Gwiezdny taniec [Stardance - pl]
- Автор: Робинсон Спайдер, Робинсон Джинн
- Серия: Gwiezdny taniec #1
- Год: 1986
- Язык: польский
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiezdny taniec [Stardance - pl]». Краткое содержание книги:
Teraz odezwał się Harry.
— Czy wie pan, jak zachowuje się ciężarna króliczka, jeśli warunki nie sprzyjają wydaniu na świat potomstwa? Absorbuje miot z powrotem do łona. Po prostu odwraca proces i próbuje znowu, gdy warunki ulegną poprawie.
— Nie nadążam za tokiem pańskiego rozumowania.
— Czy słyszał pan o Atlantydzie?
Twarz Chena przybrała barwę, morskiej pianki, a wszyscy inni wytrzeszczyli oczy albo wstrzymali oddechy.
— To zdarza się cyklicznie — powiedziałem. — Poszczególne maksimk tego cyklu zbliżają się do siebie na jakieś cztery, pięć tysięcy lat — tyle czasu temu wzniesiono piramidy — i oddalają na dwadzieścia tysięcy lat.
— Czasami są bardzo burzliwe — dodał Harry. — Kiedyś, miedzy Marsem a Jowiszem istniała planeta.
— Boże mój — wyszeptała Dmirow. — Pas Asteroidów…
— A na wypadek, gdybyśmy wszyscy wysadzili się w powietrze pod ręką jest jeszcze Wenus — zgodziłem się. — Atmosfera gotowa do rozruchu, pozostaje tylko zasiać algi i czekać. Boże, ależ oni muszą być cierpliwi.
Kolejna, tym razem dłuższa cisza.
Teraz uwierzyli. Wszyscy. A wiać musieli od nowa poukładać sobie w głowach dosłownie wszystko, co dotąd wiedzieli, odtworzyć całe swoje istnienie w świetle tych nowych informacji i spróbować określić kim teraz, w związku z tym zamierzeniem, mogą być. W tego rodzaju wykorzenianiu swych poglądów i opinii, utrwalonych głęboko przez czas, byli zaprawieni od lat, To, że są zdolni do zaakceptowania tych rewelacji i w ogóle do myślenia dowodziło jasno, że każde z nich miało silny i elastyczny umysł. Wertheimer dokonał dobrego wyboru; żadne z nich nie załamało się, żadne nie odrzuciło prawdy i nie wpadło, tak jak niedawno my, w katatonie. Oczywiście nie znajdowali się W otwartym kosmosie i nie rozważali na poważnie możliwości zdjęcia swych skafandrów. Ale przecież na ich barkach spoczywał wielki ciężar: reprezentowali planetę.
— A więc zamierzacie to zrobić? — spytał wolno Silverman.
— Tak — odpowiedziało mu chórem sześć głosów.
— Od razu — dodałem.
— I jesteście pewni, że wszystko, co nam powiedzieliście, jest prawdą? Że obcy nie kłamali, że nic nie ukryli? — niby przypadkowo odsunął się od innych dyplomatów. — Jesteśmy pewni — odparłem, napinając znowu mięśnie ud.
— Ależ dokąd wy chcecie iść? — krzyknął DeLaTorre. — Co zamierzacie robić?
— To, co robią wszystkie noworodki. Zbadamy nasz żłobek. Układ Słoneczny.
Silverman odbił się nagle nogą i przemknął przez sale pod czwartą, pustą ścianę.
— Bardzo mi przykro — powiedział ponuro. — Nic takiego nie zrobicie.
W jego dłoni połyskiwała mała Beretta.
Rozdział 5
W drugiej ręce trzymał kalkulator. Przynajmniej tak to wyglądało. I nagle domyśliłem się, co to jest i przestraszyłem jeszcze bardziej niż pistoletu.
— To — powiedział, utwierdzając mnie w moich przypuszczeniach — jest nadajnik bliskiego zasięgu. Jeśli ktoś zbliży się do mnie niespodziewanie użyje go do detonowania sterowanych radiem materiałów wybuchowych, które założyłem podczas podroży. Wybuchając, uszkodzą komputer pokładowy.
— Sheldon — krzyknął DeLaTorre — oszalałeś? Komputer nadzoruje prace systemów podtrzymania życia.
— Raczej nie zrobię z tego użytku — powiedział spokojnie Silverman. — Ale jestem absolutnie zdecydowany i chce, aby informacje, które tu usłyszeliśmy pozostały w wyłącznej dyspozycji Stanów Zjednoczonych — albo niczyjej.
Popatrzyłem po twarzach dyplomatów i żołnierzy, szukając w nich oznak samobójczej odwagi i odprężyłem się nieco. Żadne z nich nie było głupcem, który rzuca się z gołymi rękoma na człowieka uzbrojonego w pistolet, na ich twarzach malowało się tylko oburzenie. Oburzenie na perfidie Silvermana i oburzenie na siebie samych za to, że tego nie przewidzieli. Najuważniej przyjrzałem się Chen Ten Li, który spodziewał się takiego obrotu sprawy i przyrzekł zabić Silvermana własnymi rękoma — teraz zachowywał całkowity spokój. W kącikach jego ust rodził się leciutki, kpiący uśmieszek. Ciekawe.
— Panie Silverman — odezwała się Susan Pha Song — chyba nie przemyślał pan do końca swojego postępowania.
— Pułkowniku — odparł ironicznie. — Od niemal roku nie robiłem nic innego.
— Niemniej coś pan przeoczył — upierała się.
— Proszę mnie oświecić.
— Gdybyśmy rzucili się na pana wszyscy — powiedziała monotonnym głosem — zdążyłby pan zastrzelić dwoje, może troje z nas zanim byśmy pana obezwładnili. Jeśli tego nie zrobimy, prawdopodobnie zabije pan nas wszystkich. A może zamierza pan trzymać nas na muszce przez dwa lata?
— Jeśli rzucicie się na mnie — obiecał Silverman — rozwalę komputer, a więc i tak wszyscy zginiecie.
— A więc albo zginiemy, a pan ze swoją tajemnicą powróci sam na Ziemie, albo zginiemy, a pan tam nie wróci. — Oparła się dłońmi o ścianę.
— Myli się pani — powiedział pośpiesznie Silverman. — Nie zamierzam zabić was wszystkich. Nie muszę tego robić. Zamknę was w tej sali. Tak się składa, że mój skafander próżniowy znajduje się w innym pomieszczeniu. Nałożę go i wydam komputerowi rozkaz wypompowania powietrza z wszystkich pomieszczeń przyległych do tej sali. Przedtem, oczywiście, zablokuje znajdujący się tu terminal. Ciśnienie powietrza i służy bezpieczeństwa nie pozwolą wam otworzyć drzwi prowadzących w próżnie: to będzie wiezienie bez wyjścia. I dopóki nie odkryje, że planujecie ucieczkę, pozostawię na chodzie zainstalowane tu systemy dostarczania żywności, powietrza i wody. Znajduje się w posiadaniu taśm z programami, niezbędnymi do sprowadzenia nas z powrotem na Ziemie. Tam zostaniecie potraktowani jak jeńcy wojenni, zgodnie z międzynarodowymi konwencjami.
— A z jakiej wojny?
— Z tej, która się właśnie rozpoczęła i zakończyła. Słyszeliście? Ameryka zwyciężyła.
— Sheldonie, Sheldonie — nalegał DeLaTorre — co zamierzasz zyskać, uciekając się do tego szalonego fortelu?
— Żartujesz? — prychnął Silvermaa — Najważniejszy składnik sum inwestowanych w badanie przestrzeni kosmicznej stanowią koszta łożone na systemy podtrzymania życia. Ten pełen grzybów księżyc jest darmowym biletem do całego Układu Słonecznego — z nieśmiertelnością na dokładkę! I Stany Zjednoczone będą go miały, to wam obiecuję — odwrócił się do Li i Dmirow i z rozbrajającą szczerością powiedział najnieprawdopodpbniejsze zdanie, jakie kiedykolwiek słyszałem: — Nie dopuszczę do eksportu waszego bezbożnego trybu życia na gwiazdy.
Chen roześmiał się w głos, a ja mu zawtórowałem.
— Ty też jesteś jednym z tych socjalistów, co, Arrnstead? — warknął Silverman.
— I to cię najbardziej gryzie, prawda, Silverman? — uśmiechnąłem się. — Homo caelestis w symbiozie nie ma żadnych potrzeb, niczego nie chce: nie ma mu co sprzedawać. I stapia się z grupą: naturalny komunista. Ludzie, z którymi nie można robić interesów przerażają cię, nieprawdaż?
— Pseudofilozoficznie brednie — warknął Silverman. — Obejmuje w posiadanie najpotworniejszą tajemnice wojskową stulecia.
— O mój Boże — wycedził z odrazą Raoul. — Cześć ci Silvermanie, Johnie Waynie Kosmicznych Szlaków. Ty naprawdę wyobrażasz sobie żołnierzy w symbiotycznych mundurach, prawda? Piechota Kosmiczna.