Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl]
- Автор: Чалкер Джек Лоуренс
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-86211-30-X
- Переводчик: Konrad Majchrzak
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl]». Краткое содержание книги:
Tarin Bul wylądował na Meduzie.
Na tej mroźnej planecie szybko dołączył do miejscowych konspiratorów, którzy zamierzali obalić znienawidzonego Lorda Talanta Ypsira; cel buntowników doskonale mu odpowiadał. Jednak połączenie, jakie stanowili obcy i tajna moc Ypsira, okazała się ponad jego siły.
Do akcji wkroczył Agent Bez Imienia, nadzorujący wszystkich czterech wysłaninników. Był zmuszony wykazać się swoimi nadzwyczajnymi umiejętnościami, gdyż wszystko sprzysięgło się przeciw niemu.
W czwartej ostatniej księdze ekscytującej tetralogii Jack Chalker doprowadza do dramatycznego zakończenia epicką konfrontację pomiędzy potężną Konfederacją a małymi — ale równie potężnymi — światami Rombu Wardena.
Rozejrzał się wokół, żeby zobaczyć, jak przyjmowane są jego słowa. Do późnej nocy dyskutował to wszystko na bezpiecznym kanale z Radą i z Kregą. Ale nie zauważył teraz żadnych widocznych reakcji u słuchaczy. Chociaż nie dotyczyło to chyba wszystkich… Ypsir zawzięcie czyścił paznokcie scyzorykiem.
— W zamian — kontynuował — Konfederacja oczekuje natychmiastowego i całkowitego zaprzestania wrogich działań ze strony Czterech Władców Rombu, działań prowadzonych za przyzwoleniem Altavaru, wycofania agentów na Romb Wardena i formalnego porozumienia mówiącego, że jakiekolwiek przyszłe konflikty terytorialne czy też konflikty interesów pomiędzy Konfederacją i Altavarem będą rozstrzygane metodami pokojowymi, przy odrzuceniu możliwości użycia siły przez którąkolwiek ze stron. Takie rozwiązanie uważamy za sprawiedliwe.
Morah odczekał chwilę, by upewnić się, czy to już koniec przemówienia, po czym powiedział:
— Czy chciałby pan coś dodać, doktorze?
Dumonia pokręcił przecząco głową.
— Doskonale. Wydaje mi się, że są jakieś obiekcje ze strony Czterech Lordów, jednakże chciałbym przełożyć ich wyrażenie na później, a teraz poprosić Radę o potwierdzenie przedstawionej tu propozycji.
— Potwierdzamy ją. — Usłyszeli głos Lugego po króciutkiej zwłoce, spowodowanej nie tyle łącznością międzygwiezdną, co opóźnieniem wynikającym z użycia przez statek wartowniczy przekaźników podprzestrzennych. — Propozycja ta zresztą została zaaprobowana przez Radę w pełnym składzie, stosunkiem głosów: dwadzieścia jeden do czterech, i tym samym jest dla nas równie wiążąca, jak gdyby została już przyjęta.
Morah skinął głową i zwrócił się do nieruchomego jak skała Altavaryjczyka.
— Dyrektorze Soog, czy jest pan w tej chwili gotów do udzielenia odpowiedzi na tę propozycję?
— Jesteśmy gotowi — zabrzmiał niesamowity, syntetyczny głos. — Chcielibyśmy bardzo przyjąć tę ofertę, odpowiada ona bowiem na nasze zastrzeżenia i jest zgodna z naszymi potrzebami. Czujemy jednak, że nie możemy tego uczynić. Historia gatunku ludzkiego przemawia przeciwko tobie, Konfederacjo. Jej dzieje są bardzo konsekwentne i to niezależnie od poziomu rozwoju technologicznego czy społecznego. Od samych początków wykazywaliście całkowity brak tolerancji w stosunku do tych, którzy byli inni. Wasza historia jest historią ucisku. Podpisywane są i zaprzysięgane traktaty, które gwałci się przy pierwszej sposobności. Prześladowaliście przedstawicieli swego własnego gatunku za niewielkie różnice w kolorze skóry czy w budowie układu kostnego albo dlatego, że czcili innego Boga, czy też za to, że czcili tego samego Boga, tyle że pod innym imieniem. Traktaty pomiędzy narodami dotrzymywane były wyłącznie tak długo, jak długo każdy z obydwu narodów czuł się tak silny, że wierzył, iż może zniszczyć ten drugi. Nie widzieliśmy, by zawarto choć jedną umowę polityczną czy społeczną i by jej dotrzymano na zasadzie wzajemnego szacunku; zawsze odbywało się to na zasadzie wzajemnego strachu, a wysiłki obydwu stron skierowane były na zniszczenie nawet takiej równowagi.
— Te wasze zwyczaje zabraliście ze sobą w kosmos — ciągnęła obca istota. — I trwały tam one dopóty, dopóki czas, odległości i zaawansowanie technologiczne nie stopiło was zarówno rasowo, jak i kulturowo. Mimo to fakt owego stopienia spowodował tylko przestawienie tej waszej cechy na inny kierunek. W waszej ekspansji odkryliście co najmniej tuzin obcych ras. Żadna nie dorównywała wam siłą i zaawansowaniem cywilizacyjnym. Pięć z nich unicestwiliście jedynie dlatego, że nie potrafiliście ich zrozumieć. Pozostałą siódemkę bezlitośnie podbiliście i narzuciliście jej siłą swoją kulturę i swój system. Z dwiema spośród tych siedmiu podpisaliście traktaty o pokoju i przyjaźni, a także o wymianie ambasadorów i osiągnięć technicznych, ponieważ były to rasy podróżujące w kosmosie. Jednak w momencie, gdy doszliście do wniosku, że nie stanowią one dla was żadnego zagrożenia, zaatakowaliście je i zmiażdżyliście brutalnie, ignorując całkowicie swoje własne traktaty. Powinniście zrozumieć, że moje słowa nie oznaczają, że my potępiamy tę waszą cechę czy też że ją pochwalamy; jest ona czymś naturalnym dla cywilizacji dokonującej ekspansji w kosmos i jej przykłady widzieliśmy już wcześniej; kiedyś sami byliśmy nią obarczeni. Widzicie jednak, do czego prowadzi ona w obecnej sytuacji.
— Wasze traktaty są nic nie warte — kontynuował — chyba że poznacie naszą siłę i moc, ale dzięki tym traktatom zyskujecie wiedzę, bo dzięki nim zyskujecie niezbędny wam czas. Zwierzchnictwo dawane lekką ręką, jeszcze lżejszą może być odebrane. Wasi wojskowi i rządowi przywódcy nie będą spać spokojnie tak długo, jak długo będziemy dla nich ukryci za tarczą ich niewiedzy. Jeśli nie pokażemy wam wszystkiego, będziecie próbować wszelkimi środkami dowiedzieć się, czego się da i tym samym będziecie wtrącać się w nasze sprawy. Gdybyśmy wam jednakże to pokazali, to albo uznalibyście nas za słabych i zaatakowalibyście natychmiast, by nas zmiażdżyć, albo bylibyśmy zbyt silni, a wówczas nie szczędzilibyście wysiłków, by nam wpierw dorównać, a potem przewyższyć technologicznie i pod względem militarnym. Zatem wasza propozycja ma wam jedynie dać czas niezbędny do uzyskania nad nami przewagi, odsunąć tymczasowo wojnę, pozwolić wam powiększyć i ulepszyć wasze siły zbrojne. Nam nie oferuje ona niczego konkretnego i dlatego jesteśmy zmuszeni ją odrzucić.
Trójka przedstawicieli Rady wyglądała na bardzo zmartwioną i zażenowaną taką oceną, a Dumonia nachylił się do agenta i szepnął:
— Zdejmij ich z haczyka, synu. Przecież są zdeklasowani. Skinął głową.
— Tedy Altavaryjczycy mają jakąś kontrpropozycję pozwalającą uniknąć wojny?
Istota nie wahała się ani chwili.
— Widzimy tylko jeden sposób dający nam gwarancję bezpieczeństwa. Konfederacja przekaże nam kontrolę nad wszelkimi statkami do podróży międzygwiezdnych i zrezygnuje z budowy nowych. Wszelkie podróże i wszelka łączność pomiędzy światami zamieszkanymi przez ludzi i siłami zdolnymi wyrządzić nam krzywdę znajdą się pod naszą kontrolą i nadzorem, przez okres trzystu pięćdziesięciu lat od dnia, w którym umowa zacznie obowiązywać. My zagwarantujemy utrzymanie wszystkich obecnie istniejących przewozów pasażerskich i towarowych, i wszystkiego, co jest niezbędne dla podtrzymania gospodarki i dla dobrobytu ludności. W żadnym razie nie będziemy się wtrącać w sprawy wewnętrznej polityki Konfederacji. Rozwój, posiadanie czy kontrola nad jakąkolwiek bronią kosmiczną będą zabronione na wyznaczony okres.