Światło minionych dni [The Light of Other Days - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М., Кларк Артур Чарльз
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7245-544-9
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światło minionych dni [The Light of Other Days - pl]». Краткое содержание книги:
Dotknęła jego twarzy swymi drobnymi, młodymi dłońmi.
— Rozumiem. Zaufaj mi. Pracujemy nad tym.
A David, patrząc w jej młode-stare oczy, uwierzył.
Światło zmieniało się wolno i zauważalnie słabło. To niebieskobiała gwiazdka chowała się za gęściejsze jądro gwiazdy macierzystej. David widział, jak światło przebija się przez warstwy gazu wokół olbrzyma, a kiedy mała towarzyszka dotknęła jego niewyraźnego horyzontu, zobaczył nawet cienie, rzucane w rozrzedzoną atmosferę przez zgęstnienia gazu w zewnętrznych warstwach. Linie cienia sięgały ku niemu, długie na miliony kilometrów i absolutnie proste. To zachód słońca na gwieździe, uświadomił sobie z podziwem; ćwiczenie z geometrii ruchu i perspektywy.
A jednak spektakl ten najbardziej przypominał mu zachody słońca nad oceanem, które oglądał jako dziecko, kiedy bawił się z matką na atlantyckich plażach we Francji. Pamiętał te chwile, kiedy promienie światła, przebijające chmury nad oceanem, kazały mu się zastanawiać, czy ogląda blask samego Boga.
Czy Złączeni rzeczywiście stanowią zalążek nowego porządku ludzkości — porządku umysłu? Czy w tej chwili dokonuje czegoś w rodzaju pierwszego kontaktu z istotą, która może przewyższyć go intelektem i rozumem, jak on przewyższa swoją neandertalską prababkę?
Ale może nowa forma umysłu musi dorosnąć, wykształcić nowe siły psychiczne, pojąć szerszą perspektywę, jaką daje WormCam?
Pomyślał: budzicie lęk i pogardę, a teraz jesteście słabi. Ja sam się was boję, ja sam wami gardzę. Ale i Chrystusa się obawiano, i Chrystus był pogardzany. A jednak do Niego należała przyszłość. Może należy i do was.
Dlatego to wy możecie być moją jedyną nadzieją, jak próbowałem ci to wytłumaczyć.
Ale niezależnie od przyszłości nie potrafię nie tęsknić za pewną gniewną dziewczyną, która żyła kiedyś za tymi mądrymi niebieskimi oczami. I niepokoi mnie, że ani razu nie wspomniałaś o matce, która to, co pozostało jej z życia, prześni w zaciemnionych pokojach. Czy my, którzy was poprzedzaliśmy, tak mało dla was znaczymy?
Mary przysunęła się bliżej, objęła go w pasie i przytuliła. Mimo niespokojnych myśli ten zwykły, ciepły ludzki gest przyniósł mu pocieszenie.
— Wracajmy do domu — powiedziała. — Myślę, że twój brat cię potrzebuje.
Kate wiedziała, że musi mu o tym powiedzieć.
— Bobby…
— Stul pysk, Manzoni — warknął Hiram. Był wściekły: wymachiwał rękami w powietrzu i krążył wokół bunkra. — A co ze mną? Ja cię stworzyłem, szczeniaku. Stworzyłem cię tak, żebym nie musiał umierać, wiedząc…
— Wiedząc, że stracisz wszystko — dokończyła Kate.
— Manzoni!
Wilson zrobiła krok do przodu, stając między Hiramem i Bobbym. Obserwowała ich czujnie. Kate nie zwracała na nią uwagi.
— Chcesz założyć dynastię. Chcesz, żeby twój potomek rządził tą pieprzoną planetą. Nie udało ci się z Davidem, więc spróbowałeś jeszcze raz, unikając konieczności dzielenia się nim z matką. Tak, stworzyłeś Bobby’ego i usiłowałeś nad nim zapanować. Ale mimo to on nie chce bawić się w twoje gierki.
Hiram stanął przed nią, zaciskając pięści.
— To, czego on chce, nie ma znaczenia. Nic mnie nie powstrzyma.
— Nie — przyznała Kate. — Nie pozwolisz na to. Wielki Boże, Hiram…
— Kate — wtrącił z naciskiem Bobby. — Chyba powinnaś mi wytłumaczyć, o czym mówicie.
— Nie twierdzę, że taki był od początku jego plan. Ale zawsze uwzględniał tę możliwość jako rozwiązanie awaryjne, na wypadek gdybyś… gdybyś nie współpracował. Oczywiście, musiał poczekać, aż rozwinie się technika. Ale ona jest już gotowa. Prawda, Hiram? — Kolejny kawałek łamigłówki wskoczył na miejsce. — To ty finansujesz Złączonych! Mam rację? Dyskretnie, ma się rozumieć. Ale to twoje pieniądze stoją za rozwojem techniki łączenia mózgów. Miałeś w tym swój cel.
W oczach Bobby’ego — podkrążonych, pełnych bólu — wreszcie dostrzegła zrozumienie.
— Jesteś klonem, Bobby. Twoje ciało i struktura układu nerwowego są tak bliskie Hiramowym, jak to tylko możliwe dla technik klonowania. Hiram chce, żeby OurWorld przetrwał jego śmierć. Nie życzy sobie, żeby został podzielony albo, co gorsza, przeszedł w ręce kogoś spoza rodziny. Jesteś jego nadzieją. Ale jeśli odmówisz współpracy…
Bobby zwrócił się do ojca.
— Jeśli nie zostanę twoim spadkobiercą, zabijesz mnie. Potem weźmiesz moje ciało i przeniesiesz do niego swój obrzydliwy umysł.
— To nie tak — zaprotestował gwałtownie Hiram. — Nie rozumiesz? Będziemy razem, Bobby. Pokonam śmierć. A kiedy się zestarzejesz, możemy zrobić to znowu. I znowu, i jeszcze raz.
Bobby puścił dłoń Kate i ruszył w stronę Hirama.
Wilson stanęła mu na drodze. Pchnęła Hirama za siebie i podniosła pistolet.
Kate próbowała podbiec do niej, przeszkodzić, ale miała wrażenie, że jest zanurzona w gęstym syropie.
Wilson wahała się. Wreszcie chyba podjęła decyzję. Lufa pistoletu zakołysała się… A potem, błyskawicznym ruchem, Wilson odwróciła się i uderzyła Hirama za uchem tak mocno, że poleciał na podłogę. Chwyciła Bobby’ego. Próbował ją uderzyć, ale złapała go za zranione ramię i mocno przycisnęła kciukiem. Krzyknął, przymknął oczy i osunął się na kolana.
Kate była zdumiona, oszołomiona. Co teraz? Jak bardzo może się jeszcze skomplikować sytuacja? Kim jest ta Wilson? Czego chce?
Stanowczymi ruchami Wilson ułożyła Bobby’ego obok ojca i zaczęła ustawiać przełączniki na konsoli w środku pomieszczenia. Zaszumiały wentylatory, trzasnęły wyładowania elektryczne. Kate wyczuła, że zbierają się ogromne siły.
Hiram próbował usiąść, ale Wilson powaliła go kopnięciem w pierś.
— Co ty wyprawiasz, do diabła? — wycharczał.
— Otwieram tunel podprzestrzenny — mruknęła skupiona Wilson. — Most do środka Ziemi.
— Nie możesz! — zawołała Kate. — Tunele są ciągle niestabilne!
— Wiem. O to właśnie chodzi. Jeszcze nie zrozumiałaś?
— O Boże — jęknął Hiram. — Planowałaś to od początku.
— Zabić cię? Oczywiście. Czekałam na okazję, a teraz ją wykorzystam.
— Dlaczego, na miłość boską?
— Za Barbarę Wilson. Moją córkę.
— Kogo?
— Ty j ą zniszczyłeś. Ty i twój WormCam. Bez ciebie… Hiram parsknął złośliwym, zduszonym śmiechem.
— Nie tłumacz mi. To bez znaczenia. Zawsze wiedziałem, że ktoś z was, żałosnych dupków, w końcu się przedrze. Ale tobie ufałem, Wilson.
— Gdyby nie ty, byłabym szczęśliwa. — Głos miała wyraźny, spokojny.
— Co ty wygadujesz? Zresztą, kogo to obchodzi… Posłuchaj: masz mnie — przekonywał desperacko Hiram. — Wypuść Bobby’ego. I dziewczynę. Oni nie są ważni.
— Ależ są. — Zdawało się, że Wilson za chwilę się rozpłacze. — Nie rozumiesz? Chodzi o niego. — Szum aparatury wzmógł się; na ściennych ekranach przewijały się liczby. — Jeszcze kilka sekund. To przecież niedługo, prawda? A potem wszystko się skończy. — Spojrzała na Bobby’ego. — Nie bój się.
— Co? — wykrztusił z trudem, ledwie przytomny.
— Niczego nie poczujesz.
— A co cię to obchodzi?
— Ależ obchodzi. — Schyliła się i pogładziła jego policzek. — Tak długo ci się przyglądałam… Wiem, że jesteś klonem. To nieważne. Widziałam, jak robisz swój pierwszy kroczek. Kocham cię.