Zbrojni [Men at Arms - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648142-5
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zbrojni [Men at Arms - pl]». Краткое содержание книги:
Niejasno sobie przypominał, że przyszły pan młody nie powinien rankiem w dzień ślubu oglądać planowanej oblubienicy. Pewnie na wypadek gdyby na jej widok próbował wziąć nogi za pas. To niedobrze. Chętnie by z kimś porozmawiał. Gdyby mógł pogadać, może wszystko jakoś nabrałoby sensu.
Sięgnął po brzytwę i spojrzał w lustro, na twarz kapitana Samuela Vimesa.
Colon zasalutował, po czym przyjrzał się Marchewie. — Dobrze się pan czuje, sir? Chyba przydałoby się panu parę godzin snu.
Dziesiąta — czy też różne próby jej określenia — zaczynały właśnie rozbrzmiewać w całym mieście. Marchewa odwrócił się od okna.
— Byłem na poszukiwaniach — wyjaśnił.
— Trzech nowych rekrutów zgłosiło się z samego rana — poinformował sierżant.
Powiedzieli, że chcą wstąpić do „armii pana Marchewy”. Trochę go to zaniepokoiło.
— Dobrze.
— Detrytus zajął się ich szkoleniem bardzo podstawowym. Skutecznie. Po godzinie słuchania jego krzyków robią wszystko, co im powiem.
— Wszystkich wolnych ludzi proszę rozstawić na dachach między pałacem a uniwersytetem — polecił Marchewa.
— Są tam już skrytobójcy — zauważył Colon. — A Gildia Złodziei też posłała swoich na dachy.
— To są złodzieje i skrytobójcy. Nas tam jeszcze nie ma. I proszę posłać kogoś na szczyt Wieży Sztuk.
— Sir…
— Tak, sierżancie?
— Gadaliśmy trochę… ja z chłopakami. No i, tego…
— Słucham.
— Zaoszczędzilibyśmy sobie kłopotów, gdybyśmy poszli do magów i poprosili…
— Kapitan Vimes nigdy nie ufał magii.
— Nie, ale…
— Żadnej magii, sierżancie.
— Tak jest.
— Gwardia honorowa przygotowana?
— Tak jest. Ich kohorty lśnią purpurą i złotem.
— Naprawdę?
— Bardzo ważne są takie solidne, czyste kohorty, sir. Przerażają wrogów na śmierć.
— Dobrze.
— Ale nie mogę znaleźć kaprala Nobbsa, sir.
— Czy to jakiś problem?
— No, to znaczy, że gwardia honorowa będzie bardziej elegancka, sir.
— Wysłałem go z misją specjalną.
— Ee… I nie ma młodszej funkcjonariusz Angui, sir.
— Sierżancie…
Colon przygotował się. Na zewnątrz kolejno milkły dzwony.
— Czy wiedzieliście, że ona jest wilkołakiem?
— Tego… kapitan Vimes tak jakby sugerował, sir…
— Jak sugerował? Colon cofnął się o krok.
— Tak jakby powiedział: „Fred, ona jest pieprzonym wilkołakiem. Nie podoba mi się to, tak samo jak tobie, ale Vetinari się uparł, że musimy przyjąć też kogoś od nich, a lepszy wilkołak niż wampir albo zombi, więc bez dyskusji”. Tak właśnie sugerował.
— Rozumiem.
— Ehm… Przykro mi z tego powodu, sir.
— Po prostu przeżyjmy jakoś ten dzień, Fred. To wszystko…
…ading, ading, a-ding-dong…
— W końcu nie wręczyliśmy kapitanowi zegarka. — Marchewa wyjął go z kieszeni. — Na pewno pomyślał, że nam nie zależy. Prawdopodobnie czekał na taki zegarek. Wiem, że to tradycja…
— Ostatnie dni były bardzo ciężkie, sir. Zresztą możemy mu go wręczyć po ślubie.
Marchewa wsunął zegarek do aksamitnej sakiewki.
— Chyba tak. No, bierzmy się do roboty, sierżancie.
Kapral Nobbs maszerował ciężko przez mrok pod miastem. Oczy już przyzwyczaiły mu się do ciemności. Marzył o papierosie, ale Marchewa ostrzegał go przed tym. Weź tylko worek, powiedział, idź za śladami, przynieś z powrotem zwłoki. I nie kradnij biżuterii.
Ludzie powoli wypełniali Główny Hol Niewidocznego Uniwersytetu.
Vimes był bardzo stanowczy w tej kwestii — jedynej, przy której się upierał. Nie był właściwie ateistą, ponieważ ateizm stanowił cechę zmniejszającą szansę przetrwania w świecie, gdzie jest kilka tysięcy bóstw. Po prostu żadnego z nich specjalnie nie lubił i nie rozumiał, co ich właściwie obchodzi jego ślub. Odrzucił wszystkie świątynie i kościoły, ale Główny Hol wyglądał dostatecznie kościelnie — powszechnie uważa się, że to niezbędne przy tego rodzaju ceremoniach. Nie zależało mu szczególnie na obecności dowolnych bogów, gdyby jednak któryś postanowił zajrzeć, powinien czuć się jak w domu.
Sam Vimes zjawił się na miejscu wcześnie, ponieważ nie ma nic bardziej nieużytecznego niż pan młody tuż przed ślubem. Wymienne Emmy opanowały cały dom.
Na miejscu było już kilku portierów, gotowych pytać gości, po czyjej są stronie. Kręciła się też grupka starszych magów. Byli obowiązkowymi gośćmi na ślubach w wyższych sferach, a także na późniejszym przyjęciu weselnym. Jeden pieczony wół prawdopodobnie nie wystarczy.
Mimo głębokiej nieufności wobec magii Vimes właściwie dosyć lubił samych magów. Nie sprawiali kłopotów. Przynajmniej jemu nie sprawiali. Owszem, czasami przebijali continuum czasoprzestrzenne albo doprowadzali łódkę rzeczywistości zbyt blisko spienionych wód chaosu, jednak nigdy nie łamali prawa.
— Dzień dobry, nadrektorze — powiedział.
Nadrektor Mustrum Ridcully, najwyższy przewodniczący wszystkich magów w Ankh-Morpork — jeśli tylko chcieli się tym przejmować — skinął mu uprzejmie.
— Dzień dobry, kapitanie. Muszę przyznać, że trafił się panu piękny dzień.
— Cha, cha! Trafił dzień — zaśmiał się kwestor.
— Ojej — zmartwił się Ridcully. — Znowu go wzięło. Nie rozumiem. Czy ktoś ma pigułki z suszonej żaby?
Dla Mustruma Ridcully’ego, człowieka stworzonego przez naturę do życia na świeżym powietrzu i radosnego mordowania wszystkiego, co porusza się w gąszczu, było absolutnie niepojęte, dlaczego kwestor (człowiek stworzony przez naturę do siedzenia w ciasnym pokoiku i dodawania kolumn liczb) jest taki nerwowy. Próbował wszelkich sposobów, żeby jakoś wzmocnić jego ducha. Wśród nich były rozmaite kawały, niespodziewane poranne przebieżki czy wyskakiwanie zza drzwi w masce Williego Wampira, aby — jak tłumaczył — trochę wyprowadzić kwestora z siebie.
Samą ceremonię miał odprawić dziekan, który starannie ją wymyślił. W Ankh-Morpork nie istniała oficjalna formuła ślubu cywilnego, jeśli nie liczyć czegoś zbliżonego do „No dobrze, skoro naprawdę musicie”. Pomachał entuzjastycznie do Vimesa.
— Specjalnie na tę okazję wyczyściliśmy organy — pochwalił się.
— Cha, cha, cha, organy — wtrącił kwestor.
— Bardzo potężne jak na organy… — Ridcully przerwał i gestem przywołał kilku studentów. — Odprowadźcie kwestora i spróbujcie go na chwilę położyć, dobrze? — poprosił. — Podejrzewam, że znowu ktoś nakarmił go mięsem.
Po drugiej stronie holu rozległo się syczenie, a potem stłumiony jęk. Vimes spojrzał na monstrualny zestaw piszczałek.
— Ośmiu studentów pompuje miechy — poinformował Ridcully przy akompaniamencie zgrzytów i pisków. — Instrument ma trzy klawiatury i setkę dodatkowych pokręteł, w tym dwanaście oznaczonych „?”.