Rzeź bezkręgowców
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Rzeź bezkręgowców». Краткое содержание книги:
Spróbowałam zebrać do kupy całą zyskaną po kawałku wiedzę i od razu uświadomiłam sobie, że właściwie nie przekazałam jej Górskiemu. A jeśli przekazałam, to mętnie, wybrakowaną i dziurawą. Górski z panią Wiśniewską nie rozmawiał, a zasadnicze zgryzoty psychologiczne wychodziły wszak od niej, to dzięki jej gadaniu wiem, że ten zbuk niedojony, kochający rodziciel, miał obsesję. Córka należy do niego, własny przedmiot, jakim prawem ma żyć własnym życiem, oddzielnie? Jakim prawem ma osiągać sukcesy bez niego?
Ewa. Córka, która nie chciała być synem. Odmienność. A zarazem własność, własna ręka, własne oko, własne diabli wiedzą co, zęby, niewolnik, umysł…? Może jeszcze własne zdrowie. O, upodobania, potrzeby… O, jeszcze bardziej! Uzależnienie. Absolutne, całkowite uzależnienie.
Wyrwała się z tego interesu, wyskoczyła i nie dość na tym, osiągnęła sukces wbrew tatusiowi. Ośmieliła się, oburzające, przeciwne naturze! Bez tatusia, wręcz potworne. Gdyby dostała złoty medal, powinien on zostać przypięty na tatusiowej piersi, dumnie wypchniętej do przodu! Gdyby zapragnęła czegokolwiek, u tatusia musiałaby o to żebrać!
Budowlane słowa wypowiedziałam dość głośno, sprawdziwszy przedtem, czy mam zamknięte okna. Budowlany język jest barwny, wcale nie monotonny, bije na głowę wszelkie prymitywne wulgaryzmy. Z otwartymi oknami zwróciłabym na siebie uwagę innych użytkowników jezdni.
Poręcz ukoił doznania tatusia informacją, że nie zbuntowana córka ma jakieś zasługi, tylko te rozmaite patafiany, zboczeńcy, nadęte ważnością buce od reklamy. Co im do łba strzeli, nie wiadomo, najgorsze gówno wyeksponują, najgorszego ćwoka w górę wyciągną, z najgłupszej dziumdzi gwiazdę zrobią i nawet wcale nie muszą z nią sypiać, homoseksualiści to mogą być, szmal z niej doją i tyle. Oni rozkrzyczą, tępe społeczeństwo kupi i nie dość, że mają kasę, to jeszcze sami wychodzą na prowadzenie. Bez nich jej nie ma, nie liczy się wcale. Reklama jest dźwignią handlu.
Pień i żłób uwierzy. To zobaczy, co mu wmówią.
Tatuś znienawidził powodzenie córki. Nie popuścił. Należało jej pokazać, gdzie jest jej miejsce i na ile sama z siebie się liczy. Usunąć palantów.
Czy Poręcz mógł w niego wmówić Wajchenmanna…?
A dlaczego nie, postarał się trochę, sławne nazwisko było mu potrzebne, byle, kto nie wylansuje gwiazdy. A Drżączek…? Jak Boga kocham, sama oczekiwałam rewelacji rzędu „Misia”, „Rejsu”, „Nie ma róży bez ognia”, co zobaczyłam, lepiej nie mówić, ale zapowiedzi strzelały Oskarami. Teraz Drżączek dźwignie na piedestał Ewę i tatusia będzie musiał szlag trafić, Zamorski już ją załatwił, jakim cudem można było w jego twórczości ujrzeć to dźwiganie, jest nie do pojęcia, nie umiem sobie nawet wyobrazić takiego jełopa.
Może z wiekiem moja wyobraźnia zdycha…?
Do tego miejsca wszystko gra, usunąć dźwignie. I tu zaczynają się schody.
Bo co ma do tego Poręcz…?
Dyszyński i Jaźgiełło. Wspólnymi siłami zdementowali ględzenie Poręcza, z dementi wynikło coś kompletnie odwrotnego, ci wielcy twórcy, poronione niedoróbki, byli szkodliwi, nie zaś pomocni. Dziwne, że wydawcy nietknięci, chyba Poręcz nie docenił siły słowa pisanego… Znaczy, Poręcz oszukał, nabździł, kitu nawciskał, własną konkurencję usunął cudzymi rękami, na Poręczu teraz należy się zemścić!
Wszystko byłoby świetnie, moje myślenie zgoła mnie upajało, teraz, przed czerwonym światłem na skomplikowanym skrzyżowaniu alei Niepodległości z Wilanowską nagle się zastopowało na tej samej bazie, od której się zaczęło. Psychologicznej. Tatuś kropnął Poręcza…?
Niemożliwe. Zabicie wroga rozładowuje nienawiść. Można się cieszyć ze zwycięstwa, diabli wzięli podleca, własną ręką udało nam się usunąć go ze świata, zostaje satysfakcja, radość, ukojenie, mściwe szczęście, ale nie nienawiść. Inaczej wspominamy jego świństwa niż za jego życia, już nie musimy dziabać go na kawałki. O, właśnie, kawałki…!
Pani Wiśniewska to doprawdy bezcenne źródło informacji…
Mimo wszystko udało mi się skręcić do siebie i nie pojechać do Piaseczna.
Piotruś Pan otworzył Górskiemu drzwi mieszkania swojej mamusi bez pytania „kto tam?”, przekonany, że nadchodzi oczekiwana pielęgniarka. Górski w progu najpierw przeprosił, potem się przedstawił, potem znów przeprosił.
– Od prywatnych wspólnych znajomych wiem, że ma pan przykre kłopoty rodzinne, nie chciałbym panu zatruwać życia jeszcze bardziej, ale muszę z panem pilnie porozmawiać. Liczę na pomoc.
Piotruś Pan trochę zdrętwiał, trochę się przestraszył, a trochę zakłopotał, ale Górskiego wpuścił od razu.
– Służę panu, nie jest tak źle. Za pół godziny przyjdzie pielęgniarka, moja matka zniosła zabieg bardzo dobrze, ale tak na wszelki wypadek do jutra… Opiekę… No, drobną pomoc…
Mamusia Piotra Petera nie rezydowała w zamku, lokal mieszkalny nie był zbyt rozległy, słyszała, zatem wszystko doskonale i nie omieszkała się wtrącić.
– Mnie nic nie jest. Weź, Piotrusiu, tego pana do tamtego pokoju, tylko drzwi zostaw otwarte. Najgorzej z tym piciem, niby nic, a nie wolno, szkoda… Pogadajcie sobie, jakby, co, to zawołam. Ale…! Pokaż może panu tę rzecz, co cię tak denerwuje, sam mówiłeś, że trzeba by może do policji, to akurat jak znalazł…
– Mamusiu, ty się może zdrzemnij – zaproponował łagodnie Piotruś Pan i wprowadził Górskiego do sąsiedniego pomieszczenia, zaskakująco kolorowego, zapełnionego wielką ilością wełny w rozmaitej postaci. – Niech to ciężka cholera bierze.
Górski powstrzymał siadanie przy stole.
– Tak…? – spytał z uprzejmym zainteresowaniem.
Peter usiadł, westchnął i podparł brodę rękami.
– Ja to chciałem jakoś całkiem inaczej, dyplomatycznie, może w ogóle ukryć, jeszcze się martwię, bo diabli wiedzą, co tu na mnie padnie. A rodzona matka z grubej rury… No nic, to za chwilę, pan ma pierwszeństwo.
Górski wobec tego też usiadł.
– Jaworczyk niejaki. Od razu powiem, nie interesują mnie jego przestępstwa ani wykroczenia, jego alibi jest mi potrzebne jak wrzód na du… na pośladku, bezpośredni kontakt z nim dla mnie na nic, chcę wiedzieć, co i do kogo mówił. Wśród osób godnych zaufania pan o tym wie najwięcej.
– A, to ja jestem godny zaufania? – zdumiał się Piotruś Pan.
– A pan uważa, że nie?
– Ja uważam, że tak, ale mogę się mylić. Ponadto każdy ma prawo do własnego zdania i kto inny może uważać inaczej. Dziwi mnie zgodność moich poglądów z policyjnymi.
– Zwracam panu uwagę, że gliniarzy nie szuka się specjalnie wśród upośledzonych umysłowo. Zaraz, rozwinę pytanie. Cała ta afera irracjonalnie ma w tle Ewę Marsz, co albo jest zasadniczo ważne, albo potwornie mylące. Jaworczyk podobno ulegał wpływom…?
Piotruś Pan odetchnął jakby z ulgą, zdjął łokcie ze stołu i przyłożył się do relacji rzetelnie. W gruncie rzeczy mowa była o plotkach, głupim gadaniu i złośliwych obmowach, nic z tego nie miało odpowiednika w kodeksie nie tylko karnym, ale nawet cywilnym, gdyby pan Woźniak opublikował w prasie, względnie wygłosił przed kamerami komunikat, że pan Kowalski jest kretynem, pan Kowalski owszem, mógłby go skarżyć, ale tenże komunikat, wymamrotany prywatnie, żadnych podstaw do skargi nie stwarzał. Piotruś Pan, zatem mógł sobie pozwalać bez konsekwencji prawnych.
I pozwolił sobie bardzo chętnie, ponieważ ani Jaworczyka, ani Poręcza nie lubił. Za to lubił i cenił Ewę Marsz. Ściśle i porządnie powtórzył rozgłaszane przez Jaworczyka brednie, jak to Wajchenmann gromadził jej książki i agitował scenarzystów, jak to Zamorski filmami robił jej reklamę, jak to Drżączek przebierał wśród sponsorów, pchających się do dalszych ekranizacji, jak to bez poparcia wielbicieli autorka nikła z horyzontu. Co drugie zdanie z wielkim naciskiem przypominał, że nie prezentuje swoich własnych poglądów i każde z cytowanych słów o ciężki niesmak go przyprawia.