Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rzeź bezkręgowców». Краткое содержание книги:

Powieść niekwestionowanej pierwszej damy polskiego kryminału. Kolejna zagadka do rozwikłania. Fragment: – - Ostrowski z tej strony, pani Joanno, z zamordowaniem Wejchenmanna nie ma pani chyba nic wspólnego…? Może zbyt szczerze się pani wypowiadała, bo jakoś wszystkim się pani na myśl nasuwa… Tadzio: – Pani Joanno, co jest? Słyszała pani o tym? Agnieszka mnie podpuszcza, żeby panią zapytać, to chyba nie pani rąbnęła tego Wejchenmanna…? Nic nie wiemy, ale sensacja wszędzie! Paweł: – Joanna? Cześć! Zdaje się, ze twoja ulubiona postać z tego świata zeszła? Gdyby ci było potrzebne jakieś alibi, to my chętnie… Nie czułam się zaskoczona, z góry wiedziałam, że będę pierwszą podejrzaną. Może i rzeczywiście nie należało do tego stopnia kłapać gębą publicznie…? Z drugiej strony nie szkodzi, jeśli na mnie padnie, prawdziwemu sprawdzy ujdzie na sucho i niech w zdrowiu kwitnie! Może rozpęd weźmie i na tym jednym szlachetnym czynie nie poprzestanie…? Tak mi się jakoś pomyślało w złą godzię…
1 ... 55 56 57 58 59 60 61 62 63 ... 66
Перейти на страницу:

– Głupie to było, panie inspektorze, o tyle że wszyscy ludzie zawodu orientują się w sytuacji. Nawet reklamy… Jasne, reklama ma swoje znaczenie, ale zdarzają się takie, które wręcz ubliżają, człowiek ma reklamować sam siebie i jeszcze za to zapłacić, to wręcz wstręt ogarnia…

– Ewa Marsz też kiedyś…?

– A, skąd! Nigdy w życiu! Poręcz, tak uważam, działał świadomie, podstępnie, taki turkuć podjadek, ale Jaworczyk wierzył i wierzy w swoje gadanie. Słowo daję, człowiek czasem baraniał z tego, ale Jaworczyk to prymityw i prostak, ja nie potrafię ściśle określić jego umysłu i osobowości… jeśli w ogóle jakiś umysł i osobowość posiada… do czegoś takiego powinien pan znaleźć sobie fachowca, psychologa, psychiatrę… Ale przecież nie Jaworczyk tu dla pana najważniejszy?

– Nie – przyznał Górski. – Tylko jego gadanie i ci, którzy w nie mogli uwierzyć.

Piotruś Pan zastanowił się.

– Czy ja wiem… Chyba ci sami, którzy wierzą w śmierdzące proszki do prania i odchudzające smarowidła. I ci, którzy chcieli uwierzyć. A ten cały Poręcz miał dużą siłę przekonywania i, można powiedzieć, Jaworczyka nią zaraził.

Górski przez chwilę porządkował sobie całą sukcesywnie zdobywaną wiedzę i podkładał ją pod swój węch. Pasowało mu.

– W porządku, cennych szczegółów pan mi dostarczył, wróćmy teraz do tego czegoś, co pan chciał mi dyplomatycznie pokazać.

Piotruś Pan zamilkł na długą chwilę. Brzęknął dzwonek u drzwi i przyszła pani Ania, pielęgniarka. Mamusia, dotychczas cichutka, znów się wtrąciła.

– To właściwie ja znalazłam, proszę pana. Piotrusiu, dlaczego ty tak się wahasz i taką tajemnicę z tego robisz, czy to w ogóle jeszcze ciągle tam leży? Bo widzi pan, muszę panu powiedzieć, chociaż mi trudno tak wołać z daleka…

– Spokojnie, mamo, nie męcz się, ja powiem – zdecydował się Peter. – Głupio się zbiegło, matka lekceważyła swoje dolegliwości, ukrywała, w rezultacie nastąpiło to prawie równocześnie, to jej znalezisko i pogotowie, wszystko naraz, nie miałem głowy do takich rzeczy, potem przyszło mi na myśl, że będę podejrzany. Pojęcia nie mam, skąd to się wzięło…

– Ale pokaż panu, Piotrusiu – zniecierpliwiła się mamusia. – Bo ja sama jestem ciekawa!

Górski zaczynał być ciekaw jeszcze bardziej.

– Równocześnie, mówię panu – mruknął Piotruś Pan.

Nie siadał już przy stole, podszedł do zwału wełny, odsunął kolorowe pasma, starannie podobierane odcieniami, i ukazał przedmiot pod nimi.

– Matka sięgała po to czerwone na spodzie akurat jak ją zgięło, po lekarza zdołała zadzwonić, a zanim pogotowie przyjechało, zdążyła się jeszcze przyjrzeć. Prawdę mówiąc, ja też, bo też przyjechałem od razu, ale potem zająłem się szpitalem, a ją prawie natychmiast na stół wzięli. Wie pan jak to jest, administracyjne zawracanie głowy. Nie ruszałem tego więcej i zastanawiałem się, to czy nie to, głupio mi było, wciąż w tym widzę u siebie jakiś objaw histerii. Ale chce pan, niech pan patrzy, proszę bardzo.

Górski chciał i popatrzył.

Uniesione pasma ukazały leżący pod nimi buzdygan.

– Dziękuję pani Aniu, już lepiej, tak mi całkiem wygodnie – powiedziała radośnie mamusia. – Tam tylko czerwone odcienie leżą, sam pan widzi, ten ostry cynober był mi potrzebny i tak to odsłoniłam, a pomiędzy czerwonymi to zielone, aż mnie walnęło po oczach, razi okropnie. Może od tego takiego ataku dostałam, nawet się przestraszyłam, że majaczę. Później troszkę ból zelżał, więc się przyjrzałam, no i rzeczywiście, nie żadna zjawa. Dziwaczna rzecz i tak mi się jakoś historycznie kojarzy.

Górski i Piotruś Pan popatrzyli na siebie. Piotruś Pan uniósł ręce w geście poddania.

– Do rewizji nawet nakazu nie będę od pana żądał – rzekł smętnie. – Matka też nie, zaręczam. Więc jednak, takie miałem obawy, rozumie pan, plotki latają i tak naprawdę każdy wie wszystko. To Zamorski, co…?

– Bez zbadania w laboratorium słowa panu nie powiem, ale moim prywatnym zdaniem tak. Przynajmniej mam nadzieję. Jednakże, jeśli nawet tak, pozwoli pan, że pańskiej matki nie będę posądzał?

– Miała już kiszkę – odparł żałośnie Peter trochę ni w pięć, ni w jedenaście. – Nie brałem do ręki, ale podobno to ciężkie? W życiu tego nie widziałem, słyszałem tylko, wygląda mi to na jakieś skrzyżowanie buzdyganu z buńczukiem.

– Nie w tę stronę pióropusz i w ogóle powinien być z końskiego ogona.

– Otóż to, wybrakowany rekwizyt. A… więc właśnie chciałem prosić, żeby matki nie.

Nie tylko pani Peter Górski nie zaczął podejrzewać, z góry wykluczył także jej syna. Ani jedno, ani drugie nie chowałoby narzędzia zbrodni w podobnie idiotyczny sposób, a gdyby już taki pomysł wpadł im do głowy, nie ujawnialiby go bez żadnego powodu. Nikt o nim nie wiedział, tylko matka i syn, każde z nich spokojnie mogłoby nadal ukrywać znalezisko, szczególnie, że na razie nikt nie mógł zagwarantować, iż jest ono rzeczywiście narzędziem zbrodni, które z potylicy denata przeniosło się do domu osoby całkowicie postronnej.

Ktoś to przyniósł. Zapewne sprawca. Ciekawe, dlaczego schował tak dziwacznie i głupio, pod zwałami wełny, na co liczył i czego się spodziewał? Nie zaistniała aktualnie sytuacja, w której policja goniłaby kogoś, kto w pośpiechu musiał się pozbyć dowodu przestępstwa. Jak to, zatem rozumieć?

Wyraził swoje wątpliwości głośno.

Mamusia Piotra Petera mogła sobie wyprodukować ostre zapalenie wyrostka robaczkowego, ale na umysł jej to nie padło. Sztukę myślenia miała opanowaną.

– Ktokolwiek to tam schował, proszę pana, wiedział, co robi. Gdyby nie ten cynober, nieprędko bym zajrzała, Piotrusiu, pokaż panu. Szarości i beże obecnie mam w robocie, jaskrawy akcent nagle mi do głowy przyszedł, a tu, widzi pan, wszystko gotowe, pocięte, posegregowane leży i jeszcze długo będzie używane. Cała reszta to zapasy na przyszłość.

– To znaczy, że sprawca panią znał…

– Nie było nikogo obcego. Ja się już dawno źle czułam i nie miałam ochoty na przyjmowanie gości.

– A kto w ogóle był, powiedzmy, w ciągu ostatniego tygodnia?

– Nikt…

– Mamo – wtrącił się zgnębiony nieco Piotruś Pan. – Wymień wszystkie istoty ludzkie. Chociażby ja i Miśka.

– No tak, wy. No i owszem, sprzątaczka, przychodzi raz na tydzień. Była Katarzyna, to taka moja przyjaciółka, ona reklamuje moje kilimki na prawo i na lewo i ciągle mi jakiegoś kupca sprowadza, ale teraz była sama. No i był ten… Co mu nagle odbiło, raz na dziesięć lat przychodzi, znienacka przyleciał, bo jakby zadzwonił, powiedziałabym, że wyjeżdżam, taksówka mi pod domem stoi, nie znoszę tego bałwana!

– A ten bałwan to, kto?

– Chrzestny Piotrusia, taki daleki kuzyn mojego nieboszczyka męża, dwudziesta woda po kisielu, Romek Wystrzyk się nazywa. Szczęście jeszcze, że krótko siedział i żadnego z tych swoich dowcipów mi tu nie wywinął.

– Może pani tę wizytę opisać szczegółowo?

Pani Peter nie tylko twarzą, ale wręcz całą sobą okazała niechęć.

– Akurat Wiesia mu otworzyła, moja sprzątaczka, bo ja sama nie wiem, może bym powiedziała, że mnie nie ma, jej to do głowy nie przyszło. Do pokoju wszedł, jak się mam, powiedział, kawy się napił i tyle. Tak sobie wpadł, bo akurat był obok i zaraz leci, bo się śpieszy. O, zaraz, nie wytrzymał, żeby mi przyjemności nie zrobić, zestarzałam się, powiada, peruka by mi się przydała i na co mi tyle tej wełny, na wyściółkę do trumny chyba, ale przedtem jeszcze spytał, ile czasu na jeden kilim potrzebuję i głupio się śmiał. Baran grzmiący!

1 ... 55 56 57 58 59 60 61 62 63 ... 66
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)