Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Kamuflaż [Camouflage - pl]
Kamuflaż [Camouflage - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Kamuflaż [Camouflage - pl]

Электронная книга - «Kamuflaż [Camouflage - pl]». Краткое содержание книги:

Od wielu pokoleń wędrują po Ziemi dwie nikomu nieznane istoty. Obcy nie wiedzą o sobie nawzajem, ale zachowują szczątkowe wspomnienia tajemniczego zatopionego reliktu i upodobanie do morskich głębin. Jedna z istot, uzurpator, przetrwała dzięki przystosowaniu, przybierając kształty wielu różnych organizmów. Druga, kameleon, przeżyła wyłącznie dlatego, że niszczy wszystko, co jej zagraża. Teraz podniesiony wreszcie z dna morza przez biologa morskiego Russella Suttona relikt wzywa do siebie obie istoty. Przez tysiąclecia na Ziemi żyły dwa niezniszczalne stworzenia… ale kameleon uważa, że jest tam miejsce tylko dla jednego z nich.
Powieść otrzymała nagrodę Nebula w 2004 r.
1 ... 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63
Перейти на страницу:

— Wejdźcie, proszę. — Pstryknął sygnalizatorem na podczerwień i masywne drzwi zamknęły się z łoskotem.

— Strażnik nie powiedział…

— Bo go o to prosiłem.

— Więc spodziewałeś się nas? — Russell położył rękę na ramieniu uzurpatorki.

— Hm, tak. W pewnym sensie spodziewałem się was od dawna — rzekł, patrząc na uzurpatorkę. — Jan. Sharon. Rae. Naprawdę byłaś kiedyś odbiornikiem telewizyjnym?

Oboje wpatrywali się w niego, oszołomieni.

— Zainstalowałem mikrokamerę w twojej sypialni, gdy tylko wyprowadziłeś się do fale, Russell. Często miewałem z tego zabawę, ale nigdy tyle co dziś.

Russ dwukrotnie otwierał usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

Uzurpatorka skrzyżowała ręce.

— W takim razie wiesz, kim jestem.

— Właściwie nie. — Wyciągnął dłonie wierzchem do góry i w ciągu sekundy stał się repliką Russella, nadal mającą na sobie koszulkę i szorty Jacka.

— Jezu! — jęknął Russell.

— Niezłe — przyznała uzurpatorka.

— Ty tego nie potrafisz, prawda? Widziałem. Sama zmiana twarzy zajęła ci parę minut. Ale ty ćwiczysz to dopiero od wieku.

— A ty?

— Od epoki kamiennej, zdaje się. Ale odkąd pamiętam, zawsze było to natychmiastowe. — Ponownie zmienił się w Jacka i podszedł do niej.

— Wiesz, skąd pochodzimy? — zapytała.

— Nie sądzę, by istniało coś takiego jak „my”, moja droga. Ja nie potrafię się zmienić w telewizor ani w żarłacza białego. Ani nawet w kobietę. Mogę wyglądać jak dowolny mężczyzna, ale na tym koniec. Jesteśmy dwoma odrębnymi gatunkami.

— Ale możemy pochodzić z tej samej planety. Albo z tych samych czasów.

— Albo z tego samego wymiaru. Cokolwiek. — Stał przed samym jej nosem i lustrował ją wzrokiem. — Od tysięcy lat szukam kogoś takiego jak ty.

— Więc ten projekt — rzeki Russell — był tylko przynętą, która miała przyciągnąć…

— I tak, i nie. Artefakt jest prawdziwy. — Osobnik o wyglądzie Jacka nie zdejmował wzroku z uzurpatorki. — Odkryłem go na wiele lat przed wypadkiem łodzi podwodnej.

— Który wcale nie był wypadkiem — zrozumiała uzurpatorka.

— Bingo. Kontradmirał z tajnymi rozkazami może wiele dokonać bez wiedzy załogi. Podprowadziłem łódź w pobliże artefaktu, po czym zdetonowałem ładunek, który ją zatopił.

— Ze stu dwudziestu jeden ludźmi? — rzekł Russell.

Jack spojrzał na niego z rozbawieniem.

— Jak sądzisz, ile potrzeba czasu, by stu dwudziestu jeden ludzi zmarło z głodu na tej planecie?

— To nie ma nic do…

— Nieco ponad cztery minuty. Jeśli masz ochotę się popłakać, to idź i nakarm kogoś. — Wskazał gestem stół roboczy. — Usiądźmy.

Podeszli do stołu. Jack usiadł i nalał kawy z termosu do styropianowego kubka.

— Napijecie się?

Uzurpatorka wzięta kubek, ale nie uniosła go do ust. Russell usiadł nerwowo.

— Od jak dawna jesteś Jackiem Halliburtonem? To ty napisałeś…

— Pomiary i obliczenia batysferyczne? Nie. Ale oczywiście je czytałem. Przejąłem tożsamość Halliburtona w 2015 roku, bo wydal mi się logicznym kandydatem do „odkrycia” artefaktu i wynajęcia ciebie do wydobycia go.

— Zabiłeś go?

— A co miałem z nim zrobić, adoptować? Pewnego wieczoru wypłynęliśmy razem żaglówką. Złamałem mu kark i posłałem jego ciało na dno z kotwicą. Ciesz się, że to nie byłeś ty. Bo mogłeś być.

— W każdym wcieleniu jesteś naukowcem? — zapytała kobieta.

— Rzadko. Zwykle bywam żołnierzem. Mówiłaś, że brałaś udział w Bataańskim Marszu Śmierci? Po czyjej stronie?

— Stanów Zjednoczonych.

— To musiało być… zabawne. Ja wybrałbym Japonię.

— Postanowiłeś zabić Halliburtona — odezwał się Russell — tak po prostu?

— Nie, nie „po prostu”. — W głosie kameleona pobrzmiewało coś na kształt furii. — Nie, żeby to było trudne, ale wcześniej musiałem go dokładnie przestudiować. — Wycelował palcem w Russella. — Masz zamiar mnie zaatakować. Wyczuwam w twoim pocie noradrenalinę. Nie rób tego. Mógłbym cię zabić jak muchę.

— Ale w końcu i tak będziesz musiał to zrobić — zauważył Russell. — Z nią też. Żeby ochronić swoją tajemnicę.

— Nie wyciągaj pochopnych wniosków, Russ. Mam ciekawsze opcje niż zabicie was. — Obrócił się do uzurpatorki. — Bataan był straszny. Musisz lubić ból.

— Nie, ale potrafię go wyciszyć. Czasem musimy go znosić, by wiedzieć, jak to jest być człowiekiem.

— Niby po co? To tak, jakby człowiek chciał się dowiedzieć, jak to jest być rzepą.

— Bynajmniej.

Pokręcił głową.

— Lubisz ich. Wydaje ci się, że kochasz tego tutaj. To tak, jakbyś kochała rzepę.

— A ty nigdy nikogo nie lubiłeś? Nie kochałeś? Od epoki kamiennej?

W mgnieniu oka kameleon przeobraził się w barczystego zbira, całego w szramach i tatuażach, i schwycił Russella za nadgarstek.

— Mówiłem ci — warknął gardłowo — nie rób tego.

Russell upuścił długopis, który trzymał jak sztylet.

— Nie waż się go tknąć!

Ponownie zmienił się w Halliburtona, chudego siedemdziesięciolatka, ale nadal trzymał rękę Russa w żelaznym uścisku.

— Jak byś mi przeszkodziła?

Kciukiem i palcem wskazującym ścisnęła skraj stołu i przekręciła go. Długi, postrzępiony kawałek drewna ułamał się z trzaskiem przypominającym wystrzał z karabinu, po czym zapiszczał, gdy kobieta pociągnęła go i oderwała. Trzymając fragment w ręku, wyciągnęła go ku kameleonowi jak ofiarę.

— Mogłabym ci go wepchnąć w dupę i odłamać.

Puścił Russella i pochylił się do przodu.

— To poważna propozycja? Mogłoby mi się to spodobać. Ostatnim razem, w czasach krucjat, było całkiem fajnie, chociaż musiałem udawać, że zdycham razem z innymi.

Łagodnie wyjął jej z ręki długi kawałek grubego drewna i wpuścił go sobie do gardła niczym połykacz mieczy. Zamknął usta, odkaszlnął i wzruszył ramionami.

— Chcesz mi zagrozić czymś bardziej poważnym?

Pokręciła wolno głową.

— Nie wiem, dlaczego mielibyśmy być przeciwnikami. Powinniśmy się od siebie uczyć.

— Ja się uczę. Ty mogłabyś. — Wskazał artefakt za jej plecami. — Co miałaś na myśli, mówiąc „pieśń”? Myślisz, że potrafisz się z nim porozumieć za pomocą głosu?

— Wibracji akustycznych. Ty robiłeś to swoim solenoidem.

— W takim razie spróbujmy. Rozśpiewaj swoje małe serduszko.

Wstała powoli i cofała się w stronę artefaktu, nie spuszczając z oka kameleona i Russella.

— Jeśli go tkniesz…

— Nawet mi to nie przyszło do głowy. Zaczynaj.

Gdy znalazła się przy artefakcie, wyciągnęła rękę i dotknęła jego lustrzanej powierzchni, po czym wzdrygnęła się, jakby poraził ją prąd.

— Co to było? — zapytał Russell.

Pokręciła głową i zaczęła wydawać tryle. Był to nieziemski dźwięk, którego nie wydobyłby z siebie żaden człowiek: szybkie niczym ogień z karabinu maszynowego dźwięki o równej wysokości, przerywane pauzami głośniowymi.

Zamilkła po czterdziestu pięciu sekundach. Cała trójka wpatrywała się w artefakt, ale nic widocznego się nie wydarzyło.

Kameleon wstał i w milczeniu podszedł do kobiety. Russell poszedł w jego ślady.

— Wygląda na to, że nie zadziałało.

— Poczułam coś. Daj mu czas.

— Czasu mamy co niemiara. Bez obaw. — Kameleon wyciągnął rękę i roztargnionym gestem pogłaskał uzurpatorkę po ramieniu, po czym łagodnie ujął ją za nadgarstek.

1 ... 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)