Na zachód od Edenu [West of Eden - pl]
- Автор: Гаррисон Гарри Максвелл
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Phantom Press
- ISBN: 83-85432-91-4
- Переводчик: Janusz Pultyn
- Жанр: Альтернативная история
Электронная книга - «Na zachód od Edenu [West of Eden - pl]». Краткое содержание книги:
Porwany w dzieciństwie Kerrick dorasta wśród gadów, powoli zapominając o swoim pochodzeniu. Ale nadchodzi dzień, gdy uświadamia sobie, że jest człowiekiem. I musi wrócić wśród ludzi — łowców dinozaurów...
— I tak zabijają. Wystarczy lekkie draśnięcie.
— Widać ich skuteczność — wskazał ręką na kłębowisko ciał i gromadzące się padlinożerne ptaki. — Nie chcę tak skończyć, gdy będziemy śledzili murgu. Pomyśl, a może owinąć się zwojami skręconej tkaniny tak grubo, że strzałki jej nie przebiją. Jeśli to uczynimy, strzelą do nas bezskutecznie wartowniczki, zdradzając swe położenie. A my je zabijemy. Nie zamierzam wystąpić przeciw wszystkim siłom wroga. Wystarczy, że zbliżymy się na tyle, by go obserwować.
Kerrick porozmawiał z Sanone, który docenił jego pomysł i posłał biegiem dwóch mandukto po ubrania. Sam owinął Kerricka tkaniną, układając fałdy i skręcając tak, by najlepiej chroniła przed strzałkami. Złożoną szarfą okręcił głowę i szyję Kerricka, zostawiając jedynie małą szparkę, przez którą mógł patrzeć. Herilak próbował nie wystrzeloną strzałką przebić to okrycie, lecz bezskutecznie.
— To wspaniałe — powiedział. — Powiedz mu, by mnie owinął tak samo. Potem pójdziemy przyjrzeć się murgu.
W zwojach było im gorąco, ale słońce stało już nisko. Kerrick czuł, że występujący mu na czoło pot wsiąka w tkaninę, nie spływa na oczy. Zszedł na drugą stronę barykady.
Jedyna droga w dół prowadziła przez piętrzące się ciała, osuwające się nieprzyjemnie pod stopami zwiadowców. Kerrick nie zwracał uwagi na wytrzeszczone oczy i rozwarte, zębate paszcze. Schodził ostrożnie, aż wreszcie osiągnęli wolną przestrzeń. Odwrócił się i zawołał do wartowników na wale:
— Wszystkie murgu są martwe. Poczekajcie, aż wyjdziemy za zakręt, potem możecie zejść i zebrać pozostawione śmiercio-kije. Część pozbierały Yilanè, lecz zostało jeszcze sporo, możemy je wykorzystać.
Yilanè rzeczywiście wystawiły straże. Gdy owinięci w biel łowcy wyjrzeli ostrożnie za załom skalnej ściany, rozległy się trzy ostre wybuchy. Pobiegli naprzód wśród innych strzałów, potem sami wypalili do fargi ukrytych wśród głazów. Dwie zginęły, trzecia wstała i uciekła. Dogoniła ją strzałka Herilaka, trafiając w plecy. Łowca ostrożnie wyrwał strzałkę z tkaniny okrywającej pierś Kerricka.
— Ciepło w tych okryciach — ale przeżyliśmy.
Nim ruszyli dalej, Kerrick wyjął dwie strzałki z szat wielkiego łowcy.
— Znam tę Yilanè — powiedział, patrząc na trzecie ciało. — To łowczyni, bliska Stallan. W obozie będzie ona, jak i Vaintè. — Zacisnął mocno dłonie na hèsotsanie, wyobrażając sobie, że celuje do obu.
— W drodze powrotnej zabierzemy ich śmiercio-kije — powiedział Herilak, skradając się z przygotowaną bronią.
Gdy wyszli na równinę, dojrzeli obóz Yilanè, widoczny dobrze na otwartej przestrzeni. Znajdowało się w nim wiele wierzchowców, jak też dużo zapasów. I zastępy fargi, znacznie przewyższające oddziały, które atakowały ich tego dnia. Kerrick poczuł nagły lęk przed ich liczebnością i musiał sobie uświadomić, że to jednak oni powstrzymali natarcie. Jeśli przyjdą znów — zostaną odparte jeszcze raz. Jeśli Vaintè chce śmierci wszystkich fargi, Tanu zrobią wszystko, by spełnić jej marzenia.
Na zewnątrz obozowiska wystawiono więcej strażniczek, lecz słońce zapadło już za horyzont i gdy w rosnących ciemnościach pojawiły się dwie owinięte w biel postacie, zaczęły one powracać do środka, zdradzając przejście przez krąg pułapek.
— Alarmy i potrzaski — powiedział Kerrick. — Widzisz, gdzie leżą w trawie? Te długonogie stworzenia za barykadą muszą wydzielać światło, które oślepiło nas tamtej nocy.
— Wszystkie są już w środku i zamykają ostatnie przejście.
— Dobrze. Zobaczymy teraz, jak daleko zdołamy podejść. Nie wyjdą już, jest na to za ciemno. Chcę tylko sprawdzić, jakie mają środki obrony.
Herilak wahał się przed bliższym podejściem do wielkiej armii murgu, do rączonogich zwierząt, biegających znacznie szybciej niż łowcy. Kerrick szedł jednak śmiało, znał dobrze Yilanè, wiedział, że w nocy nie opuszczają bezpiecznego miejsca za żywymi osłonami. Gdy doszli do zewnętrznego kręgu pnączy, było jeszcze dość widno, by ujrzeć wyciągające się przeciwko nim kolce.
— Zatrute, możesz być pewny — powiedział Kerrick. — Tu mogą nas dosięgnąć strzałki wystrzelone ze środka. Jesteśmy dość blisko.
— Dlaczego do nas nie strzelają? — spytał Herilak, wskazując na murgu ze śmiercio-kijami tuż po drugiej stronie zapory. Stały w milczeniu, patrząc obojętnie na obu łowców. Za nimi poruszały się inne fargi, jadły, kładły się do snu, nie zwracając uwagi na wrogów w pobliżu.
— Nie mają rozkazu strzelać — odparł Kerrick. — Fargi nigdy nie myślą samodzielnie, dlatego nie robią niczego bez polecenia. Sądzę, że kazano im strzelać, gdy zapalą się światła. Posłuchają.
W pobliżu znajdował się niski pagórek, Kerrick wskazał na niego.
— Teraz sprawdźmy, co nam przygotowały. Jeśli nawet strzałki dolecą tak daleko, pagórek trochę nas osłoni.
Kerrick kopał ziemię, aż wyrwał duży kawał darni ze zwisającymi długimi źdźbłami trawy. Wziął je w dłoń i rozkręcił darń nad głową.
— Leż — krzyknął do Herilaka, wypuszczając pocisk.
Gruda ziemi poleciała wysoko, wylądowała w pasie obronnym. W tejże chwili półmrok rozdarły błyski światła, z wnętrza obozu dobiegły trzaski strzelających naraz licznych hèsotsanów; powietrze nad nimi przeszywały niezliczone strzałki. Leżeli przyciśnięci do ziemi, przeczekali następne strzały i głośne krzyki. Wkrótce wszystko umilkło, światła ściemniały i zgasły. Dopiero wtedy ośmielili się wstać i rozejrzeć wokół oślepłymi oczami. Było jeszcze dość widno, by spostrzec, że ziemia wokół nich najeżona jest wielkimi strzałkami.
— Coś nowego — powiedział Kerrick. — Są większe niż wszystkie, jakie widziałem dotąd — patrz, jak daleko doleciały. Dwa razy dalej niż zasięg naszych śmiercio-kijów. Musiały wyhodować silniejsze śmiercio-kije, wytresowały je, by strzelały po dotknięciu czujnych pnączy. Szarpniesz pnącza, światła zapalą się w tym miejscu i stwory zaczynają strzelać. Czuję, że nawet w naszych strojach będziemy bezpieczniejsi, gdy odejdziemy dalej.
Cofnęli się szybko poza zasięg najdalszych strzałek, potem odwrócili się, by spojrzeć na ciemne, ciche obozowisko nieprzyjaciela. Kerrick ociekał potem i powoli odwinął część szmat, mimo że zrobiło się chłodniej. Rozglądał się, myśląc intensywnie.
— Powiedz, Herilaku, jesteś silnym łucznikiem. Czy dosięgnąłbyś stąd obozu?
Herilak odsłonił twarz i otarł spoconą twarz. Spojrzał na pagórek, który opuścili, potem dalej, na pnącza i wrzecionowate światłostwory.
— Z trudem. Po dobrym naciągnięciu cięciwy wysłałbym strzałę tak daleko, ale niełatwo byłoby trafic w coś z tej odległości.
— Cel nie jest ważny, byleby sięgnąć poza pas obronny. A Sasku ze swymi miotaczami, sądzę, też rzuciliby tak daleko.
— Dobrze to wymyśliłeś, margalusie — powiedział Herilak, śmiejąc się głośno. — Murgu są stłoczone jak ziarna w garnku. Nie sposób nie trafić ich włócznią czy strzałą.
— Tej nocy, zamiast chrapać we śnie, będą na pewno miały czym się martwić! Zaznaczymy to miejsce, gdzie stoimy, byśmy je odnaleźli po powrocie.
— Z łukami i włóczniami!
Herilak miał rację. Przy naciągniętej do końca cięciwie i skierowanym wysoko łuku strzały dolatywały daleko za światła, znajdowały cel w obozowisku. Rozlegały się krzyki bólu, a łowcy wybuchali śmiechem, klepiąc się po ramionach. Ucichli dopiero wtedy, gdy Sanone włożył włócznię w miotacz. Przyglądali się uważnie, jak odchylił się mocno i posłał ją z warkotem w mrok. Wrzasnęło jakieś zwierzę, grot włóczni znalazł swój cel. Nagłe światło oślepiło łowców, cofnęli się na widok chmury strzałek. Wszystkie padły za blisko. Zaczęła się jednostronna bitwa nocna.