Żelazna rada [Iron Council - pl]
- Автор: Мьевилль Чайна
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 978-83-7506-352-3
- Переводчик: Tomasz Bieron
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Żelazna rada [Iron Council - pl]». Краткое содержание книги:
— Tak, ale czy rozegrają to w odpowiedni sposób? Będziecie mitem… na to nic się nie poradzi… ale jakiego rodzaju? Chcecie być mitem nieśmiertelnym? Ważnym? Chcecie, żeby wypisywali wasze imię na sztandarach, walcząc o lepsze życie, walcząc o wolność?
Ann-Hari uśmiecha się.
— Wrócę do kraju — mówi Judasz. — Będę waszym bardem.
Z początku niektórzy zarzucają mu tchórzostwo, mówią, że boi się jechać z nimi przez peryferia kakotopii, ale w głębi duszy nikt nie uważa go za tchórza. Żal im, że ich zostawia.
— Potrzebujemy twoich golemów — mówi jedna z kobiet.
— Jak możesz nas opuścić? Czy Żelazna Rada nic dla ciebie nie znaczy?
— I wy mnie o to pytacie? — mówi Judasz. — Wy mnie o to pytacie?
To ich zawstydza.
— Będę waszym bardem. Powiem im o was. A teraz nie ruszajcie się.
Magnezjowy proszek wybucha i wszyscy zgromadzeni mrugają.
W tak obcym miejscu, na którym kładzie się cieniem groźba Momentu i nieobliczalność strefy kakotopicznej, niektórzy odchodzą, nie zważając na konieczność ponownego pokonania obszaru dymokamienia.
— Niektórym się uda — ocenia Judasz. — Zostaną liberosynkretami. Nie wrócą do Nowego Crobuzon. Nie jako prze-tworzeni. Nie na kolanach.
— Przedostaniecie się, siostry. — Patrzy na nich bez śladu niepewności. — Weźcie to — mówi. Voxiterator. — Patrzcie. Tak trzeba zrobić, żeby zachował to, co mówicie. — Obserwują, jak ładuje wosk i biorą od niego zapasowe cylindry. — Raz na rok przyślijcie mi jeden. Niezależnie od tego, gdzie będziecie. Statkiem, konno, pieszo, jak się da. Zobaczymy, czy dotrą. Chcę usłyszeć wasze głosy. — Patrzy na Ann-Hari. — Chcę usłyszeć wasze głosy.
Kolejno podchodzi do swoich towarzyszy i ściska ich na pożegnanie, nawet tych, których imion nie zna.
— Niech żyje Żelazna Rada — mówi do każdego. — Niech żyje, niech żyje.
W spontanicznym odruchu czułości wsuwa Uzmanowi język do ust. Prze-tworzony szarpie do tyłu i chce się wyrwać, ale tego nie robi. Judasz nie całuje go długo.
— Bądź miły dla chłopców w dzień wypłaty — szepcze do ucha prze-tworzonego, który się uśmiecha.
Judasz obejmuje Ann-Hari, która całuje go tak jak w czasach, kiedy byli kochankami. Przyciska się do niej biodrami i Ann-Hari długo trzyma jego twarz w dłoniach.
— Niech żyje — szepcze jej do ust. — Niech żyje.
Zdążył zapomnieć, o ile szybciej podróżuje się samemu. W niecały dzień wrócił do strefy dymokamienia. Dłoń martwego człowieka uwięzionego w skale została obgryziona do czerwonej kości.
Judasz maszeruje po kamiennych grzbietach jak po morskich falach. Widzi usiane trupami pobojowisko. W południe czuje na sobie cienie — ławica statków powietrznych płynie po niebie, biorąc kurs na wieczny pociąg. Judasz osłania oczy i opiera się na swoje lasce.
Chyba powinien się bać o swoich towarzyszy, ale nie boi się. Odczytuje zmienny szyk sterowców. Uśmiecha się, sam na ziemi, kiedy aerostaty mijają go powoli jak barakudy. Ma wrażenie, jakby się wahały. Siada oparty o granitowy stalagmit i patrzy.
Widać dym pociągu. Jeden średniej wielkości aerostat nerwowo wlatuje w powietrze strefy kakotopicznej. Z tego miejsca krajobraz wydaje się zupełnie normalny, ale Judasz czuje, że pod skórą świata wzbiera coś złego.
Statek powietrzny zbliża się do wiecznego pociągu i zrzuca bomby. Judasz widzi nad wzgórzami wykwity eksplozji. Nawet teraz nie czuje strachu.
Niebem w oddali wstrząsają konwulsje. Daje się odczuć jakiś organiczny ruch — nie chmury, lecz pewnego aspektu samego nieba, który przybrał quasi-widzialną postać mackowatego tworu sunącego wysoko nad ziemią. Towarzyszy temu jakiś dziwny dźwięk. Judasz wstrzymuje oddech. Słychać jakby mechaniczny, zająkliwy stukot. Sterowiec rozmywa się, a kiedy znów jest ostry, znajduje się trochę niżej na niebie i ucieka w tempie, które ocenia jako paniczne.
Pociąg kontynuuje jazdę, zagłębia się w strefę kakotopiczną, która odparła Nowe Crobuzon.
Wędrówka Judasza trwa wiele miesięcy. Jego życie staje się marszową fugą. Przez strumienie, bagna, skały, lasy ze szklistymi drzewami, lasy, które bierze za skamielinowe, ale okazują się lasami wielkich szkieletów. Kroczy pośród osteokrajobrazu, przez kościany ekosystem ze specyficzną fauną i florą.
Mija jeziora, które bulgoczą od walki klanów vodyanoich. Widzi kominy sterczące ze zboczy wzgórz, wewnątrz których znajdują się wioski troglodytów. Jest gościem zapomnianych plemion kapłańskich. Zostaje okradziony przez liberosynkretów. Wstępuje do bandy liberosynkretów.
Jego ciało się zmienia. Spęczniałe mięśnie ramion i klatki piersiowej klęsną i Judasz na powrót staje się zahartowanym podróżnikiem ogorzałym od żywiołów. Garudowie przynoszą mu pożywienie, zlatując z nieba z milczącym miłosierdziem. Kieruje się swoimi nie do końca wiarygodnymi mapami i busolą. Nie wraca długą drogą, którą przybył, lecz zmierza prosto na wschód.
Wkracza do oddalonej o setki kilometrów od Nowego Crobuzon bazaltowej krainy burz porośniętej blitzbaumami, wysokimi na półtora kilometra drzewami piorunowymi. Błyskawice, unieruchomione przez kryptomoce, rozwidlają się w gałęzie. W lesie jest jasno jak w blasku tysięcy lamp magnezjowych.
Na tle nieba rysuje się zardzewiała sylweta zjedzonego przez czas żelaznego miasta. Bagno taumaturgicznie zaczarowanego błota robi z butów Judasza robaki. Jest też kurhan, zakopany kościół, pola dzikich jagód i piękne wzgórza. Pięć razy walczy ze zwierzętami i trzy razy z istotami rozumnymi. Albo ucieka, albo zabija.
Jest spokojniejszym człowiekiem. Porusza się fachowo i bez wysiłku. Minęło wiele tygodni, odkąd zrobił golema z trawy — jako towarzysza drogi, z którym mógł rozmawiać, zanim wiatr go rozwiał. Judasz mija zdziczałe bydło, zniszczone płoty, całe mile porzuconych pastwisk.
Pewnego dnia schodzi po stromym zboczu i staje jak idiota. W końcu udaje mu się ruszyć z miejsca, ale potyka się i pada na kolana. Jest zimno. Ile pór roku minęło? Judasz pełznie na czworakach i dotyka szyn.
Nie do wiary, że naprawdę może dotknąć tego metalu, tych żelaznych wstęg, które wiją się pośród różnych okoliczności klimatycznych i geograficznych, że mimo tej całej krwi i potu, które na nie wylał, mimo kości tych wszystkich ludzi, na których spoczywają, są niczym, że czas i pył odebrał im jakiekolwiek znaczenie.
Szabrownicy zostawili po sobie ślady. Brakuje całych odcinków. Tory wynurzają się z ziemi, a potem znowu chowają. Już dawno nie jechał po nich żaden pociąg.
Judasz patrzy na północ wzdłuż torów. Pamięta robienie przekopu. Znajduje się daleko na północ od trzęsawiska.
Po powrocie dowie się, dlaczego tory nie są używane. Dowie się, że strumień pieniędzy w końcu wysechł, ponieważ skala malwersacji była tak ogromna, że dalsze ich ignorowanie nadszarpnęłoby autorytet państwa. Że inwestorzy się wycofali, kiedy dotarły do nich zniekształcone informacje o buncie, o Żelaznej Radzie. Że mimo panicznej próby ratowania MKK przez wzrost płac i bezlitosną intensyfikację prze-twarzania ucieczka kapitału przybrała takie rozmiary, iż Międzykontynentalne Konsorcjum Kolejowe wyzionęło ducha i jego dumne dzieło trzeba było złożyć do grobu.
Judasz dowie się tego wszystkiego już niedługo, kiedy dotrze do miasta. Na razie tylko się uśmiecha, schylając się po plecak, głaszcze tory jak kota. Robi to czule, by nie rzec nostalgicznie.