesteśmy tu, by ujrzeć powstrzymanie Karognisa. Przywołaj ich wszystkich, szybko. Zaczyna się bitwa.

ROZDZIAŁ XXIV

— Co za wstrętne stworzenia — powiedziała Vaintè. — A to jest brzydsze od innych.

Wysunęła nogę i przewróciła pazurami odciętą głowę. Na jej twarzy i włosach był kurz, który mieszał się na szyi z zakrzepłą krwią.

— I odmienne — dodała Stallan, szturchając głowę hèsotsanem. — Widzisz, jakie ma ciemne futro. To nowy rodzaj ustuzou. Wszystkie inne mają białą skórę i białe futro. Te są ciemne, ale także mają kije z przymocowanymi ostrymi kamieniami, noszą na ciele kawałki brudnego futra.

— Ustuzou — stwierdziła z mocą Vaintè. — Trzeba je zabijać.

Odesłała Stallan ruchem ręki i przyjrzała się sprawnej krzątaninie fargi. Słońce stało jeszcze wysoko nad horyzontem, zawsze o tej porze zatrzymywały się na nocleg, bo wymagał on licznych przygotowań. Rozładowywano i pasiono uruktopy, inne fargi rozstawiały wokół obozowiska czujne pnącza. Nikt teraz nie mógł niepostrzeżenie podejść w nocy. Karmiono też światłostwory, by się rozjaśniły i trochę rozbudziły, w każdej chwili mogły zalać wskazany im teren oślepiającym światłem. Skuteczne były pęki melikkasei, starannie rozwijane przez fargi poza pnączami. Te nowe wyhodowane rośliny były światłoczułe i nieszkodliwe za dnia. Dopiero po zmroku wysuwały z torebek trujące ciernie, gotując śmierć wszystkim stworzeniom, które dotkną nocą ich ostrych koniuszków. Kolce cofały się znowu rano, po wschodzie słońca.

Do Vaintè powoli zbliżała się Yilanè, Okotsei, nieruchawa i na starość pobrzydła, lecz przewyższająca wszystkich swą wiedzą. To ona wyhodowała stworzenia, które potrafiły spostrzegać i zapisywać obrazy w świetle gwiazd. Usprawniła jeszcze ten proces, tak iż teraz jej latające istoty unosiły się w powietrzu dzień i noc, a przynoszone przez nią zdjęcia były czytelne nieomal natychmiast po dostarczeniu. Okotsei wyciągnęła garść płaskich arkuszy, gdy tylko Vaintè zwróciła na nią uwagę.

— Co to? — spytała Vaintè.

— To, o co prosiłaś, Eistao. Zostały zrobione dziś rano, tuż po świcie.

Vaintè wzięła zdjęcia i uważnie je przejrzała. Nic się nie zmieniło. Skórzane stożki nad rzeką rzucały długie cienie, podobnie jak mastodonty na pobliskich polach. Bez zmian. Obawy, jakie opanowały ją trzy dni temu, gdy wykryto opuszczone obozowisko, okazały się bezpodstawne. Potwory nie uciekły, przeniosły się jedynie z jednego miejsca na inne. Nie zostały ostrzeżone; nie wykryły dotąd obecności jej siły uderzeniowej.

1 ... 89 90 91 92 93 94 95 96 97 ... 117
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)