The Lady of the Lake [Pani Jeziora]
- Автор: Сапковский Анджей
- Серия: Wiedźmin #7
- Год: 1999
- Язык: польский
- Год: SuperNOWA
- ISBN: 83-7054-129-1
- Переводчик: David French
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «The Lady of the Lake [Pani Jeziora]». Краткое содержание книги:
But this is Ciri, the child of prophecy, and she will not be defeated. She knows she must escape to finally rejoin the Witcher, Geralt, and his companions - and also to try to conquer her worst nightmare. Leo Bonhart, the man who chased, wounded and tortured Ciri, is still on her trail. And the world is still at war
— Pożegnaj się z życiem, Bonhart! — wrzasnęła. - To twój koniec! Trafiła kosa na kamień!
Przesadziła chyba, złowił fałsz w jej głosie. Zatrzymał się, spojrzał podejrzliwie.
— Wiedźmin? Doprawdy?
Cahir zawinął mieczem, stając w pozycji. Bonhart nie drgnął.
— W młodszych, niż myślałem, czarownica gustuje — zasyczał. - Spójrz bo, junaku, tutaj.
Rozchełstał koszulę. W jego pięści błysnęły srebrne medaliony. Kot, gryf i wilk.
— Jeśliś naprawdę wiedźminem — zgrzytnął zębami — to wiedz, że twój własny znachorski amulet zaraz ozdobi moją kolekcję. Jeśli wiedźminem nie jesteś, będziesz trupem, nim zdołasz oczami zamrugać. Mądrze byłoby tedy zejść mi z drogi i umykać, gdzie pieprz rośnie. Ja chcę tej dziewki, do ciebie rankoru nie mam.
— Mocnyś w gębie — rzekł spokojnie Cahir, młynkując ostrzem. - Sprawdzimy, czy nie tylko. Angouleme, Ciri. Uciekajcie!
— Cahir…
— Biegnijcie — poprawił się — na pomoc Geraltowi.
Pobiegły. Ciri podtrzymywała utykającą Angouleme.
— Sam tego chciałeś — Bonhart zmrużył blade oczy, postąpił, obracając mieczem.
— Sam tego chciałem? — powtórzył głucho Cahir Mawr Dyffryn aep Ceallach. - Nie. Tak chce przeznaczenie!
Skoczyli ku sobie, ścięli się szybko, otoczyli dziką migotaniną kling. Korytarz napełnił się szczękiem żelaza, od którego, zadawało się, drży i kołysze się marmurowa rzeźba.
— Niezłyś — charknął Bonhart, gdy się rozłączyli. - Niezłyś, junaku. Ale żaden z ciebie wiedźmin, mała żmija oszukała mnie. Już po tobie. Szykuj się na śmierć.
— Mocnyś w gębie.
Cahir odetchnął głęboko. Starcie przekonało go, że z rybiookim ma nikłe szanse. Typ był dla niego za szybki i za silny. Jedyną szansą było to, że się spieszył, by ścigać Ciri. I wyraźnie się denerwował.
Bonhart zaatakował znowu. Cahir sparował cięcie, zgarbił się, skoczył, chwycił przeciwnika w pasie, pchnął na ścianę, łupnął kolanem w krocze. Bonhart złapał go za twarz, z mocą grzmotnął w bok głowy głowicą miecza, raz, drugi, trzeci. Trzecie uderzenie odrzuciło Cahira. Zobaczył błysk klingi. Sparował odruchowo.
Zbyt wolno.
Było ściśle przestrzeganą tradycją rodu Dyffrynów, że nad złożonym w zamkowej zbrojowni ciałem poległego krewniaka wszyscy mężczyźni z rodu odprawiali całodzienną i całonocną milczącą wigilię. Kobiety, zebrane w odległym skrzydle zamku, by nie przeszkadzać mężczyznom, nie rozpraszać ich i nie zakłócać ich przemyśleń, szlochały, spazmowały i mdlały. Ocucone, zaczynały szlochać i spazmować. I da capo.
Spazmy i łzy nawet u kobiet, szlachcianek vicovarskich, były niemile widzianym nietaktem i wielkim dyshonorem. Ale u Dyffrynów taka, nie inna była tradycja i nikt jej nie zmieniał. Ani zmieniać nie zamierzał.
Dziesięcioletni Cahir, najmłodszy brat poległego w Nazairze i leżącego właśnie w zamkowej zbrojowni Aillila, w myśli zwyczaju i tradycji nie był jeszcze mężczyzną. Nie dopuszczono go do zebranego nad otwartą trumną grona mężczyzn, nie pozwolono, by siedział i milczał wraz z dziadem Gruffydem, ojcem Ceallachem, bratem Dheranem oraz całą gromadą wujów, stryjów i kuzynów. Spazmować i mdleć wraz z babką, matką, trzema siostrami oraz całą gromadą stryjenek, wujenek i kuzynek nie pozwolono mu, ma się rozumieć, również. Wraz z resztą małoletnich krewniaków, przybyłych do Darn Dyffra na egzekwie, pogrzeb i tryznę, Cahir błaznował i psocił na murach. I bił się na kułaki z tymi, którzy uważali, że najmężniejszymi z mężnych byli w walkach o Nazair ich właśni ojcowie i starsi bracia, nie zaś Aillil aep Ceallach.
— Cahirek! Chodź tu do mnie, syneczku!
Na krużganku stała Mawr, matka Cahira, i jej siostra, ciotka Cinead var Anahid. Twarz matki była czerwona i tak opuchła od płaczu, że Cahir aż się przeraził. Wstrząsnęło nim, że nawet z tak urodziwej kobiety, jak jego matka, płacz mógł zrobić podobną maszkarę. Mocno postanowił sobie nie płakać nigdy, przenigdy.
— Pamiętaj, synku — załkała Mawr, przyciskając chłopca do podołka tak, że tchu mu zabrakło. - Zapamiętaj ten dzień. Pamiętaj, kto pozbawił życia twego braciszka Aillila. Zrobili to ci przeklęci Nordlingowie. Twoi wrogowie, syneczku. Masz ich zawsze nienawidzić. Masz nienawidzić tej przeklętej zbrodniczej nacji!
— Będę ich nienawidził, pani matko — obiecał Cahir, nieco zdziwiony. Po pierwsze, jego brat Aillil padł w boju, z honorem, chwalebną i godną pozazdroszczenia śmiercią wojownika, nad czym więc ronić łzy? Po drugie, nie było tajemnicą, że babka Eviva, matka Mawr, pochodziła z Nordlingów. Tata w gniewie nie raz potrafił nazwać babkę "wilczycą z Północy". Ma się rozumieć, za jej plecami.
No, ale jeśli teraz matka każe…
— Będę ich nienawidził — przyrzekł z zapałem. - Już ich nienawidzę! A gdy będę duży i będę miał prawdziwy miecz, to pójdę na wojnę i głowy im poucinam! Zobaczysz, pani matko!
Mama nabrała powietrza w płuca i zaczęła spazmować. Ciotka Cinead podtrzymała ją.
Cahir zaciskał piąstki i dygotał z nienawiści. Z nienawiści do tych, którzy skrzywdzili jego mamę, sprawiając, że aż tak zbrzydła.
Cios Bonharta rozwalił mu skroń, policzek i usta. Cahir upuścił miecz i zatoczył się, a łowca z półobrotu ciął go między szyję a obojczyk. Cahir runął pod stopy marmurowej bogini, jego krew, niczym pogańska ofiara, zbryzgała cokół posągu.
Huknęło, podłoga zadrżała pod stopami, ze ściennego panoplia z łomotem spadła tarcza. Korytarzem snuł się i płoził gryzący dym. Ciri otarła twarz. Podtrzymywana jasnowłosa dziewczyna ciążyła jej jak młyński kamień.
— Szybciej… Biegnijmy szybciej…
— Ja nie mogę szybciej — powiedziała dziewczyna. I nagle ciężko siadła na posadzce. Ciri z przerażeniem zobaczyła, jak spod siedzącej, spod jej przesiąkniętej nogawki, zaczyna wylewać się i wzbierać czerwona kałuża.
Dziewczyna była blada jak trup.
Ciri rzuciła się na kolana obok niej, ściągnęła dziewczynie szal, potem pasek, spróbowała zrobić opaski uciskowe. Ale rana była zbyt wielka. I zbyt blisko pachwiny. Krew nie przestawała ciec.
Dziewczyna chwyciła ją za rękę. Palce miała zimne jak lód.
— Ciri…
— Tak.
— Ja jestem Angouleme. Nie wierzyłam… Nie wierzyłam, że cię odnajdziemy. Ale poszłam za Geraltem… Bo za nim nie można nie iść. Wiesz?
— Wiem. On już taki jest.
— Odnaleźliśmy cię. I uratowaliśmy. A Fringilla kpiła z nas… Powiedz mi…
— Nie mów nic. Proszę.
— Powiedz… — Angouleme poruszała wargami coraz wolniej i z coraz większym trudem. - Powiedz, jesteś przecież królową… W Cintrze… Będziemy u ciebie w łaskach, prawda? Zrobisz ze mnie… hrabinę? Powiedz. Ale nie kłam… Zdołasz? Powiedz!
— Nic nie mów. Oszczędzaj siły.
Angouleme westchnęła, nagle pochyliła się do przodu i oparła czołem o ramię Ciri.
— Wiedziałam… — powiedziała całkiem wyraźnie. - Wiedziałam, kurwa, że bordel w Toussaint był lepszym pomysłem na życie.
Minęła długa, bardzo długa chwila, zanim Ciri zorientowała się, że trzyma w objęciach nieżywą dziewczynę.
Zobaczyła go, jak nadchodzi prowadzony martwymi spojrzeniami podtrzymujących arkady alabastrowych kanefor. I nagle zrozumiała, że ucieczka jest niemożliwa, że przed nim nie da się uciec. Że będzie musiała stawić mu czoło. Wiedziała o tym.
Ale wciąż zbyt się go bała.
Dobył broni. Ostrze Jaskółki zaśpiewało cicho. Znała ten śpiew.