Gwiezdny taniec [Stardance - pl]
- Автор: Робинсон Спайдер, Робинсон Джинн
- Серия: Gwiezdny taniec #1
- Год: 1986
- Язык: польский
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiezdny taniec [Stardance - pl]». Краткое содержание книги:
— To jest nasza jedyna obrona — powiedziałem cicho — przed niezmierną samotnością istnienia w pustym kosmosie. Sześć umysłów to za mało — gdy będziemy mieli ich sześć miliardów zjednoczonych w niezakłócany intelekt, wtedy może nauczymy się czegoś. Cały rodzaj ludzki jest naszym genetycznym dziedzictwem.
— Nie przeczę, że kosmos jest miejscem głęboko poruszającym — powiedział Tom — ale nie zgodzę się z twierdzeniem, że czyni on nas innymi niż ludzie. Czuje się człowiekiem.
— A skąd cromagnonczyk mógł wiedzieć, że jest inny od neandertalczyka? — spytał Raoul. — Dopóki nie potrafił dostrzec rozbieżności, skąd mógł to wiedzieć?
— Łabędź myślał, że jest brzydkim kaczątkiem — dodała Norrey.
— Ale geny miał łabędzia — upierał się Tom.
— Geny cromagnończyka wywodzą się z genów neandertalczyka — powiedziałem.
— Czy badałeś kiedyś swoje? Czy rozpoznałbyś naprawdę subtelne mutacje, gdybyś je nawet zobaczył?
— Nie mów mi Charlie, że wierzysz w te bzdury — powiedział ze złością Tom. — Czy czujesz się nieczłowiekiem?
— Czuje się inny niż człowiek. Czuje się kimś więcej niż nowym człowiekiem. Jestem nowym stworzeniem. Zanim udałem się za Sharą w Kosmos, moje życie było tylko pogmatwanym żartem ze zbyt wieloma wątkami. Dopiero teraz żyje. Kocham i mogę być kochany. Ja nie porzuciłem Ziemi. Ja wybrałem kosmos.
— Gadanie — powiedział Tom. — Połowa z tego to twoja noga… i wiem czym jest ta druga połowa, bo przydarzyło mi się to samo w miejscu, gdzie wychowała się Linda. To efekt mieszczucha na wsi. Znajdujesz nowe, mniej stresujące środowisko, budzą się pewne refleksje i zaczynasz podejmować lepsze, bardziej satysfakcjonujące decyzje. Twoje życie się naprostowuje. A więc w tym miejscu musi być coś magicznego. Bzdury.
— Tom — powiedziałem z naciskiem — to co innego. Byłem na wsi. Mówię ci, że nie jestem ulepszoną wersją człowieka, którym do niedawna byłem — jestem teraz kimś zupełnie innym. Jestem człowiekiem, którym mogłem już nigdy nie być na Ziemi, straciłem już całą nadzieje, że nim będę. Ja… wierze teraz w rzeczy, w które nie wierzyłem od kiedy przestałem być dzieckiem. Jasne, że miałem pewne przełomy, że związanie się z Norrey wniosło do mego życia więcej niż przypuszczałem. Ale zmienił się cały mój makijaż i nie dokonały tego szczęśliwe przypadki. Do diabła, byłem przecież pijakiem.
— Każdego dnia mądrzeją jacyś pijacy — powiedział Tom.
— Jasne, jeśli znajdą w sobie siłę, by przez resztę życia myśleć trzeźwo. Gdy tak się czuje, strzelam sobie jednego. Teraz już nieczęsto to się zdarza. Właśnie dzięki temu przestało mnie ciągnąć do butelki. Czy to jest tak powszechnie spotykane? Pale teraz mniej, a jeśli nawet, to podchodzę do tego mniej lekkomyślnie.
— A więc kosmos sprawił, że zmądrzałeś bez żadnego udziału z twojej strony?
— Z początku. Potem musiałem wziąć się w garść i pracować nad sobą jak diabli — ale zaczęło się to bez mej wiedzy i zgody.
— Kiedy to się zaczęło? — spytały jednocześnie Norrey i Linda. Musiałem się zastanowić.
— Kiedy zacząłem się uczyć myśleć sferycznie. Kiedy się w końcu oduczyłem myślenia kategoriami góry i dołu.
— Pewien mądry człowiek powiedział kiedyś — odezwała się Linda — że wszystko dobre, co cię dezorientuje. Bo jest to kształcące.
— Znam tego mądrego człowieka — zadrwił Tom. — Leary. Przypadek uszkodzenia mózgu, o ile dobrze pamiętam.
— Czy to go dyskwalifikuje jako mądrego przed rozwinięciem się choroby?
— Słuchajcie — powiedziałem — wszyscy jesteśmy unikatami. Wszyscy przeszliśmy przez bardzo trudny proces selekcji i nie przypuszczam, żeby pierwszy cromagnonczyk czuł się w jakimkolwiek stopniu inaczej niż my. Ale istnieją dowody na to, że nasz dar nie występuje u ludzi powszechnie.
— Przecież zwykli ludzie potrafią żyć w kosmosie — zaoponowała Norrey. — Załogi statków Sił Kosmicznych. Brygady montażowe.
— Tylko wtedy, gdy mają sztuczny pion lokalny — powiedział Harry. — Wyprowadź ich w otwartą przestrzeń, a będziesz im musiała wytyczyć proste linie i proste kąty, bo inaczej dostaną zawrotu głowy. Większość z nich. To dlatego staliśmy się bogaci.
— Poza tym — dodał pogodnie Raoul — czym jest kilka stuleci? Nam się nie śpieszy.
— Li — ciągnąłem — być człowiekiem znaczy stać miedzy małpą a aniołem. Być aniołem, jak moja rodzina i ja, znaczy unosić się pomiędzy człowiekiem a bogami i mieć w sobie po równi coś z tego pierwszego i z tych ostatnich. Bez grawitacji czy lokalnego pionu nie mogą istnieć fałszywe pojęcia „góry” i „dołu”; jak moglibyśmy postępować inaczej niż etycznie? Nieśmiertelni, niczego nie potrzebujący, jak moglibyśmy być źli?
— Jako gatunek — podjął Tom — będziemy się, naturalnie, kontaktować z wami za pośrednictwem ONZ. Doktorze Chen, proszę mi wierzyć, przeanalizowaliśmy to szybciej niż komputer. Nie ma sposobu obalenia naszych planów, zarekwirowania symbiontu. Nie powstrzymają nas wszyscy źli mężczyźni i kobiety z całej Ziemi, a dni zła są policzone.
— Ale — skończyłem — potrzebujemy współpracy ze strony pana i panu podobnych. Czy zgadza się pan na nią, Chen Ten Li?
Dryfował swobodnie w częściowym przysiadzie, całkowicie odprężony. Twarz miał zamyśloną, oczy zwrócone w głąb siebie. Po dłuższym czasie jego źrenice pojawiły się ponownie i na twarz powróciło mu życie. Poszukał mego wzroku i lekki uśmiech rozciągnął mu usta.
— Bardzo mi pan przypomina — powiedział — człowieka, którego kiedyś znałem, człowieka nazwiskiem Charles Armstead.
— Doktorze Chen — odparłem, czując wielką ulgę. — Li, mój przyjacielu, ja jestem tym człowiekiem. Jestem również czymś jeszcze i prawidłowo wydedukowałeś, że powstrzymuje od mówienia moich sześć osobowości z grzeczności wobec ciebie i z tego samego powodu przystosowuje swe ciała do twego pionu lokalnego. To jasno dowodzi, że wspólnota telepatyczna nie wymaga tego, co nazwałbyś utratą własnego ja.
Przesuwając osobowość tak, by każde z nas wypowiedziało jedno słowo, powiedziałem/powiedzieliśmy:
— Jestem
— więcej
— niż
— człowiekiem
— nie
— mniej.
— Bardzo dobrze — powiedział Li potrząsając głową. — Wspólnie przyniesiemy naszej znużonej planecie spokojną i radosną przyszłość.
— Jestem z wami — powiedział po prostu DeLaTorre.
— Ja również — dodała Dmirow.
— Zabierzmy Billa i ciało pułkownik Song do ambulatorium — powiedziało sześć głosów.
I w godzinę później nasza szóstka odleciała do miejsca pobytu Gwiezdnych Siewców. Tym razem nie wzięliśmy promu kosmicznego. Na podróż w jedną stronę wystarczały nam silniczki naszych skafandrów…
CZĘŚĆ IV
Syngamia
Saturn płonął ochrą i brązem na tle intensywnej czerni, gdzieniegdzie tylko przerywanej zimnymi iskrami miliardów słońc.
Mknęliśmy przez te czerń pełnym ciągiem naszych odrzutowych silniczków tańcząc, nawet nie myśląc o niej. Zostawiliśmy za sobą ludzkie życie i żegnaliśmy je tańcem. W zasadzie każde z nas tworzyło swój własny „Gwiezdny taniec”, a wielka i pusta kosmiczna sala koncertowa rozbrzmiewała ostatnią symfonią Raoula. Każdy z tańców był indywidualny i kompletny sam w sobie. Tak się jednak składało, że każdy zazębiał się z pozostałymi i z muzyką, tworząc z nimi wspólnie rodzaj wypowiedzi drugiego, wyższego poziomu. Chociaż powstawały bez jakichkolwiek dostrzegalnych ograniczeń, narzucanych przez czas i odległość, to nadświadomosć Harry’ego dopilnowała, by wszystkie dobiegły końca jednocześnie, przed obcymi.