Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Альтернативная история » Zima w Edenie [Winter in Eden - pl]
Zima w Edenie [Winter in Eden - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zima w Edenie [Winter in Eden - pl]

Электронная книга - «Zima w Edenie [Winter in Eden - pl]». Краткое содержание книги:

Nadejście nowego lodowca zagraża istnieniu Ziemi i gatunkowi ludzkiemu. Stojąc w obliczu zagrożenia. dinozaury muszą wykorzystać swą znajomość biologii, aby zawładnąć terytorium ludzi i przetrwać.
Kerrick wraz ze swą żoną i synkiem wyrusza na pomoc ludzkości. Wśród jaszczurów żyje istota, której celem jest zniszczenie przeciwnej kultury. To właśnie knowania Vanite doprowadzają do nieustannych starć i tragedii. Kerrick zna jednak sposób na wymuszenie rozejmu.
1 ... 53 54 55 56 57 58 59 60 61 ... 90
Перейти на страницу:

— To może być ścieżka — Enge wskazała na ziemię.

— Albo szlak wydeptany przez zwierzęta. Pójdziemy nim.

Enge szła pierwsza, zaczynała żałować tej szaleńczej wyprawy. Były nie uzbrojone, a w dżungli mogło kryć się wszystko.

Ścieżką szło się łatwo. Okrążała szeroki pień drzewa o długich korzeniach sięgających rzeki, prowadziła dalej do piaszczystej plaży otoczonej miękką trawą. Pomyślała natychmiast to samo; doskonałe miejsce na plażę narodzin. Coś pluskało się w wodzie, lecz gdy spojrzały tam, już zniknęło, pozostawiając jedynie kręgi na gładkiej powierzchni.

— Czuję się obserwowana — powiedziała Enge.

— Idziemy dalej.

Ścieżka wiodła skrajem plaży i prowadziła do gęstego gaju drzew po drugiej jej stronie. Zatrzymały się tam, próbowały zajrzeć w mrok pod gęstymi liśćmi. Enge uczyniła gwałtowny ruch, podkreślając chęć powrotu.

— Chyba doszłyśmy dostatecznie daleko. Musimy wracać do pozostałych. Wrócimy tu lepiej przygotowane.

— Musimy dowiedzieć się czegoś więcej.

Ambalasei powiedziała to stanowczo, wyrażając pierwszeństwo nauki i wyminęła Enge.

Spod drzew wypadło z krzykiem jakieś stworzenie, trzymając między kciukami wielkiego pająka, którego usiłowało wepchnąć w usta Ambalasei.

ROZDZIAŁ XXX

Zaatakowana niespodziewanie Ambalasei upadła. Enge skoczyła przed nią, wystawiła kciuki i sapiąc z gniewu, krzyczała rozkazująco.

— Cofnij sic! Przestań! Błędne-działanie!

Napastniczka nie ponowiła ataku, choć nadal trzymała przed sobą pająka. Patrzyła na obie Yilanè z widocznym strachem, potem odwróciła się i uciekła.

— Widziałaś ją. — Było to bardziej stwierdzenie niż pytanie.

— Widziałam — odparła Ambalasei. — Fizycznie niemal identyczna jak my. Przeciwstawne kciuki trzymające owada. Niższa, bardziej krępa, barwy jasnozielonej, przechodzącej w ciemniejszą na plecach i wzdłuż grzebienia.

— Podziwiam spostrzegawczość. Widziałam tylko postać.

— Trening. Pomyśl teraz! Co to za wspaniałe, niezwykłe, naprawdę doniosłe odkrycie. Dla historyczek społecznych i specjalistek biologii.

Enge śledziła dżunglę w obawie przed następnym atakiem, a drugim okiem patrzyła na Ambalasei. Wyraziła niewiedzę i ciekawość. Uczona była wylewna.

— Dla biologii znaczenie jest oczywiste. A ten pająk — czy nie przywodzi ci natychmiast na myśl ściany dziejów? Nie, na pewno. Słuchaj i uważaj. Musisz pamiętać pancerze homarów znajdujące się tam na znak świtu naszej historii, kiedy to podobno Yilanè używały ich do obrony samców. Mamy teraz dowód na prawdziwość tej teorii. Wspaniale!

— Ale przecież nie widziałam żadnego homara…

— Istota-niewiedzy! Mówię o podobieństwie działania. W morzu broniono by się wywijaniem szczypcami homarów. Na lądzie, jak to widziałyśmy, temu samemu celowi służą jadowite owady.

— Informacja pojęta. Musimy jednak stąd odejść, wrócić do pozostałych, to bardzo niebezpieczne miejsce. Grozi nam śmierć od jadu.

— Bzdura. Straszyła nas tylko w odruchu obronnym. Czyż nie dostrzegałaś w jej ruchach zmieszania? Jesteśmy z jej rodzaju — a jednak z innego. Niepewność zagrożenia, potem ucieczka. Muszę się zastanowić nad sposobem nawiązania kontaktu bez płoszenia ich.

— Ambalasei, nie mogę nakazać ci odejścia, nie mogę nalegać. Możemy wrócić tu później z pomocą…

— Odrzucenie. Im więcej nas będzie tym większy wzbudzimy strach. Zostałyśmy ostrzeżone — ale nie napadnięte. Taka jest obecna sytuacja i nie chcę jej zmieniać. Pozostanę tu. Ty idź do rzeki i złap rybę.

Enge mogła jedynie przekazać wątpliwości i zmieszanie.

— Pomyśl — mówiła Ambalasei. — Szczycisz się swą zdolnością rozumowania. Przy ważnych okazjach nadal dokonujemy obrzędu karmienia, musi to być stary obyczaj. Cóż bardziej siostrzanego od dania jedzenia? Dzielenia się żywnością i życiem. Potrzebna jest ryba.

Stara uczona odrzucała gniewnie wszystkie argumenty i próby nalegań, usiadła po prostu wygodnie na ogonie po wydaniu rozkazu-ryba! — i patrzyła w puszczę z gestem powitania i serdeczności. Enge pozostawało jedynie odwrócić się i pójść do rzeki, zanurkować pod jej powierzchnię.

Ujrzała wtedy widok napawający szczęściem Yilanè. Niedojrzałe efenburu płynęło czystą wodą, były to zaledwie elininyil, najmłodsze z najmłodszych, takie małe, goniły stadko srebrnych ryb. Przyglądała się im długo, aż ją zauważyły i zawróciły z barwnymi oznakami strachu na dłoniach. Enge uniosła swe ręce okazując, że nie powinny się bać. Nie upokoiło to ich, była zbyt obca, zniknęły po chwili. Jedna wlokła świeżo złapaną rybę z przegryzionym kręgosłupem, puściła ją w panicznej ucieczce. Enge podpłynęła ku rybie i wróciła z łupem na brzeg.

Ambalasei spojrzała podejrzliwie na małą rybę. — Pośpiech w połowie kończy się małym łupem — powiedziała.

— Nie złapałam jej. Zaskoczyłam niedojrzałe efenburu, przeszkodziłam im w posiłku. Były niezmiernie pociągające.

— Niewątpliwie. Ryba musi wystarczyć. Zostań tu, gdy pójdę w las.

— Możesz rozkazywać i tak nie posłucham. Pójdę za tobą, potem wyprzedzę cię, by pomóc w razie niebezpieczeństwa.

Ambalasei zaczęła protestować, ale zrozumiała, że będzie to tylko strata sił i wyraziła niechętną zgodę.

— Co najmniej pięć kroków za mną. Ruszamy. Trzymając przed sobą drobną rybę szła powoli ścieżką, stanęła przed wejściem do gaju.

— Ryba, smaczna, miła, przyjaźń — powiedziała głośno, lecz serdecznie. Potem usiadła powoli na ogonie, trzymając rybę nadal przed sobą i powtarzała powitanie. W mroku coś się poruszyło; starała się, jak mogła, w najprostszy sposób przekazać ciepło i przyjaźń.

Liście rozstąpiły się i obca wyszła z wahaniem. Przez chwilę przyglądały się sobie w milczeniu, Ambalasei ze spostrzegawczością uczonej. Wszelkie różnice były nieznaczne. Wzrost, budowa, barwa skóry. Co najwyżej podgatunek. Pochyliła się wolno i położyła rybę na trawie, potem wstała i cofnęła bez pośpiechu.

— Jest twoja. Dar przyjaźni. Weź i jedz. Weź, jest twoja.

Tamta wyglądała na zmieszaną, odeszła o krok i otworzyła usta z brakiem zrozumienia. Ambalasei zauważyła wspaniałe uzębienie. Musi mówić prościej.

— Ryba-jedzenie — powiedziała, używając najprostszych wyrażeń, wyłącznie gestów i zmian barw dłoni. Tamta uniosła rękę.

— Ryba — stwierdziła barwami. Nachyliła się, chwyciła dar i znikła im z oczu.

— Doskonały pierwszy kontakt — powiedziała Ambalasei. — Na dziś wystarczy, zmęczyłam się. Wracamy. Czy widziałaś, co powiedziała?

Z Enge biło podniecenie.

— Widziałam, to było wspaniałe! Jest taka teoria mowy, która zakłada, że nauczyłyśmy się języka w oceanie, wpierw miał on charakter gestów, potem zaczął się wzbogacać i werbalizować.

— Ma to sens biologiczny. Komunikacja niewerbalna wydaje się panować powszechnie w morzu. Gdy nasze gatunki się rozdzieliły, musiała już istnieć mowa barw, bo inaczej nie porozumiałybyśmy się teraz. Pytanie brzmi, to Yilanè czy yiliebè? Czy znają wyłącznie prymitywne znaki? Muszę się dowiedzieć. Czeka nas w związku z tym wiele pracy.

1 ... 53 54 55 56 57 58 59 60 61 ... 90
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)