Teraz albo nigdy
- Автор: Адлер Элизабет
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Teraz albo nigdy». Краткое содержание книги:
Prowadzący śledztwo detektyw Harry Jordan tworzy na podstawie zeznań świadków portret pamięciowy zabójcy i zwraca się o pomoc do popularnej dziennikarki telewizyjnej, Mallory Mallone, która już dwukrotnie dzięki swoim programom pomogła policji ująć przestępców.
Kiedy Mallory po długim wahaniu decyduje się na współpracę z Jordanem, sama staje się celem mordercy…
– Jak się masz, Mary Mallory?
To właśnie te dwa słowa na końcu zdania nadawały mu taki osobisty wydźwięk.
Przyjemnie poruszona, pobiegła przyjąć zamówienie. Po kolacji marudził nad kieliszkiem wina tak długo, póki nie była gotowa do wyjścia. Wtedy popatrzył na nią i zapytał:
– Podwieźć cię?
Skinęła głową i pobiegła przyczesać włosy i umalować usta. Padało, nie rozsunęli więc dachu, ale mężczyzna włączył radio i mknęli przez noc przy dźwiękach jakiejś symfonii. Mary Mallory pomyślała rozradowana, że zapewne tak czuje się człowiek bogaty. I szczęśliwy.
Pocałował ją na dobranoc, jego wargi były twarde, ale nie wsunął jej języka w usta, co, jak słyszała, robią często chłopcy. Przylgnęła do niego całym ciałem.
Nikt jej dotąd nie tulił. Ani matka, ani ojciec. Łaknęła uczucia, aprobaty, tożsamości i nagle ten mężczyzna ofiarował jej wszystko za jednym zamachem.
Obejmując ją i całując, mówił:, jesteś kimś, Mary Mallory, jesteś ładną dziewczyną, jesteś miła i mądra i naprawdę cię lubię”. Otaczające ją ramiona oznaczały, że jest kochana.
Pomachała mu ręką, kiedy odjeżdżał, ale nie odmachał, może nie zauważył jej pośród deszczu. Następnego dnia przyszedł do stołówki. I znów czekał, by odwieźć ją do domu.
Była to chłodna, mglista noc. Mary Mallory drżała w swojej powiewnej spódnicy, biegnąc przez parking do samochodu. Ale w środku było ciepło i grała już muzyka.
– Zamknij drzwi – powiedział z odcieniem zniecierpliwienia.
– Przepraszam.
Mężczyzna rozejrzał się po parkingu. Stało na nim parę samochodów, ale nie było widać żywej duszy. Zawrócił BMW i wyprysnął na ulicę.
Dopiero po piętnastu minutach Mary Mallory zorientowała się, że nie jadą znajomymi ulicami. Było jej tak dobrze z tym mężczyzną, w cieple samochodu wypełnionym łagodną muzyką! Zamknęła oczy i odpłynęła w marzenia. Wyobrażała sobie, że jest jego żoną i wracają z przyjęcia.
Uśmiechnęła się.
– Dokąd jedziemy? Wzruszył ramionami.
– Gdzieś, gdzie można spokojnie porozmawiać. Gdzie nie będziemy musieli patrzeć na śmietnik i wąchać psich szczyn.
– Rzeczywiście, tam nie jest przyjemnie – powiedziała zawstydzona. Wzruszył tylko ramionami, patrząc w skupieniu przed siebie.
Jechali boczną drogą, wysadzaną drzewami. Mgła snuła się nad ziemią jak szary dym, kłębiła się między gałęziami i Mary Mallory pomyślała z drżeniem, że przypomina to scenę z horroru.
Mężczyzna zjechał na pobocze i zatrzymał samochód. Zaciągnął ręczny hamulec i odchylił głową na siedzenie, patrząc prosto przed siebie. Nie było tam nic, z wyjątkiem pustej drogi. Żadnych domów, świateł, samochodów. Sprawdził we wstecznym lusterku. Ta sama sceneria.
Odwrócił głowę i spojrzał na dziewczynę. Mary Mallory uśmiechnęła się słodko.
Pochylił się, zdjął jej okulary i otoczył ramieniem. Westchnęła, lgnąc do niego, podsuwając usta do pocałunku.
Oczy miała zamknięte, czuła jego rękę na swoich długich włosach. Owinął je dookoła dłoni i szarpnął wściekle. Głowa odskoczyła jej w tył, ostry ból przeszył mózg. Pomyślała, że złamał jej kark. Gapiła się na niego, otępiała ze strachu. W jego lewej ręce błysnął nóż.
– Nie krzycz – powiedział zimno, przykładając ostrze do jej gardła. Mary Mallory poczuła, że ogarnia ją ślepa groza – Nie – szepnęła. – Nie…
Odłożył nóż na deskę rozdzielczą i Mary osłabła z ulgi. Głowa odskoczyła jej ponownie w tył, kiedy uderzył ją w twarz rozwartą dłonią, najpierw w jeden policzek, potem w drugi.
– Nie! – krzyknęła. Spojrzał jej w oczy. Łapała powietrze otwartymi ustami.
Zaczął okładać ją pięściami, bił tak długo, aż ból przyćmił wszystkie inne doznania.
Mary Mallory wiedziała, że umrze, po to ją tu przywiózł. Poczuła jego ręce pod spódnicą. Kopała dziko, ale znowu chwycił ją za włosy. Krzyknęła. Sięgnął po nóż i przyłożył go do jej szyi.
– Zamknij się! – powiedział dziwnym, bezbarwnym tonem.
Spadła w czarną otchłań, z której nie było ucieczki. Mgła zasnuwała jej oczy, mózg… Musiała wziąć się w garść, musiała walczyć. Próbowała kopnąć go kolanem w krocze, ale był szybszy. Jeden cios w szyję pozbawił ją przytomności.
Jeszcze na niej leżał, kiedy mgła w jej mózgu zaczęła się rozpraszać. Poczuła coś lepkiego między udami i pomyślała, że zranił ją nożem. Potem spojrzała na niego i zrozumiała, co zrobił.
Pomyślała, że to koniec. Teraz ją zabije. Patrzyła, jak podnosi nóż. A więc nie myliła się. Przybliżył twarz, wpatrując się w nią z natężeniem, jakby chciał zapamiętać rysy. W „bladym świetle tablicy rozdzielczej jego oczy przypominały ciemne, płonące kule. Wpijały się w nią, jakby chciał zrobić z jej duszą to, co zrobił z ciałem. Przesunął leciutko ostrzem po jej szyi, wypróbowując ostrość noża.
Nie mogła krzyczeć, głos uwiązł jej w gardle. Gdzieś z oddali dobiegło zawodzenie syreny, ale wiedziała, że nawet jeżeli to policja, przybędzie za późno.
– Sukinsyny! – warknął, odsuwając się od niej. Niebieskie światło błyskało w oddali i mężczyzna zapalił silnik. Samochód wystrzelił na szosę, pomknął w stronę przeciwną niż światła.
Mallory została sam na sam z szaleńcem. Zapięła bluzkę na obolałych piersiach, obciągnęła spódnicę, nie śmiąc spojrzeć na kierowcę. Patrzyła w okno, czekając na dogodną chwilę, by wyskoczyć. Położyła rękę na klamce. Wiedziała, że się zabije, ale było jej wszystko jedno.
Niespodziewanie znaleźli się na znajomych ulicach, jechali w stronę domu.
Zaświtała jej nadzieja.
Zatrzymał samochód na rogu. Odwrócił się do niej, chwycił za włosy i odchylił jej głowę.
– Jeżeli piśniesz słowo, zabiję cię – jego głos przeniknął Mary Mallory chłodem.
Puścił włosy, otworzył drzwi i wypchnął ją z samochodu.
– Pamiętaj! Zabiję cię – ostrzegł jeszcze raz, zatrzaskując drzwiczki. Samochód zawrócił i po chwili zniknął w ciemności.
Patrzyła za nim tępo. Nogi jej drżały, czuła strużki krwi na udach.
Przytrzymując rozdartą spódnicę, poszła w stronę domu. Modliła się, żeby nikogo nie spotkać. Miała szczęście, był piątek, dom świecił pustkami. Koleżanki wybrały się na przyjęcie.
Mary Mallory dowlokła się do swojego pokoju, jak zbity pies szukając schronienia. Spojrzała na siebie w lustrze. Miała podbite oko, sine pręgi na twarzy. Zdjęła bluzkę i spojrzała na posiniaczone piersi, ślady po ugryzieniach wokół brodawek. Potem zsunęła cygańską spódnicę, podarte majtki i zobaczyła krew na udach oraz lepką ciecz, która była spermą. Wtedy uniosła obolałą głowę i zawyła jak ranne zwierzę. Żałowała, że jej nie zabił.
Mijały godziny, a ona leżała na podłodze, płacząc. Nie mogła się poruszyć, sparaliżowana bólem. Świtało, kiedy się w końcu podniosła. Powlokła się do łazienki, napuściła wody do wanny. Wzięła żyletkę i weszła do wanny, krzywiąc się z bólu, gdy gorąca woda podrażniła skaleczenia. Zanurzała się powoli.
To będzie łatwe, pomyślała beznamiętnie. Prawie ją wyręczył, jeszcze parę minut i byłaby martwa. Podobno to nie boli. Nie, żeby ból cokolwiek znaczył, ale nęciła ją myśl o łagodnym zanurzeniu się w niebyt.
Poderwała się na odgłos zatrzymującego się pod domem samochodu. A więc jednak po nią wrócił. Potem dobiegł ją śmiech, głosy. Zrozumiała, że koleżanki wracają z zabawy. Wygramoliła się z wanny, otuliła starym flanelowym szlafrokiem i przemknęła jak cień do swojego pokoiku.
Wyszła po dwóch dniach. Osłabła z głodu i wyczerpania, ubrała się w sweter z długimi rękawami i dżinsy. Zsunęła baseballową czapeczkę nisko na oczy i, choć padało, założyła okulary słoneczne. Pojechała rowerem do budki telefonicznej, żeby zadzwonić do stołówki i złożyć wymówienie. Powiedziała, że otrzymała złe wiadomości z domu i musi wracać do Oregonu. Potem poszła do sklepu spożywczego po mleko i płatki kukurydziane i znowu zaszyła się w swoim pokoju.