Żelazna rada [Iron Council - pl]
- Автор: Мьевилль Чайна
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 978-83-7506-352-3
- Переводчик: Tomasz Bieron
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Żelazna rada [Iron Council - pl]». Краткое содержание книги:
— To jest tylko brzeg strefy kakotopicznej — mówi Judasz, patrząc na niebo. — Jesteśmy na peryferiach Cacotopic Stain.
Czuje jednak energię ziemi przenikającą go w nienormalny sposób. Widzi rozpacz Uzmana.
Chcąc uratować swoich ostatnich towarzyszy, tak długo zwlekają z wysadzeniem w powietrze wlotu do sztucznego kanionu, że milicja dogania prze-tworzonych maruderów. Nareszcie słychać trzy detonacje i potężna fala dymokamienia bucha z porowatej ziemi. Smog rozprzestrzenia się tak szybko, że zatyka wykuty przez niwelatorów korytarz, po czym zaczyna zastygać.
Dymokamień więzi najwolniejszych prze-tworzonych i Uzman wznosi okrzyk rozpaczy, oglądając z góry ten dramat.
W zawęźleniach jelit Judasz wyczuwa coś nowego, sztuczne quasi-życie, gigantyczny antropoidalny wiatr. Wie, że Ann-Hari uruchomiła jego golemową pułapkę. Napina się w środku, wypluwa z siebie wysiłek i przejmuje kontrolę nad tym stworem. Wykonuje taki gest, jakby chciał chwycić golema za rękę i razem biegną ku miejscu erupcji dymokamienia. Golem zanurza się w dymie i rozpościera powietrzne ramiona, bezskutecznie próbując wykuć tunel.
Judasz jest oddalony kilkadziesiąt metrów od apatycznych wyziewów, które w procesie twardnienia gaszą wszelkie życie. Z zastygającego kamienia dochodzą stłumione okrzyki. Urażona chmura wypycha swoje flaki na zewnątrz i Judasz widzi ruch, nie przypadkowy czy wywołany przez wiatr. Wyłaniają się najpierw błagalnie wzniesione ramiona, a potem cały mężczyzna, posiwiały od kosmyków dymu, które przywierają do niego i opancerzają go silikonową chityną. Po kolejnym beknięciu mgły z wyraźnie twardszego dymokamienia wynurza się kolejna postać, z mozołem brnie przez to ciasto, którym jest oblepiona.
Judasz podchodzi do nich. Pierwszy mężczyzna jest milicjantem. Przez dziury w poszarpanej kamiennej epidermie widać mundur, ale nie sposób odczuwać nienawiści i złości do tego człowieka, który dygocze i ustami pełnymi mineralnego budyniu usiłuje złapać powietrze. Druga postać to Radny. Nie da się go uratować. Jego towarzysze usiłują rozłupać hełm, którym obrosła jego głowa, ale przy okazji rozbijają mu czaszkę.
— Musimy ruszać! — woła Uzman z góry.
Jest wstrząśnięty, ale panuje nad sobą.
Wielka skalna kipiel zamyka dziurę, przez którą przejechał pociąg. Tory znikają zatopione w niej na wieki albo do czasu, kiedy kamień znowu przejdzie w stan płynny. Judasz pozwala swojemu golemowi rozpaść się i prądy powietrza wokół nich zmieniają swój charakter.
Uwagę Judasza przykuwa jakiś ruch. Jego twarz marszczy się na widok przedramienia sterczącego z nowej skalnej geografii niby jakaś roślina klifowa. Dłoń wykonuje ruchy chwytne, ostatnie podrygi uwięzionego w dymokamieniu trupa.
Chociaż aeronauci niszczą swoimi bombami niektóre części pociągu, ogarnia ich niepewność. Obracają się i widzą zastygłą kipiel, w której utkwiło wielu ich towarzyszy. Ośmieleni Radni zestrzeliwują ich z nieba. Judasz widzi, jak jeden z nich spada, a z przebitego balonu uchodzi gaz.
Aeronauci zmieniają szyk i odlatują na drugą stronę nowo powstałych wzgórz. Uzman wykrzykuje rozkazy i Radni podbiegają do strąconego baloniarza, żeby pozbawić go rynsztunku i zabrać płótno jego sterowca.
— Musimy zostać padlinożercami — mówi Uzman. — Musimy się tego nauczyć. — Patrzy na niebo. — Oni nie byli ostatni — dodaje, chociaż Judasz nie zdążył jeszcze poczuć ulgi.
Ale ulga przychodzi w dniu penetracji niezbadanego pustkowia. Ulga i dotkliwy smutek po wielu utraconych towarzyszach.
— Nie wszyscy zostali uwięzieni w dymokamieniu — mówi Uzman. Jego głos zdradza świadomość, że jego słowa nie są zbyt przekonujące. — Niektórzy wciąż byli po drugiej stronie.
Czyli tam gdzie milicja. Żadna pociecha. Judasz wyobraża sobie, jak to musiało dla nich wyglądać: milicjanci i Radni patrzą bezsilnie, jak chmura burzowa staje się kamieniem i pożera ich przyjaciół.
Jako nowi mieszkańcy tej krainy Radni poznają otoczenie. W świetle pochodni obserwują, jak krajobraz żyje własnym życiem. Widzą, w oddali inne światła, które poruszają się niezgodnie z zasadami optyki, słyszą okrzyki, których nie rozpoznają albo rozpoznają jako swoje — echa przetrzymywane przez kilka godzin i wypuszczane w zniekształconej postaci.
Uciekinierzy spotykają się w grupkach. Tory odbijają odrobinę na północ, szepczą między sobą. Uzman zabiera ich do strefy kakotopicznej. Znajdują się na jej obrzeżach, ale i tak bliżej, niż to jest bezpieczne dla jakiegokolwiek śmiertelnika.
Zamknęli za sobą skalne wrota i o wschodzie słońca po raz pierwszy widzą nowy krajobraz. Kilometry zarośli w zwykłych kolorach, balsam dla oka po monotonnej szarości kamienia. Grunt faluje nieregularnie, przypomina wzburzone morze. Niezwykła obfitość drzew strzegących ich kamiennych zębów i kwitnących pędów w cukierkowych kolorach. Jeziorka i inne naturalne elementy dekoracyjne, a w kierunku, w którym zmierza pociąg i jego tory, niesamowita zmienność terenu. Judasz to czuje. Wszyscy to czują. Poprzez koła.
Nie wszystkie cienie leżą w tej samej płaszczyźnie.
— Składamy tylko krótką wizytę — uspokaja Uzman. — Prawie nie przekraczamy progu.
Z cieniami coś jest nie w porządku i Judasz czuje, że wiatr wieje w sprzecznych kierunkach. Kiedy nikt nie patrzy, rzeźba terenu ulega zmianom.
Zostawili za sobą tak wielu zmarłych, niepogrzebanych. Także Shaun śpi gdzieś wiecznym snem.
Judasz po raz ostatni transportuje szyny. Wyrywa je z nowego kamienia, pod zmumifikowaną ręką, i przewozi ciągniętymi przez muły wozami na czoło pociągu. Ze skamieniałej mgły nadal sterczą dwa żelazne pręty.
Podróżni są obserwowani nie tylko przez zwierzęta, ale też przez zaopatrzone w oczy rośliny. Drugiego wieczoru Judasz rozmawia z przyjaciółmi przy ognisku, które dzięki jakimś magicznym mocom płonie na biało. Uzman, Ann-Hari, Grubogoleń i nowo wybrani przedstawiciele maszynistów, różdżkarzy, hamulcowych, nosiwodów, byłych prostytutek i całej reszty.
— Udało się wam — mówi Judasz. Uzman i Ann-Hari łykają tę Pochwałę bez mrugnięcia okiem. — Wydostaliście nas. A teraz jesteście w tej dziwnej krainie.
— Jeszcze nie koniec.
— Tak, nie koniec. Ale poradzicie sobie. Na pewno. Za tym krajem musi być następny. Wystarczająco daleki, żebyście byli bezpieczni. Nie będą was ścigali. Dostaniecie się na drugi koniec świata. Tam, gdzie są owoce i mięso. Tam, gdzie pociąg będzie mógł się zatrzymać. Będziecie polowali, łowili ryby, hodowali bydło i tak dalej. Umiecie czytać, a jak skończą się wam książki z biblioteki pociągu, to napiszecie nowe. Musicie tam dotrzeć…
— Ale co jest tutaj? Co nas tutaj czeka?
— Nie wiem. Będzie ciężko, ale przebrniecie. — Judasz nie wie, dlaczego przemawia jak prorok. To nie on mówi, tylko wewnętrzne dobro, które w nim mieszka. — Nie będą was ścigali. Założę się o wszystkie pieniądze. — Gruchnął śmiech. Pieniądze od dawna były anachronizmem. Niektórzy nadal je gromadzili, ale jako papier do rysowania dla dzieci. A monet używali jako biżuterii. — A Uzman miał rację, mimo że się mylił — kontynuuje. — Należało dać znać ludziom w Nowym Crobuzon. Pomyślcie: być może nikt nie będzie wiedział, co się z wami stało. — Milczenie. — Oczywiście możecie po prostu zniknąć i będą mówili, że podczas budowy któregoś dnia pociąg po prostu odjechał. Prze-tworzeni zostali liberosynkretami i uprowadzili pociąg. Ale prze-tworzeni w mieście, którzy czekają, zasługują na coś lepszego.
— Parę osób wie, co się stało…