Dzieci Diuny [Children of Dune - pl]
- Автор: Херберт Фрэнк
- Серия: Diuna #3
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Phantom Press
- ISBN: 83-7075-060-5
- Переводчик: Marek Mastalerz
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Diuny [Children of Dune - pl]». Краткое содержание книги:
Od pewnego czasu w mieście Arrakin pojawia się starzec zwany Kaznodzieją i wygłasza dziwne przemowy do wciąż tłumnie przybywających na Diunę pielgrzymów. Kim jest? Czy tylko na wpół szalonym mistykiem, czy może kimś więcej?
— Kobieto! Liban wahid! — rozkazał. Przynieś nam napoju przyprawowegol Zawahała się.
— Zrób, co on mówi, Sabiho — powiedział Leto. Podskoczyła na nogi. Przez chwilę była niezdolna do oderwania wzroku od twarzy Leto.
— Znasz ją? — zapytał Muriz.
— Jest bratanicą Namriego. Obraziła Dżekaratę, więc przysłali ją do was.
— Namriego? Ale…
— Liban wahid — rzekł Leto.
Dziewczyna przemknęła obok nich i wyskoczyła na zewnątrz przez uszczelnienie drzwiowe. Jeszcze długo słyszeli odgłos jej stóp.
— Nie ucieknie daleko — stwierdził Muriz. Dotknął palcem nosa. — Krewna Namriego, co? Ciekawe. Co zrobiła, że aż tak im się naraziła?
— Pozwoliła mi uciec. — Odwrócił się i wyszedł poszukać dziewczyny. Znalazł ją stojącą na brzegu kanatu, podszedł więc bliżej i spojrzał w dół, na wodę. Z pobliskich palm wachlarzowych dobiegł śpiew ptaków i łopot ich skrzydeł. Leto wpatrywał się w wodę, w refleksy światła na jej powierzchni. Kącikiem oczu dostrzegł błękitne papugi wśród liści palm. Jedna z nich przeleciała nad kanatem i zobaczył ją odbitą w wodzie na tle srebrnego kłębowiska ryb podążających w identycznym kierunku, jak gdyby ptaki i drapieżne ryby znalazły się na tym samym nieboskłonie.
Sabiha kaszlnęła.
— Nienawidzisz mnie — powiedział Leto.
— Okryłeś mnie wstydem. Zhańbiłeś w oczach moich ludzi. Zwołali Isnad i wysłali mnie tu, bym straciła swą wodę. Wszystko z twojej winy.
Usłyszeli śmiech Muriza za plecami.
— Teraz widzisz, Leto-Batighu, że Rzeka Ducha ma wiele dopływów.
— Ale w twych żyłach płynie krew Atrydów — rzekł Leto, odwracając się. — Sabiha jest przeznaczeniem mojej wizji, a ja za nią podążyłem. Uciekłem przez pustynię, by odnaleźć mą przyszłość tu, w Szulochu.
— Ty i… — Wskazał na Sabihę i odrzucił głowę, śmiejąc się.
— Nie będzie tak, jak sobie wyobrażasz — powiedział Leto. — Pamiętaj o tym, Muriz. Znalazłem ślady mojego czerwia. — Do oczu napłynęły mu łzy.
— On oddaje wodę zmarłym… — szepnęła Sabiha.
Nawet Muriz poczuł lęk. Fremeni nigdy nie płakali, o ile nie składali najgłębszego daru duszy. Wytrącony z równowagi Fremen zapiął maskę i naciągnął kaptur dżebbali nisko na oczy.
Leto, patrząc gdzieś w dal, powiedział:
— Tu, w Szulochu, będę się modlił o rosę na skraju pustyni. Idź, Muriz, i módl się o Kralizek. Obiecuję ci, że nadejdzie.
Fremeńską mowę cechuje olbrzymia zwięzłość, precyzyjne wyrażenie znaczenia. Jest pogrążona w iluzji absolutu. Jej założenia są płodnym gruntem dla religii na nim się opierających. Co więcej, Fremeni uwielbiają moralizowanie. Stawiają czoła przerażającej niestałości rzeczy. Mówią: „Nie istnieje suma osiągalnej wiedzy, lecz czegokolwiek człowiek się nauczy, może to zachować”. Na podstawie tak radykalnego twierdzenia kształtują swą fantastyczną wiarę w znaki, omeny i przeznaczenie. Jest to źródłem legendy o Kralizeku — bitwie na krańcu wszechświata.