Światło minionych dni [The Light of Other Days - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М., Кларк Артур Чарльз
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7245-544-9
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światło minionych dni [The Light of Other Days - pl]». Краткое содержание книги:
Bobby zapadł się w ciemność. Przemieszczał się przez tunele i szczeliny, zmniejszony, ściśnięty, w całkowitym mroku, z rzadka tylko rozjaśnianym słabymi czerwonymi błyskami.
— David? Jesteś tu?
— Jestem.
— Co się z nami dzieje?
— Przepływamy pod dnem morza. Migrujemy przez porowate skały wulkaniczne. Całe życie na planecie zbiega się w jedno miejsce, Bobby, cofa się wzdłuż brzegów i pokładów bazaltu na dnie i łączy w jednym punkcie.
— Ale gdzie? Dokąd migrujemy?
— W głębokie skały, Bobby. Do punktu kilometr pod powierzchnią. Całe życie na Ziemi wyszło z tej kryjówki, z głębokiego schronu.
— A przed czym musiało się chronić? — Bobby’ego ogarnęły złe przeczucia.
— Obawiam się, że wkrótce zobaczymy.
David podniósł oba punkty widzenia; zawiśli w trującej atmosferze martwej Ziemi.
Było tu światło, ale mętne i pomarańczowe, jak zmierzch w spowitym smogiem mieście. Słońce wznosiło się zapewne nad horyzontem, ale Bobby nie potrafił znaleźć ani jego, ani Księżyca. Atmosfera wydawała się gęsta, przytłaczająca. W dole pienił się czarny ocean; w kilku miejscach wrzał, a spękane dno przecinały ogniste szczeliny.
Cmentarz opustoszał całkowicie, pomyślał Bobby. Oprócz tego jednego, głęboko ukrytego schronu — gdzie przebywają moi najdalsi przodkowie — te młode skały oddały wszystkie swoje warstwy umarłych.
Zebrała się czarna pokrywa chmur, jakby narzucona na niebo przez gniewnego boga. Zaczął padać odwrócony deszcz: strugi wody strzelały ze spienionego oceanu do gęstych chmur.
Minęło sto lat, a deszcz nadal chlustał z oceanu, wciąż tak samo gęsty. Tak gęsty, że wkrótce obniżył się poziom morza. Chmury gęstniały coraz bardziej, a ocean się zmniejszał, tworząc izolowane jeziora mętnej wody w najniższych zagłębieniach spękanej, porysowanej powierzchni Ziemi.
Ulewa trwała dwa tysiące lat. Nie ustała, dopóki oceany nie powróciły do chmur, pozostawiając tylko suchy ląd.
A ląd zaczął rozpadać się dalej.
Wkrótce lśniące czerwienią szczeliny poszerzyły się, rozbłysły jaśniej; popłynęła lawa. W końcu w jej falach pozostały tylko izolowane wysepki, odpryski skał, które także topniały. Nowy ocean pokrył Ziemię: ocean płynnej skały, głęboki na setki metrów.
Spadł nowy odwrócony deszcz: przerażająca ulewa gorących stopionych skał, podrywających się z powierzchni. Krople płynnej skały łączyły się z chmurami, aż atmosfera zmieniła się w piekielną warstwę lawy i pary wodnej.
— Niesamowite! — krzyknął David. — Ziemia zyskała atmosferę par lawy, grubą na pięćdziesiąt kilometrów. Ciśnienie pewnie setki razy przewyższa ciśnienie naszej atmosfery. Energia cieplna musi być potworna… Górna warstwa chmur nad planetą pewnie świeci. Ziemia lśni jak gwiazda lawy.
Ale skalny deszcz odbierał ciepło ze zniszczonej powierzchni i szybko, w ciągu kilku miesięcy, ląd ostygł i stwardniał. Pod lśniącym niebem znowu formowała się woda w stanie ciekłym, ze stygnących chmur kondensowały się nowe oceany. Ale powstawały wrzące obszary, gdyż ich powierzchnia stykała się z parami lawy. Między oceanami wyrastały góry, krystalizując się z kałuż mazi.
Obok Bobby’ego przemknęła ściana światła, w niewyobrażalnej eksplozji ciągnąca za sobą front wrzących chmur i pary. Bobby krzyknął…
David spowolnił ich ruch w czasie. Ziemia znowu odżyła.
Błękitnoczarne oceany były spokojne; bezchmurne niebo wyglądało jak zielonkawa kopuła. Księżyc wydawał się niepokojąco wielki, ale Bobby widział na nim znajomą twarz, której brakowało tylko prawego oka. Widział też drugie słońce, jaśniejszą od Księżyca lśniącą kulę z ogonem przecinającym całe niebo.
— Zielone — mruczał David. — To dziwne. Może metan? Ale skąd…
— Co to jest, do diabła? — przerwał mu Bobby.
— Ta kometa? Prawdziwe monstrum. Rozmiaru współczesnych asteroid takich jak Yesta czy Pallas, jakieś pięćset kilometrów średnicy. Masa sto tysięcy razy większa od zabójcy dinozaurów.
— Wielkości Wormwoodu.
— Tak. Pamiętaj, że sama Ziemia powstała w wyniku zderzeń, koncentrując rój planetezymali krążących wokół młodego Słońca. Największe zderzenie to prawdopodobnie kolizja z innym młodym światem. Prawie nas rozbiła.
— To uderzenie, od którego powstał Księżyc…
— Później powierzchnia planety była stosunkowo stabilna. Ale wciąż w Ziemię trafiały różne obiekty, dziesiątki czy setki w okresie kilkuset milionów lat. To bombardowanie, którego gwałtowności nie potrafimy sobie nawet wyobrazić. Potem zderzenia były rzadsze, bo planety wchłonęły ostatnie planetezymale, i nastąpił błogi okres względnego spokoju, trwający znowu kilkaset milionów lat. A potem to… Ziemia miała pecha, że spotkała takiego giganta na tak późnym etapie rozwoju. Uderzenie było tak potężne, że wyparowały oceany, a nawet stopniały góry.
— Ale my przeżyliśmy — przypomniał Bobby.
— Tak. W tym głębokim, gorącym schronie.
Zanurkowali; Bobby znalazł się w skale wraz ze swymi najdalszymi przodkami: garstką termofilnych mikrobów. Czekał w ciemności, a obok mijały niezliczone generacje.
I wreszcie znowu zobaczył światło.
Wznosił się czymś w rodzaju szybu, jakby studnią, w stronę kręgu zielonego światła — nieba tej obcej Ziemi sprzed bombardowania. Krąg rósł ciągle, aż Bobby’ego zalał blask słońca.
Przez chwilę nie bardzo rozumiał, co zobaczył.
Zdawało się, że tkwi w pudle z jakiegoś szklistego materiału. Przodek musiał być tu także: jedna prymitywna komórka wśród milionów, wypełniających pojemnik. Pudło stało na jakimś piedestale, a wokół siebie widział…
— Boże wszechmogący… — szepnął David. To było miasto.
Bobby dostrzegł archipelag wulkanicznych wysepek, wyrastających z błękitnego oceanu. Ale wysepki były połączone szerokimi, równymi mostami. Na powierzchni lądu niskie murki wytyczały geometryczne formy — wyglądało to na pola uprawne. Ale nie był to ludzki pejzaż: pola miały kształt sześciokątów. Bobby widział nawet budynki, niskie i prostokątne jak hangary lotnicze. Między nimi zauważył jakiś ruch, ale zbyt daleko, żeby rozróżnić szczegóły.
Po chwili coś zbliżyło się do niego.
Wyglądało trochę jak trylobit. Miało niskie, segmentowe ciało, błyszczące pod zielonym niebem. Grupy odnóży — sześć? osiem? — migotały w ruchu. Coś podobnego do głowy z przodu…
Głowy z otworem ust, gdzie tkwiło narzędzie ze lśniącego metalu.
Głowa uniosła się ku niemu. Spróbował znaleźć oczy tej niemożliwej istoty. Miał wrażenie, że może wyciągnąć rękę, dotknąć chitynowej twarzy i…
…i świat zapadł się w ciemność.
Byli parą starych ludzi, którzy zbyt wiele czasu spędzili w rzeczywistości wirtualnej, więc wyszukiwarka przerwała seans. Bobby leżał oszołomiony i myślał, że to chyba błogosławieństwo.
Wstał, przeciągnął się i przetarł oczy.
Wędrował przez Wormworks; solidność zakurzonego laboratorium wydawała się nierealna po tym trwającym cztery miliardy lat spektaklu, który przed chwilą oglądał. Znalazł automat z kawą, zamówił dwie filiżanki, przełknął gorący łyk. Potem, przywrócony częściowo do życia, podszedł do brata. Podsuwał mu kawę tak długo, aż David — z otwartymi ustami i zaszklonymi oczyma — usiadł, by się napić.