Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zbrojni [Men at Arms - pl]
Zbrojni [Men at Arms - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zbrojni [Men at Arms - pl]

Электронная книга - «Zbrojni [Men at Arms - pl]». Краткое содержание книги:

Zostań prawdziwym mężczyzną w Straży! Straż Miejska potrzebuje ludzi! Ale ci, których naprawdę dostaje, to m.in. kapral Marchewa (formalnie krasnolud), młodszy funkcjonariusz Cuddy (naprawdę krasnolud), młodszy funkcjonariusz Detrytus (troll), młodsza funkcjonariusz Angua (kobieta... na ogół) i kapral Nobbs (wykluczony z rasy ludzkiej za faule). Przyda im się każda pomoc. Bo zło unosi się w powietrzu, mord czai za progiem, a coś bardzo paskudnego na ulicach. Dobrze by było, gdyby wszystko udało się załatwić do południa, ponieważ wtedy właśnie kapitan Vimes oficjalnie przechodzi w stan spoczynku, oddaje odznakę i się żeni. A że wszystko to dzieje się w Ankh-Morpork, wiele rzeczy może się wydarzyć w samo południe.
1 ... 59 60 61 62 63 64 65 66 67 ... 78
Перейти на страницу:

— Słucham.

— Możesz już otworzyć oczy.

Gaspode zamrugał. Angua w obu wersjach wyglądała dobrze, ale ta sekunda czy dwie pomiędzy nimi, kiedy sygnał morficzny mknął od jednej stacji do drugiej, to widok, którego nikt nie chciałby oglądać z pełnym żołądkiem.

— Myślałem, że tarzasz się po podłodze, stękasz, rośnie ci sierść — wymamrotał.

Korzystając z tego, że wciąż jeszcze widziała w ciemności, Angua przyjrzała się w lustrze swoim włosom.

— A po co?

— Czy to… no, to wszystko… jest folesne?

— To trochę przypomina kichnięcie całym ciałem. Można by sądzić, że będzie tu miał grzebień, prawda? Przecież każdy ma grzebień.

— Takie… porządne… kichnięcie?

— Nawet szczotka do ubrań by wystarczyła. Zamarli, gdy zaskrzypiały drzwi.

Wszedł Marchewa. Nie zauważył ich w mroku i podszedł do stolika. Błysnęło i zapachniało siarką, gdy zapalił zapałkę, a od niej świecę.

Zdjął hełm i przygarbił się, jakby w końcu pozwolił sobie odczuć brzemię na swoich barkach. Usłyszeli jego głos.

— To się nie zgadza!

— Co się nie zgadza? — spytała Angua. Marchewa odwrócił się błyskawicznie.

— Co ty tu robisz?

— Ukradli ci mundur, kiedy szpiegowałaś w Gildii Skrytofójców — podpowiedział Gaspode.

— Ukradli mi mundur — wyjaśniła Angua — kiedy byłam w Gildii Skrytobójców. Szpiegowałam. — Marchewa wciąż się w nią wpatrywał. — Był tam jakiś staruch, który przez cały czas mamrotał — ciągnęła desperacko.

— Demoniszcza? Tysiącletnia wskazówka i krewetki?

— Tak, zgadza się…

— Paskudny Stary Roń. — Marchewa westchnął. — Pewnie wymienił go na alkohol. Ale wiem, gdzie mieszka. Przypomnij mi, żebym w wolnej chwili zamienił z nim parę słów.

— Nie chcesz jej pytać, co miała na sofie, kiedy fyła w gildii — powiedział Gaspode, który wczołgał się pod łóżko.

— Zamknij się — rzuciła Angua.

— Co? — Marchewa nie zrozumiał.

— Sprawdziłam ten pokój — powiedziała szybko. — Mieszkał tam ktoś, kto się nazywał…

— Edward d’Eath? — Marchewa usiadł na łóżku. Stare sprężyny zgrzytnęły głośno.

— Skąd wiedziałeś?

— Myślę, że Edward d’Eath ukradł rusznic. Myślę, że to on zabił Fasolla. Ale… skrytobójca zabija bez zapłaty? To gorsze niż krasnoludy i ich narzędzia. Gorsze niż klauni i ich twarze. Podobno Cruces jest bardzo zły. Kazał skrytobójcom szukać chłopaka po całym mieście.

— Hm… cóż, nie chciałabym być na miejscu Edwarda, kiedy go w końcu znajdą.

— Ja nie chciałbym być na jego miejscu teraz. A wiem, gdzie jest to miejsce, rozumiesz. Jest pod jego biednym ciałem. Martwym.

— Czyli skrytobójcy go znaleźli?

— Nie. Ktoś inny. A potem Cuddy i Detrytus. Jeśli mogę to ocenić, leżał tam już od kilku dni. Rozumiesz? To się nie zgadza! Ale starłem szminkę Fasolla i zdjąłem ten czerwony nos. To na pewno był on. Peruka też miała odpowiednie czerwone włosy. Musiał iść prosto do Młotokuja.

— Ale… ktoś strzelał do Detrytusa. I zabił tę żebraczkę.

— Tak.

Angua usiadła obok niego.

— I nie mógł tego zrobić Edward…

— Właśnie.

Marchewa odpiął napierśnik i ściągnął kolczugę.

— Czyli szukamy kogoś innego. Trzeciego człowieka.

— Ale nie mamy żadnych wskazówek! Po prostu gdzieś chodzi człowiek z rusznicem! Gdzieś w mieście! A ja jestem zmęczony.

Sprężyny znowu brzęknęły, gdy Marchewa wstał i chwiejnym krokiem podszedł do stolika. Usiadł, przysunął sobie kartkę, sprawdził ołówek, naostrzył go swoim mieczem i po chwili namysłu zaczął pisać.

Angua obserwowała go w milczeniu. Pod kolczugą nosił skórzaną kamizelę z krótkim rękawem. Na lewym ramieniu miał znamię — w kształcie korony.

— Zapisujesz wszystko, jak kapitan Vimes? — spytała po chwili.

— Nie.

— No to co robisz?

— Piszę do mamy i taty.

— Poważnie?

— Często piszę do mamy i taty. Obiecałem im. Poza tym to mi pomaga myśleć. Zawsze piszę listy do domu, kiedy się zastanawiam. A tato przysyła mi wiele dobrych rad.

Przed nim stało wypełnione listami drewniane pudełko. Ojciec Marchewy miał zwyczaj odpowiadać synowi na odwrocie jego listów, ponieważ papier był trudno dostępny na dnie krasnoludziej kopalni.

— Jakich dobrych rad?

— Zwykle na temat górnictwa. Przesuwania skał. No wiesz… podpory i stemple. W kopalni nie wolno się mylić. Trzeba wszystko robić prawidłowo.

Ołówek zgrzytał po papierze.

Drzwi wciąż były otwarte, ale ktoś dyskretnie zastukał. Stukanie mówiło — czymś w rodzaju metaforycznego alfabetu Morse’a — że stukający wyraźnie widzi, iż Marchewa przebywa w swoim pokoju ze skąpo ubraną kobietą, wobec tego stukający próbuje stukać tak, by nie być usłyszanym.

Sierżant Colon odchrząknął. W tym odchrząknięciu zabrzmiał drwiący uśmieszek.

— Słucham, sierżancie? — rzucił Marchewa, nie odwracając się nawet.

— Co mam teraz robić, sir?

— Proszę ich wysłać na patrole, sierżancie. Przynajmniej jeden człowiek, jeden krasnolud i jeden troll w każdej grupie.

— Rozumiem, sir. Czym mają się zająć?

— Mają być widoczni, sierżancie.

— Tak jest. I jeszcze coś, sir. Jeden z ochotników przed chwilą… to pan Bleakley. Z ulicy Wiązów, sir. Jest wampirem, to znaczy formalnie, ale pracuje w rzeźni, więc tak naprawdę nie…

— Niech pan mu podziękuje i odeśle do domu, sierżancie. Colon zerknął na Anguę.

— Tak jest, sir. Oczywiście. — Zawahał się. — Ale to żaden kłopot, on tylko potrzebuje dodatkowych homogoblinów w…

— Nie!

— Tak jest. Oczywiście. Ja, tego… powiem mu, żeby sobie poszedł. Colon zamknął za sobą drzwi. Nawet zawias wyszczerzył się drwiąco.

— Mówią do ciebie „sir” — odezwała się Angua. — Zauważyłeś?

— Wiem. Nie powinno tak być. Ludzie powinni myśleć samodzielnie. Tak mówi kapitan Vimes. Ale problem polega na tym, że myślą samodzielnie tylko wtedy, kiedy ktoś im każe. Jak piszesz „możliwość”?

— Wcale.

— Aha. — Marchewa wciąż się nie odwracał. — Chyba utrzymamy jakoś miasto do rana. Wszyscy nabrali rozsądku.

Nie, pomyślała Angua. Oni zobaczyli ciebie. To działa jak hipnoza.

Ludzie przeżywają twoją wizję. Marzysz, jak Wielki Fido, tylko on wymarzył sobie koszmar, a ty marzysz dla wszystkich. Naprawdę wierzysz, że ludzie są w zasadzie przyzwoici. Przez jedną chwilę, póki są blisko ciebie, oni także w to wierzą.

Zza okna dobiegł stuk palców obijających się o bruk — to oddział Detrytusa wykonywał kolejny obchód.

Co tam… wcześniej czy później i tak musi się dowiedzieć.

— Marchewa…

— Hm?

— Wiesz… kiedy Cuddy’ego, trolla i mnie przyjęli do straży, wiesz, czemu to była właśnie nasza trójka?

— Oczywiście. Reprezentacja grup mniejszościowych. Jeden troll, jeden krasnolud, jedna kobieta.

— Aha. — Angua zawahała się.

Na zewnątrz wciąż świecił księżyc. Mogłaby mu powiedzieć, zbiec po schodach, przemienić się i do świtu być już daleko za miastem. Na pewno by się udało. Była specjalistką w uciekaniu z miast.

— Nie całkiem o to chodziło — powiedziała. — Widzisz, w mieście jest sporo nieumarłych i patrycjusz nalegał, żeby…

— Pocałuj ją — odezwał się Gaspode spod łóżka.

Angua zamarła. Na twarzy Marchewy pojawił się ten nieco zdziwiony wyraz człowieka, którego uszy właśnie coś usłyszały, choć mózg został zaprogramowany, by wiedzieć, że to niemożliwe. Zaczerwienił się.

1 ... 59 60 61 62 63 64 65 66 67 ... 78
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)