Magom wszystko wolno
- Автор: Дяченко Марина и Сергей
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Magom wszystko wolno». Краткое содержание книги:
- Pana odzienie było czyste i nie chciało się panu jeść? - upewniłem się.
Gorof skiną! głową.
- Ars jest smokiem? - spytała Ora.
Na twarzy Gorofa pojawi! się pełen bólu uśmiech.
- Tak... Cóż. Przejrzałem się w lustrze i zobaczyłem to. - Dotknął palcem kamienia. - Wisiał na najzwyklejszym sznurku... Od razu wyczułem cudzą siłę, niczego jednak nie mogłem zrozumieć. Jodełka znikła... Wezwałem Aggeja - zawsze wzywam go, gdy chcę dowiedzieć się jakichś nowości, a on opowiedział, że we wtorek wieczorem Jodełka pojawiła się w zajeździe z bagażem i pieniędzmi, wynajęła powóz i odjechała. Wysunął przypuszczenie, że Jodełka dosypała mi czegoś do wody, okradła i uciekła. Sprawiłem Aggejowi porządne lanie... za takie przypuszczenia. Potem jednak sprawdziłem kosztowności. Nie zabrała nawet jednej monety! Wzięła jedynie kieszonkowe, które jej dawałem.
Przez jakiś czas czekaliśmy, aż Gorof zdecyduje się kontynuować swą opowieść. Milczeliśmy, bojąc się przerwać jego wynurzenia.
- Na wszelkie sposoby badałem ten kamień - westchnął w końcu Gorof - wciąż jednak niczego nie rozumiałem. Czułem się... nie to, żeby źle... Byłem jednak dziwnie zagubiony... Sądziłem wówczas, że to po stracie Jodełki. Potem zauważyłem, że Ars... Trudno mi będzie wyjaśnić to komuś, kto nigdy nie zajmował się smokami. Kto nigdy nie należał do Klubu Smoka... Rzecz w tym, że pomiędzy smokiem i jego właścicielem istnieje subtelna, bardzo specyficzna więź. W najprostszych słowach można ją opisać jako zrozumienie i przywiązanie. Tak więc owa więź między mną i Arsem... Musicie zrozumieć, że przez wiele lat Ars był jedynym bliskim mi stworzeniem... ta więź znikła. Nie stopniowo. W jednej chwili. Ars przestał być moim smokiem. Stał się obcym stworzeniem, odrażającym i niebezpiecznym potworem. I od razu wyczuł tę zmianę; stal się agresywny, nie chciał przyjmować ode mnie pożywienia... Przez jakiś czas wydawało mi się, że to z powodu Jodełki. Że zbytnio się do niej przywiązałem i straciłem kontakt ze smokiem... Wtedy odbył się ten królewski bal, który wszyscy tak dobrze pamiętamy; i wyobraźcie sobie, co poczułem, widząc na pani Szantalii ozdobę składającą się z dwudziestu takich właśnie kamyków... Uznałem to za prowokację; potem było zamieszanie, śmierć księcia Driwegocjusa. Postanowiłem wrócić do zamku i czekać - jeśli będę komuś potrzebny, ten ktoś sam do mnie przyjdzie.
Gorof wstrzymał oddech. Jego z natury blade policzki przybrały siny odcień.
- Tydzień po królewskim balu Ars zmarł. Zdarza się to... kiedy między smokiem i jego właścicielem zanika ta delikatna więź. To, co przeżyłem, zanim udało mi się go pochować...
Gorof zmarszczył brwi i zamilkł.
- Gdy przyszliśmy do pana - zaczęła Ora - uznał pan, że jesteśmy...
- Tak - przytaknął Gorof. - Pomyślałem, że wkrótce poznam tajemnicę tego, co mi się przydarzyło... i niewiele się pomyliłem.
Teraz wiem.
Odwrócił dłoń; na stertę dwudziestu kamyków upadły jeszcze dwa, pierwszy i ostatni. Barona Jatera i Marta zi Gorofa.
- Preparator posiada pełną władzę nawet nad magiem ponad rangą - rzekła Ora z nieco nienaturalnym uśmieszkiem. - Biorąc pod uwagę nowo poznane okoliczności, chyba powinien pan, Hort...
- Nie sądzę, by była to pełna władza - zaprzeczył Gorof z powagą. - Zostałem wszak porwany podstępem... Podsunięto mi lalkę.
- Co takiego? - spytałem odruchowo. W mojej wyobraźni pojawił się obraz grubej, ubranej w lnianą sukienkę lalki z porcelanową głową.
Gorof westchnął.
- Jodełka. Sam pan podkreślał, że każdy z preparowanych - każdy! - na jakiś czas przed porwaniem znajdował bliskiego przyjaciela, przyjaciółkę, kochankę... i że zawsze rodziły się między nimi bardzo specyficzne, pełne zaufania relacje. To właśnie nazwałem... pierwszym słowem, które przyszło mi na myśl. Jodełka była przeznaczoną dla mnie lalką. - W jego głosie słyszało się nieudawany ból. - Tak jak kochanka Efa była lalką podsuniętą staremu baronowi, a ta, jak jej tam... żonie jubilera.
- Tissa Grab - rzekłem. - Zaś staremu kupcowi podsunięto młodego, solidnego młodzieńca.
Ora przenosiła spojrzenie z Gorofa na mnie i z powrotem.
- Zostałem wzięty podstępem - powtórzył Gorof. - Uwierzyłem Jodełce... Stała się dla mnie... tak naprawdę, nawet Arsa nie jest mi tak żal...
Zamilkł. Usiadł i odwrócił się.
Jego Ars każdej wiosny konsumował jedną dziewicę, odezwał się we mnie cyniczny wewnętrzny głos. A teraz pan miłośnik smoków siedzi sobie i rozmyśla na subtelne tematy; gotów nawet łzę uronić... Przecież to mag ponad rangą!
- Mam jedno pytanie - rzekłem rozmyślnie chłodnym i rzeczowym tonem. - Wspomniał pan o halucynacjach. Spośród wszystkich porwanych jedynie pan i żona jubilera mieliście podobne przeżycia. Ona widziała zamek, most z łańcuchowym smokiem, długi stół, wino, władczego mężczyznę bez twarzy...
Gorof uśmiechnął się kwaśno.
- Rozumiem, z jakiego powodu... wiązał pan ze mną takie nadzieje. Jednak... były to czystej wody halucynacje. Dziewczyna marzyła o zamku ze smokiem i o władczym mężczyźnie; marzy o tym wiele jej rówieśnic, które wcześnie wyszły za mąż za jubilerów i aptekarzy; nie ma w tym niczego dziwnego... Ja zaś widziałem... nie, nie powiem. Były to jednak wytwory mej fantazji i w odróżnieniu od pańskiej żony jubilera, potrafię to zrozumieć... Więc jak, nie rozmyślił się pan?
Milczałem.
- Będzie pan kontynuował poszukiwania? Spróbuje pan odnaleźć preparatora i ukarać go?
Milczałem.
- Proszę wziąć mój kamień - rzekł zi Gorof cicho. - Niech uzupełni pańską kolekcję. Jeśli uda się panu ukarać preparatora, będzie to zemsta także za moje nieszczęście. Za Arsa... przede wszystkim jednak, za to potworne oszustwo... Mój pierwszy syn nie dożył nawet dwudziestki. Drugi, bękart... widział go pan, jest zwierzęciem, dokładnie jak jego matka. Jodełka była uosobieniem moich marzeń o córce. Pan preparator zna się na ludziach; nie ma w tym zresztą nic dziwnego, biorąc pod uwagę jego zajęcie.
I Gorof uśmiechnął się radośnie, niczym biała czaszka w mroku grobowca.
Julka... Julka, to chyba jakieś święto. Naprawdę ci się podoba?
Skała wychodziła daleko w morze, na jej płaski grzbiet prowadziła ledwie widoczna ścieżynka. Patrząc pod nogi, podtrzymując się nawzajem i płosząc wygrzewające się jaszczurki, doszli do punktu widokowego. Z prawej i z lewej strony opadały kamienne stoki, dziwacznie wyrzeźbione przez wiatr i słoną wodę. W dole leżało morze, ciemnoniebieskie, z białymi cętkami meduz. Zielone brody wodorostów kołysały się w takt przybijających i cofających się fal.
Na skraju skały stał przy sztalugach bezwąsy, szczupły artysta, na głowie zamiast czapki miał turban z dresowych spodni. Podchodząc bliżej Julia spojrzała malarzowi przez ramię; namalowany pejzaż wyglądał beznadziejnie, chociaż, być może był to dopiero szkic, którego, jak wiadomo, laikom się nie pokazuje...
Julia z trudem powstrzymała się, by nie wybuchnąć śmiechem.
Staś jak krab pełzał po ukośnym głazie, wybierając malownicze kadry, syn mruczał piracką piosenkę i rzucał kamieniami w zieleń i błękit. Kamienie leciały, koziołkowały w powietrzu, i nigdzie w zasięgu wzroku nie było ani jednej starszej paniusi, którą ciśnięty przez Alika kamień mógłby przypadkowo ugodzić...