Gwiezdny taniec [Stardance - pl]
- Автор: Робинсон Спайдер, Робинсон Джинн
- Серия: Gwiezdny taniec #1
- Год: 1986
- Язык: польский
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiezdny taniec [Stardance - pl]». Краткое содержание книги:
— Ale jesteście gotowi…? — spytał cicho Chen.
— Jeszcze nie — odpowiedział Linda w imieniu nas wszystkich — ale niedługo będziemy. To wszystko, co wiemy.
— A ta historia z telepatią? — odezwał się niepewnie Silverman. — Ta cała gadka o „jasnym umyśle”… czy to na pewno?
— Och, to jest niezależne od obcych — zapewniła go Linda. — Pokazali nam tylko jak znaleźć te płaszczyznę — ale skłonności ku temu tkwią od początku w każdym człowieku, jaki kiedykolwiek żył. Każdy święty człowiek, na którego spływało objawienie, schodził z góry mówiąc: Jesteśmy jednym” — i za każdym razem ludzie brali to za metaforę. Symbiont pomaga nam trochę, ale…
— W jaki sposób wam pomaga? — przerwał jej Silverman.
— Głownie wpływając na naszą koncentracje uwagi. Chodzi mi o to, że większość ludzi ma przebłyski zdolności telepatycznych, ale zbyt wiele ich rozprasza. Gorzej wyglądają pod tym względem mieszkańcy planet, ale nawet w Studio odczuwaliśmy głód, pragnienie, znudzenie, zmęczenie, różne dolegliwości, złość, zmartwienia. Nazywaliśmy to „kłopotami na głowie”. Nasza zwierzęca cząstka przeszkadzała rozwojowi cząstki anielskiej. Symbiont uwalnia od wszystkich zwierzęcych potrzeb — można ich doświadczać, jeśli się zechce, ale już nigdy nie jest się poddanym ich arbitralnym rozkazom. Symbiont działa jak rodzaj wzmacniacza zakresu fal telepatycznych, ale dużo bardziej pomaga poprawiając stosunek sygnału do szumu w punkcie wyjściowym.
— No, a jeśli — powiedział Silverman — dałbym się, broń Boże, zarazić tym grzybem, to stałbym się, przynajmniej w niewielkim stopniu, telepatą? I czy byłbym wtedy nieśmiertelny i nie miał potrzeby chodzie do łazienki?
— Nie, sir — odparła grzecznie, ale stanowczo. — Gdyby przed wejściem w symbiotyczne partnerstwo był pan już trochę telepatą, to stałby się pan telepatą znacznie lepszym. Jeśliby w tym czasie zdarzyło się panu znaleźć w polu nadającego telepaty, pana zdolności telepatyczne wzrosłyby wykładniczo.
— Ale jeśli, na przykład, biorę przeciętnego człowieka z ulicy i pakuje go w ten symbiotyczny garnitur…
— … to dostaje pan przeciętnego nieśmiertelnego, który nigdy nie musi chodzić do łazienki i jest bardziej empatyczny niż dotąd — dokończyłem.
— Empatia jest czymś w rodzaju młodszej siostry telepatii — powiedziała Linda.
— Raczej jej stanem larwalnym — poprawiłem ją.
— A więc dwóch przeciętnych facetów w symbiotycznych garniturkach niekoniecznie byłoby zdolnych do czytania swych myśli?
— Nie, o ile nie pracowali długo i ciężko, by nauczyć się jak to się robi — powiedziałem — na pewno by to robili. W kosmosie człowiek czuje się samotnie.
Zamilkł i nastąpiła przerwa, podczas której cała reszta segregowała swe opinie i emocje. Zabrało to trochę czasu.
Sam miałem do posortowania kilka spraw. Ciągle ogarniała mnie ta sama wewnętrzna pewność, którą czułem od chwili przebudzenia w Limuzynie, uczucie, które niemal przewyższało pojecie nieuchronności, ale teraz zaczynały się gromadzić wątpliwości. „A co, jeśli umrzesz w tej największej z chwil?” — szeptał zwierzęcy głos z tyłu mej czaszki.
Tak jak w momencie konfrontacji z obcymi, czułem — się całkowicie żywy.
— Panie Armstead — odezwał się DeLaTorre potrząsając głową i marszcząc w zamyśleniu brwi — odnoszę wrażenie, iż mówi pan o nadciąganiu kresu wszystkich ludzkich trosk.
— Och nie — powiedziałem pośpiesznie. — Przepraszam, jeśli niechcący to sugerowaliśmy. Symbiont nie może żyć w środowisku ziemskim. Zabije go wszystko, co posiada grawitacje i atmosferę. Nie, symbiont nie sprowadzi Nieba na Ziemie. Nic nie może tego sprawić. Mahomet musi przyjść do góry — a wielu nie będzie chciało.
— A może — zasugerował nieśmiało Chen — ziemscy naukowcy potrafiliby zmodyfikować genetycznie dar obcych?
— Nie — powiedział bezbarwnym głosem Harry. — Nie ma sposobu na przekazanie symfonii czy wschodu słońca płodowi, który upiera się, by pozostać w łonie. Ta chmura symbiontu nad Tytanem jest prawem do narodzin dla każdego człowieka — ale ludzie muszą najpierw na nią zasłużyć,, wyrażając zgodę na te narodziny.
— A żeby to uczynić — dodał Raoul — muszą na zawsze odciąć się od Ziemi.
— W tym, co pan powiedział istnieje zadziwiająca symetria — wymruczał w zamyśleniu Chen.
— Tak, do diabła — powiedział Raoul. — Powinniśmy się spodziewać czegoś takiego. Ta cała historia z możliwością przystosowania się do stanu nieważkości, ale nieodwracalnie… słuchajcie, w momencie narodzin, w jednej chwili zdarza się wielki cud. Jeszcze minutę temu było się właściwie rybą, z rybim, dwuzaworowym systemem krążenia, pasożytującą na łonie matki. Potem w jednej chwili przeskakuje jakiś przełącznik. Trach — ciach i jest się ssakiem, jak teraz. Samowystarczalnym, z czterozaworowym sercem — czyni się wielki, nieodwracalny skok fizjologiczny w nową płaszczyznę ewolucji. Towarzyszy temu ból, trauma i potop danych ze zmysłów, których istnienia dotąd nawet się nie podejrzewało. Niemal od razu banda nieskończenie bardziej zaawansowanych istot zaczyna się uczyć komunikowania się. Zadziwiające? Nie, ta pieprzona symetria jest nieodparta! Czy teraz zaczęliście rozumieć, dlaczego krzyczeliśmy? Znajdujemy się w samym środku tego samego procesu — a krzyczą wszystkie noworodki.
— Nie rozumiem — poskarżyła się. Dmirow. — Będziecie zdolni do życia nago w kosmosie — ale jak zamierzacie się w nim poruszać?
— Ciśnienie świetlne? — zasugerował Chen.
— Symbiont może rozwinąć się w żagiel świetlny — zgodziłem się z nim — ale istnieją jeszcze inne siły, które będziemy wykorzystywać do przemieszczania się tam, gdzie zechcemy.
— Gradienty grawitacji?
— Nie. Nie jest to coś, co można wykryć albo zmierzyć.
— Niedorzeczność — prychnęła Dmirow.
— A jak dostali się tu obcy? — spytałem łagodnie i wtedy się zaczerwieniła.
— Tym, co czyni waszą opowieść tak trudną do przyjęcia — powiedział Chen — jest czynnikom nieprawdopodobieństwa. Zbyt wielką role w znalezieniu się was tutaj odegrał zwykły przypadek.
— Doktorze Chen — przerwałem mu — zna pan przysłowie, które mówi, że istnieje przeznaczenie kształtujące nasze czyny, ociosujące je z grubsza bez naszej wiedzy?
— Ależ każda z tysiąca różnych przyczyn mogła zmienić bieg wypadków.
— Nad tym, by toczyły się one takim, a nie innym torem czuwały pięćdziesiąt cztery istoty. Nadistoty. A może sądzi pan, że obcy przypadkowo pojawili się w Układzie Słonecznym w chwili, gdy Shara Drummond zaczęła pracować na „Skyfac”? Że tak się tylko złożyło, iż skoczyli w pobliże Saturna, kiedy wróciła na „Skyfac”, żeby tańczyć? Ze po prostu przypadkiem pojawili się w pobliżu „Skyfac” w chwili, gdy Shara miała właśnie na zawsze powrócić na Ziemie? Albo że ta cała podróż na Saturna tylko przypadkowo była od razu możliwa? O rany, ciekaw jestem co oni robili za orbitą Neptuna, tam gdzie ich po raz pierwszy dostrzeżono. — Zamyśliłem się na chwile. — Będę. musiał to sprawdzić.
— Pan nic nie rozumie — zaprotestował z ożywieniem Chen, ale zaraz się opanował. — Nie jest to fakt powszechnie znany, ale przed sześciu laty nasza planeta niemal uległa zniszczeniu w nuklearnej pożodze. Ocaliły nas tylko przypadek i zrządzenie losu — nie było wtedy obcych na naszym niebie.