Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Miasto i miasto [The City & The City - pl]
Miasto i miasto [The City & The City - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Miasto i miasto [The City & The City - pl]

Электронная книга - «Miasto i miasto [The City & The City - pl]». Краткое содержание книги:

China Miéville stworzył swą najdoskonalszą dotąd powieść — egzystencjalny thriller rozgrywający się w mieście najniezwyklejszym ze wszystkich, realnych czy wyimaginowanych…
Gdy w ponurym, chylącym się ku upadkowi mieście Besźel położonym gdzieś na skraju Europy znaleziono ciało zamordowanej kobiety, wydawało się, że inspektora Tyadora Borlú z Brygady Najpoważniejszych Zbrodni czeka kolejna rutynowa sprawa. W miarę postępów śledztwa Borlú odkrywa jednak dowody wskazujące na spiski znacznie dziwniejsze i groźniejsze niż wszystko, co mógłby sobie wyobrazić. Wkrótce inspektorowi i bliskim mu ludziom zaczyna grozić niebezpieczeostwo. Borlú musi przekroczyć granicę niepodobną do żadnej innej i wyruszyć do jedynego miasta na Ziemi, które jest równie dziwne jak to, w którym mieszka…

Powieść nagrodzona „Arthur C. Clarke Award 2010” oraz „Hugo Award 2010”.
1 ... 55 56 57 58 59 60 61 62 63 ... 85
Перейти на страницу:

— Zobaczą pana! Wytropią. Załatwią pana, a potem przyjdą po mnie.

— Nie mogę tu zostać.

— Dorwą pana.

Przyglądała się, jak spaceruję po pokoju, między oknem a drzwiami.

— Nie może pan stąd dzwonić.

— Musisz przestać ulegać panice. — Schowałem jednak telefon, ponieważ nie byłem pewien, czy Yolanda nie ma racji. — Aikam, czy z budynku są inne wyjścia?

— Inne niż to, którym weszliśmy? — W jego oczach pojawił się na chwilę wyraz skupienia. — Niektóre mieszkania na dole są puste. Może dałoby się wyjść przez któreś z nich.

— Dobra.

Zaczął padać deszcz. Krople bębniły o nieprzezroczyste szyby. Okna pociemniały tylko lekko, zachmurzenie zapewne nie było zatem pełne. Być może chmury przesłoniły tylko słońce. Niemniej zapewne lepiej będzie uciec w takiej chwili niż przy słonecznej pogodzie, jaka panowała rano. Nadal spacerowałem po pokoju.

— Jest pan sam w Ul Qomie — zauważyła Yolanda. — Co pan może zrobić?

— Ufasz mi? — zapytałem, wreszcie na nią spoglądając.

— Nie.

— To fatalnie. Nie masz wyboru. Wydostanę cię stąd. Nie jestem tu w swoim żywiole, ale…

— Co pan zamierza?

— Wydostanę cię stąd i przewiozę na mój teren, gdzie mam wpływ na wydarzenia. Do Besźel. — Sprzeciwiła się, mówiąc, że nigdy tam nie była, a Orciny kontroluje oba miasta, ponieważ oba nadzoruje Przekroczeniówka. Przerwałem jej. — Cóż innego ci pozostaje? Besźel to moje miasto. Znam tamtejszy system. Tutaj nie mam kontaktów. Nie wiem, do kogo się zwrócić. Ale potrafię cię przetransportować do Besźel, a ty możesz mi pomóc.

— Nie…

— Zamknij się, Yolando. Aikam, nie ruszaj się z miejsca. — Nie było czasu na bierność. Yolanda miała rację. Nie mogłem jej obiecać nic poza tym, że spróbuję. — Mogę cię wydostać, ale nie w tej chwili. Daj mi dzień. Zaczekaj tu. Aikam, musisz rzucić robotę w Bol Ye’an. Od tej chwili twoim zadaniem jest siedzieć tu i pilnować Yolandy. — Nie będzie zbyt dobrym obrońcą, ale w Boi Ye’an jego zachowanie przyciągnęło już moją uwagę i wkrótce za mną podążyliby inni. — Wrócę. Rozumiesz? Wrócę i wydostanę was stąd. — Yolanda miała zapas puszek wystarczający na kilka dni. W mieszkaniu był ten pokoik, służący za salon i sypialnię, a także drugi, jeszcze mniejszy i pełen wilgoci, oraz kuchnia bez gazu i prądu. Łazienka nie funkcjonowała, ale przeżyją to przez jakiś czas. Aikam napełnił w jakimś hydrancie kilka wiader wodą do spłukiwania. Przyniósł też sporo odświeżaczy powietrza, które przynajmniej zmieniały ton smrodu. — Zostańcie tu — powtórzyłem. — Wrócę. — Aikam rozpoznał cytat ze Schwarzeneggera, mimo że mówiłem po angielsku. Powtórzyłem dla niego to słowo z austriackim akcentem. Yolanda nie załapała, o co chodzi. — Wydostanę was — zapewniłem ją raz jeszcze.

Zszedłem na parter i sprawdziłem kilka kolejnych drzwi, aż wreszcie znalazłem puste mieszkanie. Pożar uszkodził je już dawno, ale w środku nadal cuchnęło węglem. Wszedłem do kuchni i przyglądałem się przez wybite okna najbardziej upartym dzieciom, niechcącym zejść z deszczu. Stałem tam przez dłuższy czas, zaglądając we wszystkie cienie, które zdołałem zauważyć. Nie widziałem nikogo poza dzieciakami. Schowałem dłonie w rękawach na wypadek, gdyby w ramach zostały okruchy szyb i wyskoczyłem na dwór. Jeśli nawet któreś z dzieci mnie zauważyło, nie zareagowało w żaden sposób.

Wiedziałem, jak się upewnić, że nikt mnie nie śledzi. Szedłem szybko krętymi, bocznymi uliczkami blokowiska, mijając puszki na śmieci i samochody, graffiti i place zabaw, aż wreszcie dotarłem do uliczki, która była ślepa na planie zarówno Ul Qomy, jak i Besźel. Odetchnąłem lekko z ulgi, widząc, że nie jestem tu jedynym przechodniem, a potem ruszyłem przed siebie, jak wszyscy wkoło poruszając się szybkim krokiem kogoś, kto ucieka przed deszczem. Wreszcie włączyłem komórkę. Telefon wyświetlił długą, wyglądającą jak wyrzut, listę nieodebranych wiadomości. Wszystkie były od Dhatta. Byłem piekielnie głodny i nie bardzo wiedziałem, jak wrócić na starówkę. Kręciłem się przez pewien czas po okolicy, szukając stacji metra. Nie znalazłem jej, ale za to trafiłem na budkę telefoniczną.

— Dhatt.

— Mówi Borlú.

— Kurwa, gdzie jesteś? Gdzie się podziewałeś? — Był zły, ale mówił konspiracyjnym głosem, z każdą chwilą coraz cichszym, a nie głośniejszym. To był dobry znak. — Kurwa, próbowałem się do ciebie dodzwonić już od paru godzin. Czy wszystko… Nic ci się nie stało? Co tu jest grane, do chuja?

— Ze mną wszystko w porządku, ale…

— Coś się wydarzyło?

W jego głosie słyszałem gniew, ale nie tylko.

— Ehe, coś się wydarzyło. Nie mogę o tym mówić.

— Nie pierdol.

— Słuchaj. Tylko posłuchaj. Muszę z tobą porozmawiać, ale nie mam teraz czasu. Chcesz się dowiedzieć, co się stało, to spotkaj się ze mną, hm — przyjrzałem się swojemu planowi — na Kaing Shé, na placu przy dworcu. I, Dhatt, nie przyprowadzaj nikogo ze sobą. To poważna sprawa. Kryje się za nią więcej, niż ci się zdaje. Nie wiem, z kim mogę bezpiecznie rozmawiać. Pomożesz mi czy nie?

Kazałem mu czekać całą godzinę, obserwując go zza rogu. Z pewnością spodziewał się, że tak zrobię. Dworzec Kaing Shé jest największy w mieście, a na placu przed nim roi się od gości siedzących w kawiarniach, ulicznych artystów oraz klientów kupujących płyty DVD oraz elektroniczne akcesoria w ulicznych budkach. Besźański miejscowtór placu również nie był zupełnie pusty, dlatego w grostopicznej bliskości znajdowali się również niedostrzegalni obywatele Besźel. Zatrzymałem się w cieniu jednego z kiosków z papierosami, ukształtowanego na podobieństwo prowizorycznego ulqomańskiego szałasu, jakie często ongiś widywano na mokradłach, gdzie biedacy szukali odpadków w przeplotowych błotach. Zauważyłem, że Dhatt szuka mnie wzrokiem, ale nie pokazywałem się mu, dopóki nie zrobi się ciemno, by sprawdzić, czy do kogoś zadzwoni — nie zrobił tego — albo czy przekaże komuś ręczne sygnały — tego również nie zrobił. Jego twarz zasępiała się coraz bardziej. Pił kolejne herbaty, wpatrując się w cienie. W końcu wyszedłem z ukrycia i wykonałem kilka regularnych ruchów ręką, przyciągając jego uwagę. Potem wezwałem go skinieniem.

— Co tu, kurwa, jest grane? — zapytał. — Dzwonił do mnie twój szef. I Corwi. Kim ona właściwie jest, do cholery? Co się dzieje?

— To zrozumiałe, że się gniewasz. Mimo to mówisz cicho, a to znaczy, że jesteś ostrożny i chcesz się dowiedzieć, co jest grane. Masz rację. Coś się wydarzyło. Znalazłem Yolandę.

Kiedy mu oznajmiłem, że nie zdradzę miejsca jej pobytu, wściekł się tak bardzo, że groził mi międzynarodowym incydentem.

— Kurwa, to nie twoje miasto — mówił. — Przyjechałeś do nas i korzystasz z naszych zasobów, więc musisz się z nami dzielić wynikami, do chuja.

Niemniej nadal mówił cicho i szedł obok mnie. Poczekałem, aż jego gniew trochę osłabnie, i wyjaśniłem mu, czego się boi Yolanda.

— Obaj wiemy, że nie możemy jej zapewnić bezpieczeństwa — dodałem. — Daj spokój, żaden z nas nie wie, co naprawdę jest grane. Jaką rolę w tym grają unifi, nacjonaliści, bomba i Orciny. Kurwa, Dhatt, niewykluczone… — Wlepił we mnie zdziwione spojrzenie. — O cokolwiek tu chodzi — dodałem więc, rozglądając się wokół, by zademonstrować, że chodzi mi o wszystko, co się dzieje — ślady prowadzą w jakieś paskudne miejsce.

Obaj umilkliśmy na chwilę.

— To dlaczego mi o tym mówisz?

— Dlatego, że kogoś potrzebuję. Ehe, masz rację, to może okazać się błędem. Jesteś jedyną osobą zdolną zrozumieć… skalę tego, co może się dziać. Chcę wydostać stąd Yolandę. Posłuchaj, tu nie chodzi o Ul Qomę. Naszym władzom wcale nie ufam bardziej. Chcę wydostać tę dziewczynę z obu miast. A tutaj tego nie zrobię. To nie mój teren. Tu ją obserwują.

1 ... 55 56 57 58 59 60 61 62 63 ... 85
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)