Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Obfite piersi, pełne biodra - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Obfite piersi, pełne biodra

Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:

Obfitymi piersiami i pełnymi biodrami natura obdarza kobiety z rodziny Shangguan, mieszkającej w małej chińskiej wiosce, w prowincji Shandong. Od obfitych piersi i matczynego mleka uzależniony jest narrator powieści, długo wyczekiwany syn, brat ośmiu starszych sióstr. Losy rodziny ukazane są na tle wydarzeń historycznych, począwszy od Powstania Bokserów w 1900 roku, poprzez upadek dynastii Qing, inwazję japońską, walki Kuomintangu z komunistami, „rewolucję kulturalną”, aż do reform gospodarczych. Na prowincji życie toczy się jednak obok wielkich przemian, rządzą tam najprostsze instynkty, a podstawową wartością jest przetrwanie.
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
1 ... 62 63 64 65 66 67 68 69 70 ... 185
Перейти на страницу:

Shangguan Lü leżała na kupie słomy w pobliżu pieca, na jej czaszce rysowała się szczelina, jak na rozłupanym orzechu.

Ósma Siostra, Yunü, siedziała skulona obok kuchni, jej ucho wyglądało na nadgryzione przez szczura – z nierównego, poszarpanego brzegu sączyły się kropelki krwi, które ściekały małej na szyję i policzek, zabarwiając je na czerwono. Płakała głośno, z jej pozbawionych blasku oczu tryskały strumienie łez.

– Mamo, zabiłaś babcię! – wrzasnęła z przerażeniem Szósta Siostra.

Matka sięgnęła i kilkoma palcami dotknęła rany na głowie Shangguan Lü, po czym, jak rażona prądem, cofnęła się i usiadła na podłodze.

20

Podążaliśmy trawiastym południowo-wschodnim stokiem w stronę szczytu Góry Leżącego Byka, skąd jako specjalni goście mieliśmy podziwiać pokaz lotniczy, zorganizowany przez komendanta Simę Ku i młodego Amerykanina Babbitta. Wiał południowo-wschodni wiatr i świeciło słońce. Jechałem na jednym ośle z Shangguan Laidi, drugiego wspólnie dosiadali Shangguan Zhaodi i Sima Liang. Siedziałem z przodu, a Laidi obejmowała mnie od tyłu na wysokości klatki piersiowej. Shangguan Zhaodi też siedziała z przodu, lecz mały Sima Liang mógł tylko uchwycić się jej ubrania pod pachami – nie był w stanie objąć mojej siostry w pasie, gdyż w jej sporym brzuchu rośli już kolejni potomkowie rodu Sima. Nasza wyprawa przewędrowała wzdłuż byczego ogona i wspinała się już z wolna na byczy grzbiet, porośnięty odmianą trawy o bardzo ostrych liściach i ziołami z mnóstwem żółtych kwiatków. Osły dźwigały nas na grzbietach bez większego wysiłku.

Sima Ku i Babbitt minęli nas konno z radosnymi minami. Sima Ku pomachał nam. Żółcąca się na szczycie grupka ludzi coś do nas wołała. Sima Ku zakręcił krótkim biczykiem i smagnął dwukrotnie zad swojego konia mieszanej rasy; nieduże zwierzę ruszyło w podskokach w stronę szczytu, a za nim podążył koń niosący Babbitta. Młody Amerykanin dosiadał go tak samo jak wcześniej wielbłąda – trwał wyprostowany, niezależnie od wstrząsów i przechyłów. Miał wyjątkowo długie nogi, strzemiona wisiały mu niemal do ziemi. Koń pod nim wzbudzał litość i śmiech zarazem, lecz biegł bardzo szybko.

– Przyśpieszmy trochę – powiedziała Druga Siostra, uderzając piętami w ośli brzuch.

To ona przewodziła naszej delegacji, a czcigodnej żonie komendanta nikt nie śmiał się sprzeciwić. Podążający za nami przedstawiciele ludu i lokalne osobistości, mimo iż z trudem łapali oddech, ani słowem nie okazali niezadowolenia. Osioł, którego dosiadałem razem z Laidi, kroczył tuż za wierzchowcem Zhaodi i Simy Lianga. Skryte pod czarną suknią sutki Laidi ocierały się o moje plecy, przywołując wspomnienie przygody w korycie; było to bardzo przyjemne.

Gdy znaleźliśmy się na szczycie, wiatr znacznie się wzmógł. Głośno łopotała biała chorągiew, służąca do sprawdzania wiatru, czerwone i zielone wstążki tańczyły w powietrzu jak długie pióra w bażancim ogonie. Kilkunastu żołnierzy rozładowało bagaże z grzbietów dwóch wielbłądów. Zwierzaki miały smutne miny; ich ogony i tylne nogi były uwalane odchodami. Bujne trawy pastwisk Północno-Wschodniego Gaomi świetnie służyły osłom i koniom rodziny Sima oraz krowom i kozom wieśniaków, lecz ich dobroczynny wpływ nie działał na tych paręnaście wielbłądów, które nie były w stanie przywyknąć do tutejszego klimatu.

Ich zady były kościste, jakby wyrzeźbione dłutem, nogi cienkie jak patyki; twarde, wyniosłe garby zaczęły przypominać skurczone puste worki – przekrzywione, wyglądały, jakby miały wkrótce odpaść.

Żołnierze rozpostarli na ziemi wielki dywan.

– Pomóżcie pani zsiąść – rozkazał Sima Ku.

Żołnierze podbiegli i zsadzili ciężarną Shangguan Zhaodi oraz młodego panicza Simę Lianga z osła. Pomogli też szwagierce komendanta, Shangguan Laidi, a potem szwagrowi, Shangguanowi Jintongowi i szwagierce, Shangguan Yunü. Jako honorowi goście zasiedliśmy na dywanie, a pozostali stanęli z tyłu, za nami. Ptasia Nieśmiertelna chowała się w tłumie, a gdy Druga Siostra przywołała ją gestem, skryła się za plecami Simy Tinga. Sima Ting, któremu dokuczał ból zęba, trzymał się dłonią za spuchnięty policzek.

Siedzieliśmy na byczym łbie, a przed nami wyciągał się byczy pysk, którego koniec sięgał daleko w przód przed byczą klatkę piersiową. Składał się z wiszącej nad przepaścią skały i sterczał na wysokości pięciuset metrów nad poziomem morza, owiewany wiatrem dmącym w kierunku wioski. Naszą wioskę spowijały chmury przypominające dym. Szukałem naszej zagrody, ale udało mi się dostrzec tylko regularny zarys zabudowań rezydencji Simy Ku, z jej siedmioma bramami i dziedzińcami. Kościelna dzwonnica i drewniana konstrukcja wieży obserwacyjnej wydawały się zupełnie malutkie. Równina, okolice rzeki i jeziora oraz pastwiska były wysadzane kilkudziesięcioma małymi okrągłymi stawkami. Widziałem stada koni wielkości kóz i osłów wielkości psów; oba należały do Simów. Było też sześć dojnych kóz rozmiaru królików – to stado było nasze. Największa, najbielsza koza należała do mnie – matka dostała ją od Drugiej Siostry, która wydała odpowiednie polecenia kwatermistrzowi swojego męża, a ten wysłał umyślnego do górskiego rejonu Yimeng z zadaniem zakupienia odpowiedniego zwierzęcia. Obok mojej kozy stała mała dziewczynka z główką jak piłeczka. Wiedziałem, że w rzeczywistości dziewczynka nie jest mała, lecz całkiem wyrośnięta, a głowę ma znacznie większą od piłki. Była to moja Szósta Siostra, Niandi. Dziś wyprowadziła kozy wyjątkowo daleko od domu, nie zrobiła tego jednak dla kóz, lecz po to, by móc także obejrzeć pokaz lotniczy.

Sima Ku i Babbitt zeskoczyli z końskich grzbietów; oba zwierzęta przechadzały się swobodnie po byczej głowie, szukając dzikiej lucerny o purpurowych kwiatach. Babbitt podszedł do brzegu przepaści, przechylił się i zajrzał, jakby oceniał odległość. Jego dziecinna twarz była bardzo poważna. Spojrzał w dół, po czym zadarł głowę i popatrzył w niebo. Błękitny przestwór na tysiąc mil – nic niepokojącego. Zmrużył oczy i podniósł rękę, jakby chciał sprawdzić siłę wiatru. Wydało mi się to całkiem zbyteczne – flaga łopotała jak szalona, wiatr wydymał nasze ubrania, a sokół zataczał się w powietrzu niby opadający listek – cóż tu jeszcze sprawdzać? Sima Ku naśladował skwapliwie ruchy Amerykanina; na jego obliczu malowała się identyczna powaga – czułem jednak, że to tylko na pokaz.

– W porządku – oznajmił Babbitt nienaturalnie. – Można zaczynać.

– W porządku – zawtórował mu równie sztywno Sima Ku. – Można zaczynać.

Żołnierze przynieśli dwie paki i otworzyli jedną z nich. Wyjęli nieskończenie wielką płachtę białego jedwabiu, do której były przyczepione białe linki. Babbitt przywołał ich gestem i polecił przymocować linki do bioder i klatki piersiowej Simy Ku. Gdy skończyli, zaczął pociągać za linki, jakby sprawdzając, czy zostały odpowiednio mocno przywiązane. Następnie potrząsnął jedwabną płachtą i kazał żołnierzom chwycić za rogi i rozciągnąć ją. Wiatr dmuchnął, prostokątna płachta załopotała, a gdy puszczono brzegi, wygięła się w łuk jak żagiel, napinając wszystkie linki i ciągnąc za sobą Simę Ku. Sima Ku próbował wstać, lecz bez powodzenia – turlał się po trawie niczym mały osiołek. Babbitt pobiegł za nim i chwycił za linkę, którą był obwiązany na wysokości pleców.

– Łap, łap linkę kontrolną! – krzyczał. Sima Ku jakby nagle oprzytomniał.

– Babbitt, psia twoja mać! – wrzasnął. – Chcesz mnie zabić?! Druga Siostra podniosła się z dywanu i rzuciła się w stronę męża.

Zanim przebiegła trzy kroki, Sima Ku stoczył się w przepaść; jego wrzaski natychmiast ucichły.

1 ... 62 63 64 65 66 67 68 69 70 ... 185
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)