The Lady of the Lake [Pani Jeziora]
- Автор: Сапковский Анджей
- Серия: Wiedźmin #7
- Год: 1999
- Язык: польский
- Год: SuperNOWA
- ISBN: 83-7054-129-1
- Переводчик: David French
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «The Lady of the Lake [Pani Jeziora]». Краткое содержание книги:
But this is Ciri, the child of prophecy, and she will not be defeated. She knows she must escape to finally rejoin the Witcher, Geralt, and his companions - and also to try to conquer her worst nightmare. Leo Bonhart, the man who chased, wounded and tortured Ciri, is still on her trail. And the world is still at war
Boreas Mun — o czym Puszczyk wiedzieć nie mógł — był już dość daleko. Jechał prosto na wschód, z czołem przy końskiej grzywie wyciskał z wierzchowca tyle galopu, ile się dało.
Z pozostałych, wysłanych po łuki, wrócił tylko jeden.
Temu, który zdecydował się strzelać, lekko zatrzęsły się ręce i łzawiły od fisstechu oczy. Pierwsze bełt ledwie drasnął balustradę. Drugi nie trafił nawet w schody.
— Wyżej! — rozdarł się Puszczyk. - Wejdź wyżej, durniu! Strzelaj z bliska!
Kusznik udał, że nie słyszy. Skellen zaklął sążniście, wyrwał mu kuszę, skoczył na schody, przyklęknął i wycelował. Geralt szybko zasłonił sobą Ciri. Ale dziewczyna błyskawicznie wywinęła się zza niego, gdy szczęknęła cięciwa, była już w pozycji. Wykręciła miecz do górnej kwarty, odbiła bełt tak mocno, że długo koziołkował, nim spadł.
— Bardzo dobrze — mruknął Geralt. - Bardzo dobrze, Ciri. Ale jeśli jeszcze raz zrobisz coś takiego, spuszczę ci lanie.
Skellen rzucił kuszę. I nagle zorientował się, że jest sam.
Wszyscy jego ludzie, zbici w gromadkę, byli na samym dole. Żaden nie kwapił się, by wejść na schody. Było ich jakby mniej, znowu kilku gdzieś pobiegło. Po kusze zapewne.
A wiedźmin i wiedźminka spokojnie, nie przyspieszając, ale i nie zwalniając kroku, szli w dół, w dół po zalanych krwią schodach zamczyska Stygga. Blisko siebie, ramię przy ramieniu, mamiąc i tumaniąc szybkimi poruszeniami kling.
Skellen cofnął się. I już nie przestał się cofać. Aż do samego dołu. Gdy znalazł się w grupie swych ludzi, spostrzegł, że cofanie trwa. Zaklął bezsilnie.
— Chłopcy! — krzyknął, a głos złamał mu się fałszywie. - Śmiało! Hajże na nich! Kupą! Dalej, śmiało! Za mną!
— Sami se idźcie — bąknął któryś, podnosząc do nosa dłoń z fisstechem. Puszczyk ciosem pięści zbielił mi narkotykiem twarz, rękaw i przód kaftana.
Wiedźmin i wiedźminka minęli drugi podest.
— Gdy zejdą na sam dół — zaryczał Skellen — da się ich otoczyć! Hajże, chłopcy! Śmiało! Do broni!
Geralt spojrzał na Ciri. I omal nie zawył z wściekłości, widząc na jej szarych włosach bielutkie i lśniące jak srebro pasemka. Opanował się. To nie był czas na złość.
— Uważaj — powiedział głucho. - Bądź blisko mnie.
— Zawsze będę blisko ciebie.
— Na dole będzie gorąco.
— Wiem. Ale jesteśmy razem.
— Jesteśmy razem.
— Jestem z wami — powiedziała Yennefer, schodząc za nimi po schodach czerwonych i śliskich od krwi.
— Do kupy! Do kupy! — ryczał Puszczyk.
Kilku z tych, którzy pobiegli po kusze, wracało. Bez kusz. Bardzo przerażonych.
Ze wszystkich trzech wiodących ku schodom korytarzy rozległ się huk wywalanych berdyszami drzwi, łomot, szczęk żelaza i odgłos ciężkich kroków. I nagle ze wszystkich trzech korytarzy wymaszerowali żołnierze w czarnych hełmach, zbrojach i płaszczach ze znakiem srebrnej salamandry. Okrzyknięci gromko i groźnie najemnicy Skellena z brzękiem rzucili na posadzkę broń, jeden po drugim. W tych mniej zdecydowanych wymierzono kusze, ostrza glewi i rohatyn, ponaglono jeszcze groźniejszym krzykiem. Teraz usłuchali wszyscy, widać bowiem było, że czarni żołnierze aż palą się, by kogoś zakatrupić i tylko czekają na pretekst. Puszczyk stanął pod kolumną, skrzyżowawszy ręce na piersi.
— Cudowna odsiecz? — mruknęła Ciri. Geralt przecząco pokręcił głową.
Kusze i żeleźca wycelowano także i w nich.
— Glaeddyvan vort!
Opór nie miał sensu. Od czarnych żołnierzy roiło się w dole schodów jak od mrówek, a oni byli już bardzo, bardzo zmęczeni. Ale nie rzucili mieczów. Pieczołowicie położyli je na stopniach. A potem usiedli. Geralt czuł ciepłe ramię Ciri, słyszał jej oddech.
Z góry, wymijając trupy i kałuże krwi, pokazując czarnym żołnierzom nie uzbrojone ręce, zeszła Yennefer. Ciężko usiadła obok, na stopniu. Geralt poczuł ciepło także i przy drugim ramieniu. Szkoda, że tak nie może być zawsze, pomyślał. A wiedział, że nie może.
Ludzi Puszczyka wiązano i po kolei wyprowadzano. Czarnych żołnierzy w płaszczach z salamandrą robiło się coraz więcej. Nagle pojawili się wśród nich wysocy rangą oficerowie, rozpoznawalni po białych pióropuszach i srebrnych olamowaniach na zbrojach. I po szacunku, z jakim rozstępowano się przed nimi.
Przed jednym z oficerów, którego hełm szczególnie bogato ozdobiony był srebrem, rozstępowano się z wyjątkowym szacunkiem. Z ukłonami wręcz.
Ten właśnie zatrzymał się przed stojącym pod kolumną Skellenem. Puszczyk — widać to było wyraźnie nawet w migotliwym świetle łuczyw i dopalających się w żelaznych koszach obrazów — zbladł, zrobił się biały jak papier.
— Stefanie Skellen — powiedział oficer dźwięcznym głosem, głosem, który zadzwonił aż pod sklepieniem halli. - Staniesz przed sądem. Poniesiesz karę za zdradę.
Puszczyka wyprowadzono, ale nie wiązano mu rąk jak gemajnom.
Oficer odwrócił się. Z arrasu na górze urwała się płonąca szmata, spadła, wirując jak wielki ognisty ptak. Blask zalśnił na srebrnym olamowaniu zbroi, na sięgającej do połowy policzków zasłonie hełmu, mającej — jak u wszystkich Czarnych Żołnierzy — kształt potwornej zębatej szczęki.
Kolej na nas, pomyślał Geralt. Nie pomylił się.
Oficer popatrzył na Ciri, a jego oczy paliły się w otworach hełmu, zauważały i rejestrowały wszystko. Bladość. Bliznę na policzku. Krew na rękawie i dłoni. Białe pasemka we włosach.
Potem Nilfgaardczyk obrócił oczy na wiedźmnina.
— Vilgefortz? — spytał swym dźwięcznym głosem. Geralt przecząco pokręcił głową.
— Cahir aep Callach?
Znowu przeczący ruch głowy.
— Jatki — powiedział oficer, patrząc na schody. - Krwawe jatki. Ale cóż, kto mieczem wojuje… Nadto, oszczędziłeś katom roboty. Daleką przebyłeś drogę, wiedźminie.
Geralt nie skomentował. Ciri głośno pociągnęła nosem i obtarła go nadgarstkiem. Yennefer skarciła ją spojrzeniem. Nilfgaardczyk zauważył i to, uśmiechnął się.
— Daleką przebyłeś drogę — powtórzył. - Przyszedłeś tu z końca świata. Za nią i dla niej. Już choćby tylko z tego tytułu coś ci się należy. Panie de Rideaux!
— Na rozkaz, Wasza Królewska Mość!
Wiedźmin nie zdziwił się.
— Proszę wyszukać tu dyskretną komnatę, w której będę mógł w nie zakłócanym przez nikogo spokoju porozmawiać z panem Geraltem z Rivii. W tym czasie proszę zapewnić wszelkie wygody i usługi obu paniom. Rzecz jasna, pod czujną i nieustającą strażą.
— Tak jest, Wasza Cesarska Mość.
— Panie Geralcie, proszę za mną.
Wiedźmin wstał. Spojrzał na Yennefer i Ciri, chcąc je uspokoić, przestrzec, by nie robiły głupstw. Ale to nie było potrzebne. Obie były potwornie zmęczone. I zrezygnowane.
— Daleką przebyłeś drogę — powtórzył, zdejmując hełm Emhyr var Emreis, Deithwen Addan yn Carn aep Morvudd, Biały Płomień Tańczący na Kurchanach Wrogów.
— Nie wiem — odrzekł spokojnie Geralt — czy ty, Duny, nie przebyłeś dalszej.
— Poznałeś mnie, proszę — uśmiechnął się cesarz. - A podobno brak brody i sposób zachowania odmieniły mnie zupełnie. Z ludzi, którzy przedtem widywali mnie w Cintrze, wielu przybywało potem do Nilfgaardu i widziało mnie podczas audiencji. I nie rozpoznał mnie nikt. A tyś widział mnie przecież tylko raz, i to przed szesnastu laty. Aż tak zapadłem ci w pamięć?
— Nie rozpoznałbym cię, faktycznie bardzo się zmieniłeś. Domyśliłem się po prostu, kim jesteś. Już jakiś czas temu. Nie bez obcej pomocy i wskazówki odgadłem, jaką rolę odegrał incest w rodzinie Ciri. W jej krwi. W którymś z koszmarnych snów przyśnił mi się nawet incest najstraszniejszy, najohydniejszy z możliwych. I proszę, oto jesteś, we własnej osobie.