Tajemnica Srebrnego Pająka
- Автор: Hitchcock Alfred
- Язык: польский
- Жанр: Другие приключения
Электронная книга - «Tajemnica Srebrnego Pająka». Краткое содержание книги:
– To ja, Rudi! – zawołał głośnym szeptem przybysz. – I moja siostra Elena.
Oboje wsunęli się do pokoju. Elena była ubrana jak chłopiec, w spodnie i marynarkę.
– Chodźcie – powiedziała nagląco – musicie uciekać. Chcą was zaaresztować za najwyższe wykroczenie przeciw państwu.
Miarowe uderzenia w drzwi nie ustawały. Ktoś wyraźnie walił w nie siekierą. Lecz drzwi były grube, dębowe i mogły się opierać przez kilka minut.
To było jak scena z filmu. Wszystko działo się tak szybko. Nie sposób było zachować spokój. Chłopcy wiedzieli tylko jedno; muszą się stąd wydostać.
– Chodź, Pete! – krzyczał Jupiter. – Bob, przynieś srebrnego pająka i chodźmy!
Bob zamarudził jeszcze chwilę, wreszcie biegiem przyłączył się do pozostałych. Za Elena wyszli wszyscy na balkon. Stłoczyli się na nim, otoczeni chłodnym mrokiem. W dole migotały światła miasta.
– Wokół budynku biegnie gzyms – powiedziała Elena. – Jest dość szeroki, żeby iść po nim, jeśli zapanujecie nad nerwami. Ja poprowadzę. Wspięła się nad balustradą balkonu i stanęła na gzymsie.
– Mój aparat! – przypomniał sobie Jupiter.
– Nie ma czasu! – naglił Rudi. – Drzwi wytrzymają jeszcze dwie, może trzy minuty. Nie możemy stracić ani jednej sekundy.
Jupe z niechęcią pozostawił swój aparat fotograficzny i przelazł przez balustradę za Pete'em. Twarzami do muru, przyciśnięci do szorstkich kamieni, posuwali się za Eleną, która poruszała się zwinnie jak kot.
Nie było czasu na lęk. Z tyłu wciąż dobiegały donośne uderzenia w drzwi ich pokoju. Doszli już do narożnika pałacu. Uderzył w nich nocny wiatr i Bob zachwiał się, tracąc oparcie. Daleko, pod nim płynęła wartko ciemna rzeka Denzo. Rudi chwycił go za ramię i pomógł odzyskać równowagę. Bob zebrał się w sobie i ruszył za towarzyszami.
– Szybciej! – szepnął mu do ucha Rudi.
Dwa spłoszone gołębie zatrzepotały dziko skrzydłami i wzleciały nad ich głowy. Bob złapał równowagę i przeszedł za pozostałymi przez balustradę następnego balkonu. Cała piątka zatrzymała się na chwilę.
– Teraz musimy się wspinać – szepnęła Elena. – Mam nadzieję, że potraficie, to jedyna droga. Po tej linie. Ma supły. Tam jest druga lina. Zwiesza się na balkon poniżej, ale to tylko dla zmylenia tropu. Pomyślą, że uciekliśmy w dół.
Elena zaczęła się wspinać po linie zwieszającej się z góry. Za nią z łatwością Pete, potem wolniej Jupiter, mrucząc i sapiąc. Bob dał mu przewagę kilku metrów, po czym uchwycił szorstki węzeł kołyszącej się liny i wspiął się także.
Rudi zawrócił. Śmiało przeszedł z powrotem po gzymsie i wyjrzał zza narożnika budynku.
– Wciąż mocują się z drzwiami – zawołał cicho – musimy znaleźć się jak najprędzej w ukryciu.
– Co? – Bob zatrzymał się i odwrócił głowę w stronę Rudiego. Ręka obsunęła mu się przy tym z węzła, którego się trzymał. Lina prześliznęła mu się między palcami i zaczął spadać w tył, w ciemność. Runął na coś, co złagodziło jego upadek. Był to Rudi. Obaj zwalili się na balkon. Bob wyrżnął głową w kamienną podłogę i fale czerwonych i żółtych światełek zawirowały mu w oczach.
– Bob! – Rudi pochylił się nad nim. – Bob, słyszysz mnie? Uderzyłeś się?
Bob otworzył oczy i zamrugał powiekami. Leżał na kamieniach i bolała go głowa. Kolorowe światełka zamigotały i odpłynęły. Zobaczył nad sobą pochyloną twarz Rudiego.
– Bob, czy coś ci się stało? – pytał Rudi z niepokojem.
– Moja głowa – powiedział Bob. – Boli, ale chyba wszystko jest w porządku.
Usiadł powoli i rozejrzał się wokół. Był na balkonie, tyle widział. Nad nim wznosił się masyw pałacu, pod nim była rzeka i dalekie światła Denzo.
– Co ja tu robię? – zapytał Rudiego. – Widziałem, jak wchodziłeś przez okno i wołałeś, żebyśmy uciekali, a teraz siedzę na balkonie z guzem na głowie. Co się stało?
– O, duchu księcia Paula, miej nas w swej opiece – jęknął Rudi. – Upadłeś i to cię otumaniło. Nie mamy czasu na rozmowy. Możesz się wspinać? Tu. Ta lina. Będziesz mógł wspiąć się po niej?
Wetknął linę w rękę Boba. Bob zacisnął na niej palce. O ile pamiętał, nigdy przedtem nie widział tej liny. Czuł się słaby i roztrzęsiony.
– Nie wiem – powiedział. – Spróbuję.
– To za mało. – Rudi ocenił stan Boba i podjął szybką decyzję. – Wciągniemy cię na górę. Stój spokojnie, owiążę cię liną pod ramionami. Owinął linę wokół piersi Boba i mocno zawiązał.
– Dobra! Ja wejdę na górę pierwszy, a potem ciebie wciągniemy. Ściana jest szorstka i ma pęknięcia. Może będziesz mógł trochę pomóc. Jeśli nie, tylko luźno zawiśnij. Nie upuścimy cię. Już idę! – zawołał do pozostałych na górze. – Coś się stało.
Zaczął się wdrapywać w górę, a Bob został, obmacując guza na głowie. Zastanawiał się, skąd się tu wziął. Musiał wraz z innymi pójść za Rudim, ale zupełnie sobie tego nie przypominał. Ostatnią rzeczą, którą pamiętał, był Rudi wchodzący przez okno i trzask siekier walących w drzwi ich pokoju.
Rudi był już na górze, wchodził przez okno do pokoju, w którym niespokojnie czekała pozostała trójka.
– Bob spadł – powiedział. – Jest w szoku. Musimy go wciągnąć. W czwórkę damy radę. Chodźcie, do roboty.
Uchwycili luźny koniec liny i zaczęli ją ciągnąć z wysiłkiem. Węzły na linie okazały się przeszkodą. Każdy z nich trzeba było przeciskać nad parapetem okna. Ale Bob nie był ciężki i w niedługim czasie ukazała się w oknie jego głowa, potem ramiona. Znalazł oparcie dla rąk i sam się wciągnął do środka.
– Jestem – powiedział, otrząsając z siebie linę. – Chyba wszystko okay. To znaczy, głowa mnie boli, ale mogę się poruszać. Tylko nie mogę sobie przypomnieć, jak się dostałem na ten balkon.
– To teraz bez znaczenia – powiedziała Elena.
– Jestem okay – powtórzył Bob.
Pokój, w którym się znajdowali, był wilgotny, zakurzony i pozbawiony mebli. Rudi i Elena podeszli na palcach do drzwi, uchylili je lekko i wyjrzeli na korytarz.
– Na razie droga wolna – oznajmił Rudi.
– Musimy wam znaleźć kryjówkę. Jak myślisz, Elena? Zaprowadzić ich do piwnicy?
– Chcesz powiedzieć do lochów! – odparta Elena. – Nie, nie sądzę. Lina, którą zostawiliśmy, spowoduje, że gwardziści będą nas szukać w dolnej części pałacu. Będą pewni, że tam uciekli Jupiter, Bob i Pete. Popatrz.