Taniec z diabłem [When the Devil Dances - pl]
- Автор: Ринго Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: ISA
- ISBN: 83-7418-073-0
- Переводчик: Przemyslaw Bielinski
- Жанр: Боевая фантастика
Электронная книга - «Taniec z diabłem [When the Devil Dances - pl]». Краткое содержание книги:
— A więc na babcię nie ma co liczyć — westchnęła Shari. — A ktoś musi porozmawiać z Cally o „babskich sprawach".
— Zakładając, że ją znajdziesz — powiedział Papa O’Neal. — Całe rano jej nie widziałem. Za to ją słyszałem; wrzeszczy na twoje dzieci jak sierżant w czasie musztry. Normalnie wstajemy o świcie, ale ona wstała dziś jeszcze wcześniej i wyszła, zanim ja wstałem.
— Myślałam, że rano zarzynałeś tłustego prosiaka — zażartowała Shari. Jajka na boczku były wspaniałe, a ona miała lepszy apetyt niż wczoraj.
— Zarzynałem — wyszczerzył zęby O’Neal. — Cały czas się piecze. Normalnie Cally byłaby ze mną. Ale dziś nie zbliżyła się do mnie nawet na pięćdziesiąt metrów.
Przerwał i potarł brodę, a potem spojrzał zamyślonym wzrokiem na sufit.
— Nie podeszła nawet na pięćdziesiąt metrów… — powtórzył.
— Ciekawe, co przeskrobała — uśmiechnęła się szeroko Shari.
— Musisz mu powiedzieć — powiedziała Shannon. — Nie możesz chować się przez resztę życia.
— Mogę — odparła Cally. Następną porcję siana wrzuciła do za grody z większą siłą niż zamierzała. — Mogę chować się tak długo, jak będę musiała.
Stodoła była olbrzymia i bardzo stara. Pochodziła z czasów tuż po wojnie z najazdem z północy, jak nazywał ją Papa O’Neal. Było tu kilka boksów dla koni, miejsce do dojenia krów i duży strych na siano, Pod jedną ze ścian leżało kilka bel siana, a obok stał dziwny karabin z okrągłym magazynkiem na górze. Cally nigdy nie wychodziła z domu nie uzbrojona.
— To normalna rzecz — upierała się Shannon. Dziesięciolatka zsunęła się z beli siana i podniosła z klepiska kawałek gliny. Zaczekała, aż mysz znów wychyli się z dziury, a potem cisnęła w nią gliną. Pocisk rozbił się tuż nad dziurą i mysz zniknęła. — Masz prawo do własnego życia!
— Jasne, powiedz to dziadkowi — wydęła usta Cally.
— Co masz powiedzieć dziadkowi?
Cally zamarła, a potem nie odwracając się, wbiła widły w siano.
— Nic.
— Shari i ja zastanawialiśmy się, gdzie byłaś całe rano — powiedział stojący za nią Papa O’Neal. — Zauważyłem, że zrobiłaś wszystko, co do ciebie należy, ale udało ci się zrobić to tak, żeby nie zbliżyć się do mnie nawet na kilometr.
— Aha. — Cally rozejrzała się w poszukiwaniu drogi ucieczki, ale pozostała jej tylko drabina na strych, a potem wyjście przez okno i zejście po ścianie stodoły. Tak więc prędzej czy później będzie musiała się odwrócić. Wiedziała, że wpadła na dobre. Przez chwilę rozważała, czy nie ostrzelać drogi na zewnątrz albo nie wyskoczyć przez okno i prysnąć do babci, do Oregonu. Wątpiła jednak, czy udałoby jej się pokonać dziadka. A poza tym komuna podlegała wojskowej ochronie, więc zabraliby jej broń. Do kitu.
Shannon, która ją podjudziła, uciekła. Dała dyla. Co za idiotka. W końcu Cally z westchnieniem odwróciła się.
Papa O’Neal spojrzał tylko raz, a potem wyjął swój woreczek z tytoniem Red Man. Wysypał na dłoń prawie połowę zawartości, starannie ugniótł z niej kulkę, trochę tylko mniejszą od baseballowej piłki, i wepchnął ją pod lewy policzek. Potem spokojnie schował woreczek.
— Dziecko — powiedział wreszcie lekko stłumionym głosem. — Co ci się stało?
— Dziadku, nie zaczynaj — ostrzegła go Cally.
— Wyglądasz jak szop…
— Chyba chciała wyglądać jak Britney Spears — powiedziała delikatnie Shari. — Ale… taki mocny makijaż… nie pasuje do ciebie, skarbie.
— Przecież jak pojedziesz do miasta, aresztują mnie za pobicie — ciągnął Papa O’Neal. — Wyglądasz, jakbyś miała popodbijane oczy!
— W ogóle nie znasz się na modzie! — zaprotestowała Cally.
— O, teraz to się nazywa moda?
— Spokojnie, spokojnie — powiedziała Shari, podnosząc ręce. — Uspokójcie się. Podejrzewam, że wszyscy w tej stodole, oprócz mnie, ale pewnie włącznie z koniem, są uzbrojeni.
Papa O’Neal chciał coś powiedzieć, ale zakryła mu usta dłonią.
— Chciałeś, żebym… żebyśmy porozmawiały z Cally o babskich sprawach, tak?
— Tak — odparł O’Neal, odsuwając jej dłoń — ale chodziło mi o… higienę i…
— Dlaczego faceci to takie ofermy? — spytała Cally. — Ja już to wszystko wiem.
Shari znów zakryła usta O’Nealowi, a on znów odciągnął jej dłoń.
— Jestem jej dziadkiem! — zaprotestował. — Nie mam już nic do powiedzenia?
— Nie — odparła Shari. — Nie masz.
— Tego właśnie nienawidzę u kobiet! — warknął O’Neal, załamując ręce. — Tego właśnie nienawidzę u kobiet. Dobrze! Dobrze! Jak chcecie. Nie mam racji! Ale jednego nie daruję. — Pogroził Cally palcem. — Makijaż. W porządku. Rozumiem. Makijaż nawet nieźle wygląda. Ale żadnych takich szopich oczu!
— Dobrze — powiedziała Shari łagodnie, popychając go lekko w stronę drzwi stodoły. — Idź zajrzeć do świni, a ja porozmawiam sobie z Cally.
— Dobrze, dobrze — mruknął. — Proszę bardzo. Powiedz jej, jak zdenerwować faceta, nie otwierając nawet ust. Zrób jej damską akademię. Proszę bardzo.
Wciąż mamrocząc, wymaszerował ze stodoły.
Cally spojrzała na Shari i uśmiechnęła się.
— Widzę, że się polubiliście.
— Tak — przyznała Shari. — Ty za to chyba wcale go nie lubisz.
— Och, wcale nie. — Cally usiadła na beli siana. — Po prostu przez tyle lat byłam jego małą wojowniczką, a teraz… Sama nie wiem. Mam dość farmy. I dość traktowania mnie jak dziecko.
— Cóż, lepiej pogódź się z myślą, że to jeszcze chwilę potrwa — powiedziała Shari. — Jedno i drugie. Bo masz dopiero trzynaście lat, a to oznacza, że pozostaniesz pod opieką dziadka jeszcze przez pięć lat. Tak, będą się dłużyć i od czasu do czasu będziesz miała ochotę wyrwać się. A jeśli chcesz to zrobić naprawdę głupio, znajdź sobie jakiegoś przystojnego palanta z fajnym wózkiem i niezłym tyłkiem, daj sobie zrobić gromadkę dzieci i zostań po trzydziestce na lodzie z gębami do wykarmienia.
Cally pociągnęła za kosmyk włosów i uważnie mu się przyjrzała.
— Nie do końca o to mi chodziło.
— Teraz tak mówisz — pokiwała głową Shari — a za dwa lata będziesz rozmawiać w mieście z jakimś sympatycznym żołnierzem, co ma szerokie bary. Zaufaj mi. Tak będzie. Nie będziesz w stanie się powstrzymać. I muszę, przyznać, że jeśli zrobisz sobie, jak to delikatnie ujął twój dziadek, „oczy szopa", będziesz miała duże szanse, że rok później będziesz niańczyć swoją Amber.
Cally westchnęła i pokręciła głową.
— Rozmawiałam wczoraj wieczorem z Wendy i Elgars, i Wendy opowiedziała mi o kilku rzeczach. Więc dzisiaj wstałam wcześniej i…
— Spróbowałaś. To zupełnie normalne. Żaden problem. Chcesz wrócić do domu i spróbować jeszcze raz? Tym razem z moją pomocą?
— Och, naprawdę? Wiem, że głupio wyglądam. Po prostu nie wiem, jak to poprawić. Strasznie mi się podoba to, co ty zrobiłaś ze sobą!
— Cóż… — skrzywiła się Shari. — Wolę trochę mocniejszy makijaż, nie mam już twojej idealnej cery. Ale zrobiłam, co mogłam. Znalazłam kilka rzeczy w kosmetyczce pod umywalką… — Przerwała, widząc wyraz twarzy Cally. — Co się stało?
— To… — Cally potrząsnęła głową, wyraźnie mając problemy z mówieniem. — To mojej mamy. Przysłali to… z Heinlein Station, z jej kwatery. To… wszystko, co pozostało z jej osobistych rzeczy, reszta została zniszczona razem ze statkiem.