Tajemnica Srebrnego Pająka
- Автор: Hitchcock Alfred
- Язык: польский
- Жанр: Другие приключения
Электронная книга - «Tajemnica Srebrnego Pająka». Краткое содержание книги:
Nieco dalej stała bardzo ładna dziewczyna w stroju ludowym, z ogromną wiązką balonów. Śpiewała piosenkę po angielsku. Słowa piosenki zachęcały do kupienia balonu i puszczenia go w powietrze, by zaniósł życzenie do nieba. Wiele osób kupowało balony i istotnie puszczali je w powietrze. Czerwone, żółte i niebieskie kule unosiły się w górę, coraz dalej, aż wreszcie znikały.
– Sfotografuj klaunów, Pete – powiedział Jupiter. – Ja zrobię zdjęcia akrobatom, a ty, Bob, rozejrzyj się dookoła. Może coś zwróci twoją uwagę.
– Dobra, Pierwszy – Pete poszedł w stronę koziołkujących klaunów.
Jupiter i Bob stanęli przed trampoliną. Jupe otworzył aparat fotograficzny i zaczął ustawiać obiektyw na akrobatów. Grzebał się przy nim długo, niby to mając jakieś problemy. W rzeczywistości uruchamiał walkie-talkie.
– Tutaj Pierwszy – powiedział cicho. – Czy mnie odbierasz?
– Głośno i wyraźnie – zamamrotał w aparacie głos Berta Younga.
– Jaka jest sytuacja?
– Zwiedzamy – odpowiedział Jupe. – Książę Djaro prosił nas o pomoc w znalezieniu srebrnego pająka Waranii. Został skradziony i umieszczono na jego miejscu imitację.
– Och! – wykrzyknął Bert Young. – To gorzej, niż myślałem. Czy możecie mu pomóc?
– Nie bardzo wiem jak – wyznał Jupe.
– Ja też nie. Ale starajcie się i miejcie oczy otwarte. Coś jeszcze?
– Jesteśmy teraz w parku, prawdopodobnie ktoś nas śledzi. Nie wiemy kto.
– Spróbujcie sprawdzić. Zgłoś się później, jak będziecie sami. Ktoś może nabrać podejrzeń, gdy będziemy zbyt długo rozmawiać.
Bert Young wyłączył się. Jupiter fotografował, a Bob tymczasem rozglądał się dookoła. Nie zauważył nic, a raczej nikogo, kto mógłby ich śledzić. Podszedł klaun i Bob wrzucił kilka amerykańskich monet do jego koszyczka.
Klauni przyprowadzili pudla, który robił salta w powietrzu i stawał na przednich łapach. Tłum gapiów otoczył ich i dziewczyna z balonami została sama na uboczu.
– Teraz zrobimy jej zdjęcie – szepnął Jupiter.
Podeszli do niej w trójkę. Jupiter ustawiał aparat, na co dziewczyna uśmiechnęła się i zaczęła pozować. Jupiter pstryknął zdjęcie. Dziewczyna zbliżyła się do nich.
– Kupicie balony, amerykańscy dżentelmeni? – zapytała. – Pozwólcie im poszybować w chmury i zanieść wasze życzenia do nieba.
Pete wyłuskał z kieszeni banknot i podał jej. Wręczyła każdemu z nich balon i odwróciła się w poszukiwaniu reszty. Gdy pochylała się nad monetami, szepnęła niemal bezgłośnie:
– Ktoś chodzi za wami. Śledzą was. Mężczyzna i kobieta. Nie wyglądają niebezpiecznie. Wydaje mi się, że chcą porozmawiać z wami. Dajcie im sposobność. Idźcie na lody, tam przy stolikach.
Chłopcy wyrazili swe życzenia i wypuścili balony. Patrzyli za nimi, aż stały się maleńkimi kropkami na niebie. Potem wolno podeszli do stolików rozstawionych na trawie i przykrytych obrusami w czerwoną kratę. Usiedli przy jednym z nich. Natychmiast zjawił się wąsaty kelner.
– Lody? Może gorąca czekolada, sandwicze?
Przystali na wszystko, co proponował. Kelner odszedł, a chłopcy rozejrzeli się wokół. Bob zobaczył mężczyznę i kobietę kupujących balony i rozpoznał w nich parę, która tego rana stanęła za nimi przed portretem księcia Paula. Poczuł z całą pewnością, że to przez nich byli śledzeni.
Podeszli z wolna i usiedli przy sąsiednim stoliku. Zamówili lody i kawę, po czym spojrzeli na chłopców i uśmiechnęli się.
– Czy jesteście Amerykanami? – zapytała kobieta.
– Tak, proszę pani – odpowiedział Jupiter. – Państwo też jesteście Amerykanami?
– Oczywiście – przytaknęła kobieta. – Z Kalifornii, tak jak wy. Jupe zesztywniał. Skąd wiedziała, że są z Kalifornii?
– Jesteście z Kalifornii, prawda? – powiedział szybko mężczyzna. – W każdym razie wasze koszulki są kalifornijskie.
– Tak – odpowiedział Jupiter – jesteśmy z Kalifornii. Dopiero wczoraj przyjechaliśmy.
– Widzieliśmy was rano na zamku, w sali pamiątek – odezwała się kobieta. – Mój Boże, czy to nie sam książę Djaro był z wami?
– Tak, oprowadzał nas – skinął głową Jupiter i zwrócił się do Boba i Pete'a. – Powinniśmy chyba umyć ręce, nim kelner przyniesie nasze jedzenie. Tam, za akrobatami widziałem tabliczkę “do toalet”.
– Chcemy pójść do toalety – powiedział do pary przy sąsiednim stoliku. – Czy zechcielibyście państwo przypilnować w tym czasie naszych aparatów fotograficznych?
– Oczywiście, synku – zgodził się mężczyzna z szerokim uśmiechem. – Nie bójcie się, przypilnujemy, żeby ich nikt nie ukradł.
– Dziękuję panu – Jupiter wstał i ruszył w stronę toalet, nie dając swym towarzyszom szansy odezwania się. Chcąc nie chcąc pospieszyli za nim.
– Co to za pomysł, Jupe? – szepnął Pete, gdy się zrównali. – Dlaczego zostawiliśmy aparaty?
– Ciii! – syknął Jupe. – Mam pomysł. Zaufaj mi.
Gdy mijali dziewczynę z balonami, Jupiter powiedział do niej nie zatrzymując się.
– Obserwuj, proszę, tę parę. Powiedz nam, gdyby ruszali aparaty fotograficzne. Za chwilę wrócimy.
Skinęła głową w odpowiedzi. Detektywi szli niespiesznie, rozglądając się, jak na beztroskich turystów przystało.
Toaleta, umieszczona dyskretnie wśród drzew, była niewielkim kamiennym budynkiem. Wewnątrz nie było nikogo i Pete z miejsca wybuchnął:
– Co to za pomysł, Jupe?!
– Ci dwoje – powiedział Jupe odkręcając kran – będą zapewne rozmawiać. Może im się coś wymknąć.
– No to co? Co nam z tego przyjdzie? – zapytał Bob.
– Uruchomiłem magnetofon w moim aparacie – powiedział Jupe. – Jest bardzo czuły. Nagra wszystko, co powiedzą. Teraz już lepiej nie rozmawiajmy. Ktoś może podsłuchiwać.
Umyli ręce w milczeniu i wrócili spacerem do stolika. Dziewczyna z balonami potrząsnęła lekko głową, gdy ją mijali. A więc nic nie zaszło podczas ich nieobecności. Aparaty fotograficzne leżały, gdzie je zostawili, a mężczyzna i kobieta przy sąsiednim stoliku popijali kawę.
– Nikt nie próbował zabrać waszych aparatów – powiedział mężczyzna wesoło. – To uczciwy kraj. Kelner był już z waszym zamówieniem, ale powiedziałem mu, że musieliście odejść na parę minut. O, już idzie.