Rzeź bezkręgowców
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Rzeź bezkręgowców». Краткое содержание книги:
– Wolniej wychodzi. Nikt się na niego nie rzuci zachłannie.
– Specjalnie taki wybrałaś…?
– Nie, tylko w tym sklepie sernik miewa szaloną rozpiętość, od gniotą do arcydzieła. Akurat trafiłam na gniot. Zjeść się da, chociaż bez żadnej przyjemności, a zawsze jakoś wygląda.
– Nie będę się wygłupiał z czterema oczami – powiedział Wierzbicki, siadając w fotelu – bo, o ile wiem, wszyscy państwo są zamieszani w sprawę i wszyscy stoją niejako po stronie Ewy Marsz. Rozmawiałem z nią przed półgodziną i sama poprosiła mnie o rozwikłanie tego dziwacznego, zbrodniczego kłębowiska, więc może przytrafiła się właśnie okazja. Przepraszam, że tak z zaskoczenia, ale ja tu mam kancelarię bardzo blisko, więc pozwoliłem sobie… Ale zadzwoniłem…
– Proszę skończyć ten Wersal i przystąpić do rzeczy – zarządziłam z wielką stanowczością.
Z nas wszystkich właściwie jeden Wierzbicki znał blisko i bezpośrednio Ewę Marsz. Wszyscy inni znali ją ze zdjęć, ze słyszenia, z twórczości, jeszcze Ostrowski osobiście, jeden wywiad kilka lat temu. A mimo to pojawiła się w atmosferze, co najmniej tak, jakby siedziała na kanapie w samym środku zgromadzenia i brała udział w dyskusji.
– Trudna sprawa – zaczął Wierzbicki i widać było, że toczy w sobie zażartą walkę z zakłopotaniem. – Ewie było łatwiej, bo w końcu ja się domyślałem tego konfliktu i nie musiała mi zbyt wiele tłumaczyć. A teraz mam państwu to wszystko przekazać…
– Nie wszystko – przerwałam mu z litości. – Też się cholernie dużo domyślamy i może pan poprzestać na kawałkach.
– Ty nie popadaj w taką przesadę, bo ja mam za sobą makabryczne przeżycia i chciałabym wreszcie zrozumieć sedno rzeczy – wtrąciła się Magda. – Domagam się rekompensaty za trupa!
– Zrozumiesz sama z siebie… – zaczął Ostrowski.
– Pijawki – powiedziałam równocześnie. – Wiesz, co to jest? Poręcz wykorzystał pijawki!
Rzadko w życiu zdarzało mi się dostarczyć komuś jednym zdaniem tyle uciechy, co Wierzbickiemu w tej chwili. Wręcz się rozpromienił. Wdzięczność z niego wystrzeliła i jakiegoś takiego uroku nabrał, że natychmiast postanowiłam: w razie potrzeby adwokata, łapać wyłącznie jego i nikogo innego, o nikim innym mowy nie ma! Zdecydowałam się też wygłupić za niego, w porządku, niech będzie na mnie i niech on mnie przy pomyłkach koryguje.
– Pani wie…?
– Gówno wiem. Najmocniej przepraszam, nie: wiem, tylko: zgaduję. Mam te odczucia odpracowane na własnej skórze i niech się nikt nie waży kiedykolwiek mi tego wypominać!
Pogroziłam wszystkim pięścią, co, jak na panią domu, było czynem raczej rzadkim i wzbudziło ogólne zaskoczenie. Także ciekawość.
– No…! – popędziła mnie Magda.
– Ewa została wzięta w dwa ognie. Ja wiem i pan wie – tknęłam palcem w Wierzbickiego – że od dzieciństwa miała gniot rodzinny, domowy, tatuś się o to postarał. Ewa, marsz! Nie chłopiec, znaczy szmelc, cieszmy się, że jej nie udusił w kołysce, on chyba antyfeminista, niedorobiony superman, ma być, jak ja chcę i nie ma inaczej. Żeby wyjść spod tej prasy hydraulicznej musiała fizycznie uciec z domu, odseparować się, wcale się nie dziwię, że dla ratowania życia wyszła za mąż za Siedlaka i wcale się nie dziwię, że od niego też uciekła, w każdym razie dopiero w oddaleniu od tatusia zaczęła lżej oddychać. I tu ją złapała ta druga falanga, Ewa była kasowa, pasożyty ją obsiadły, wylazła z pazurów tatusia, kompleksu niższości nie zdołała się jeszcze pozbyć i wpadła w pazury reszty świata, wydawców, prasy, telewizji…
– Przepraszam, ja tylko raz…! – zaprotestował ogniście Ostrowski.
– A czy ja się pana czepiam? Dla własnej korzyści ruszyli reklamę i czym prędzej skorzystał z tego słodki Florcio. Uczciwie, Poręcz miał wdzięk, zapał w nim płonął, na kolanach przysięgam, gdyby nie doświadczenie życiowe, sama dałabym się narwać!
Zastanowiłam się i szybko policzyłam. Towarzystwo patrzyło na mnie tak zafascynowane, że skubali nawet ten sernik.
– No właśnie, w chwili własnego narywania się byłam akurat w wieku Ewy, szkoda, że jej nie znałam osobiście… Ale przesadził. Zresztą, był kretynem. Ewa, mimo kompleksu, już na tatusiu zahartowana, połapała się, zobaczyła, co z tego wychodzi i urwała się z łańcucha. Moim zdaniem, Poręcz nie zrezygnował, rozdwojenia jaźni doznał, z jednej strony nadzieja, że jeszcze ona do niego wróci, z drugiej zemsta, złośliwość miał w sobie, wrodzona cecha charakteru, dokładnie ten sam gatunek, co mój doświadczeniec. Jakieś idiotyczne przekonanie, że złośliwość wygra, że ofiara nie wytrzyma i przyjdzie po prośbie… Dlaczego pan tego nie nagrywa?!!! – wrzasnęłam nagle okropnie do Ostrowskiego.
Ostrowski wzdrygnął się tak, że gdyby kanapa, na której siedział, była nieco lżejsza, podskoczyłaby z nim razem. Przerażony, czym prędzej wydłubał z aktówki magnetofonik.
– Ależ nagrywam, bardzo przepraszam…
– No i chwała Bogu, drugi raz przecież nie powtórzę. Do tego przyjemność osobista wynikająca ze złośliwości. Zaraz, ograniczam się, trzecie mu się przyplątało, on miał ambicje reżyserskie, Martusia o tym wie najwięcej, no, Wajchenmanna by nie przebił, ale taki Drżączek, taki Zamorski…? Kłodą na drodze mu leżeli, gdzieś w sobie musiał mieć trzeźwy pogląd, że tym naprawdę utalentowanym nie da rady, Wójcik, Łapiński, takich nie zastąpi, ale miejsce po tępych pniach akurat dla niego. Przemyślałam to na skręcie z alei Niepodległości… poznał tatusia, Wajchenmanna w niego wmówić było najłatwiej, pewnie nawet nie spodziewał się równie wspaniałego efektu, no a potem już się tylko zastanawiał, kogo wybierać…
Zatchnęło mnie nieco. Wygłupić się do reszty…? To naprawdę może być tylko mój prywatny wymysł…
– I teraz róbcie z tym, co chcecie. Nie jestem angielskim dżentelmenem – oznajmiłam z godnością i poszłam po koniak.
Jak wiadomo, angielski dżentelmen nie używa alkoholu przed piątą po południu. Nie będąc nikim takim, mogłam mieć odmienne obyczaje. W obliczu obrzydliwości całej afery, głównie z powodu wizji tych cholernych pijawek przed oczami, nielubiany koniak wciąż wydawał mi się napojem najwłaściwszym.
– Jednak tych słów, które mnie dławią, pani nie wymówiła – uczynił mi wyrzut Wierzbicki. – Jeszcze ta ostateczna konkluzja…
– Ja też nie jestem angielskim dżentelmenem – przerwała energicznie Magda. – I Adam prowadzi. Poproszę wzmacniającego napoju. I poproszę o te dławiące słowa.
Spełniłam tylko płynną połowę jej życzeń.
– Jestem głęboko zainteresowany – odezwał się Piotruś Pan. – Z Ewą spotkałem się raz w życiu, we wczesnym dzieciństwie, na pogrzebie mojego dziadka ze strony ojca. Prawie tego nie pamiętam, ale w końcu… moja matka… już też nie mieli, komu mnie wetknąć przy chrzcie, tylko akurat temu facetowi! Chcecie powiedzieć, że wymordował ich wszystkich ojciec Ewy?! Bo tak mi wychodzi z tego waszego jąkania, najmocniej przepraszam, nie chciałem być niegrzeczny…
Wszyscy wpatrzyli się w niego, a potem popatrzyli na siebie wzajemnie. Ni z tego, ni z owego przypomniałam sobie nagle o jego uczuleniu na koty i zaniepokoiłam się, czy przypadkiem któryś nie śpi gdzieś w zakamarkach domu. Nie, chyba nie, bo Piotruś Pan już by się dusił, ale muszę uważać…
– Przydałby się tu chyba inspektor Górski – mruknął pod nosem Ostrowski.
– Niewiarygodne – zaopiniowała Magda.
Mecenas Wierzbicki głęboko odetchnął.
– Wolałem tego nie mówić, dziękuję bardzo, że mnie pan wyręczył. Istnieje jeszcze możliwość, że po prostu współdziałał z kimś…
– I z grzeczności wyjął mu z ręki narzędzie zbrodni – podsunęłam zgryźliwie. – I zaniósł pani Peter. I w dodatku był wtedy w Busku – Zdroju.