Jak najwięcej grobów [More Work for the Undertaker]
- Автор: Аллингем (Аллингхэм) Марджери (Марджори)
- Язык: польский
- Переводчик: Irena Dolezal-Nowicka
- Жанр: Классические детективы
Электронная книга - «Jak najwięcej grobów [More Work for the Undertaker]». Краткое содержание книги:
Jego ojciec uważał to za oczywiste i ojciec dyrektora banku też. Tak było i z dziećmi. Palinode'owie należą do takiego właśnie gatunku ludzi. Ilekroć świat przeżywa wstrząs, oni chowają głowy w książki.
– Tam do licha. – Yeo robił wrażenie bardziej poruszonego tym przeżytkiem dawnej wytworności niż samą zbrodnią. – I tak pewnego pięknego poranku wlał truciznę do szklanki starej damy. Nie wiedziałem, że to on, odziedziczył akcje.
– Bo nie odziedziczył. Panna Ruth zmieniła swój testament i zrobiła irytujący zapis na rzecz czarnej owcy w domu, kapitana Setona, z którym stale się sprzeczała z powodu pokoju. Wiadomość nie od razu przeciekła, ale wkrótce po tym, jak zaczęły się pojawiać anonimowe listy, policja spadła na ulicę jak stado bawołów i zaczął się mętlik.
Yeo, korzystając z przywileju starego człowieka, zachichotał.
– Ale wy dwaj nie mogliście poradzić sobie z tym przerzucaniem ludzi.
– Właśnie. Plątaliśmy się stale. Dlatego Jas tak to przeżywał. Bowelsowie musieli wziąć trumnę z piwnicy w Portminster Lodge, żeby uniknąć Lugga. Greener miał być przeszmuglowany w ostatniej chwili w skrzyni do pakowania, włożonej do trumny, i tak dalej, a Bella miała z nim jechać ciężarówką, we wdowim stroju.
– Jak Eowels to zrobił?- spytał Luke. – Czy fałszował akty zgonu, żeby uzyskać zezwolenie koronera na wywóz zwłok?
– Znacznie chytrzej. Po prostu robił duplikat. Większą część dnia spędziłem wczoraj obchodząc adresy, które dostałem od koronera. W ostatnich trzech latach w siedmiu na dziesięć przypadkach, w których Bowels składał podanie na zezwolenie wywozu zwłok, działo się to bez wiedzy rodzin, a zmarły był chowany w Londynie. Bandyta z Brighton wyjechał stąd z nazwiskiem zmarłego na trumnie. Tabliczka z nazwiskiem Edwarda Palinode została chyba tylko dlatego zrobiona, że Eowels naprawdę sądził, że dostanie to zamówienie. Tym razem żaden przestępca nie mógł dostać zezwolenia na jego nazwisko. Pomiędzy Jacksonem a Greenerem była duża przerwa. Zapewne nie było żadnego poważnego klienta. Ludzie nie umierają na zamówienia.
– Bardzo to ładnie – stwierdził Yeo. – Śmieszne, że James był tak dokładny w jednej dziedzinie swoich interesów, a tak niedbały w innej. Zawsze powtarzam, że morderca nie jest oszustem, chyba, że jest i jednym, i drugim. On koniecznie chciał mieć jeszcze akcje, i to jest znamienne.
– Och tak, skłonił Lawrence'a, żeby je odkupił, a sam przejął je jako zabezpieczenie małej prywatnej pożyczki. Tak mi się wydaje, sądząc z napomknięć Lawrence'a. Z kolei morderstwo Ruth wygląda na przypadkowe. Bo dlaczego od razu tego nie zrobił? W każdym razie motywy są dwojakie. Zamieszanie, jakie tu wywołaliśmy, zaniepokoiło go i jego dzisiejsze prawie wariackie przedstawienie miało na celu usunięcie Lawrence'a, wyjaśnienie tajemnicy i przywrócenie spokoju na ulicy przez zwalenie winy na pannę Jessikę. Był to szalony, abstrakcyjny plan, zupełnie pozbawiony logiki.
– Nie bądź, chłopcze, taki tego pewny – wtrącił się z powagą Yeo. – Nie bardzo byś wiedział, co dalej robić, gdyby nagie nie przeraził się i nie uciekł. Dlaczego jednak on tak postąpił?
– Ponieważ w trakcie przyjęcia, kiedy JUŻ podał szklankę z płynem Lawrence'owi, panna Evadne nagle powiedziała, że w domu u nich był sir Glossop. Zebrał razem fakty i domyślił się, że chodziło o „Brownie Mines". A ponieważ wiedział, że kogoś gwałtownie się poszukuje, przyjął najgorszą dla siebie ewentualność i postanowić „pojechać Apron Street".
– Podczas gdy oczywiście – powiedział Luke – cała nagonka skierowana była na Wargacza. Ukrywał się, biedaczysko, w banku, o którego przeszukaniu nie pomyśleliśmy, ponieważ staramy się zawsze unikać tego rodzaju akcji.
– Wargacz? On chciał szantażować – ciągnął swe wyjaśnienia Campion. – Ale nie popróbował tego aż do wczoraj, po przyjęciu, kiedy dostał to, na co zasłużył: porządny cios w głowę. Od kiedy pojawia się na scenie, marnuje tylko czas, szuka jakichś wiadomości. Nie mam pojęcia, co go skłoniło do tego.
Dyskretne kaszlnięcie z końca stołu zwróciło uwagę wszystkich na Dice'a. Sierżant był niezwykle ożywiony.
– Powiedział pan, że James zdobył gdzieś hioscyjaminę. On jej wcale nie zdobył. On ją miał. I Congreve o tym wiedział. Tak zeznał w szpitalu; mam to na piśmie.
Yeo spojrzał uważnie na sierżanta, jak gdyby był ulubionym zwierzątkiem domowym, które nagle przemówiło.
– Co macie, sierżancie, na myśli, mówiąc, że miał hioscyjaminę. Gdzie ją miał?
– W swoim gabinecie, w narożnej szafie, razem- z karafką do sherry, szklaneczkami i innymi rzeczami.
– H i os c y j a m i n ę?
– Tak, proszę pana. Congreve tak powiedział. Wtedy, jak zauważył, że zniknęła, zajrzeli z siostrą do rodzinnej książki lekarskiej, a on sobie przypomniał, jakie objawy towarzyszyły śmierci panny Ruth, ponieważ jego siostra dowiedziała się o tym od kapitana.
Cisza, jaka zapanowała po tym oświadczeniu, była tak dojmująca, że szybko postanowił poprzeć swoje słowa:
– Congreve pracował w banku przez całe życie. Był tam za czasów ojca podsądnego Jamesa. Ów dżentelmen trzymał hioscyjaminę w zalakowanej buteleczce. Oczywiście miała nalepkę z trupią czaszką i piszczelami oraz napis „trucizna". Naprawdę dziwaczny pomysł.
– Zdumiewający -wręcz – powiedział sucho Campion. – Ale po co?
Sierżant przełknął ślinę. W jego niezbyt bystrych oczach zapalił się jakiś błysk.
– Jako ciekawostkę, proszę pana. To jest trucizna, której używał doktor Crippen.
– Na zbawienie mojej duszy, on ma rację! – zawołał z przejęciem Yeo. – Pamiętam dobrze, jak podczas procesu Crippena najbardziej nawet szanowani ludzie tak robili. Hioscyjamina była wtedy nowością. Każdy sędzia temu uwierzy. Doskonale, Dice.
Luke przerwał ten nastrój; nadal nie dowierzał.
– Czyż ta szafa nigdy nie była sprzątana? Od czasów, kiedy Crippen został powieszony, mieliśmy dwie wojny.
– Sprzątana, ale nie wyprzątana. – Dice był wyszukanie grzeczny. – Podobnie trzyma się w salonie jakiś cenny drobiazg. Tam w ogóle pełno było pamiątek. W sypialni Jamesa, w schowku na wino, znaleźliśmy bardzo ważne papiery. Dzięki nim wytropimy wszystkich jego wspólników.
– Doskonale, sierżancie, rzeczywiście doskonale. Dobrze zreferowane, odwaliliście porządny kawał roboty. – Yeo wstał i obciągnął kamizelkę, – No a teraz – zwrócił się do pozostałych – nie za skromne oświadczenie dla prasy. Sierżancie, idźcie i obudźcie ich.
Deszcz przestał padać i wstawał czysty, promienny świt, kiedy Luke i jego przyjaciel Campion szli Apron
Street. Na twarzy inspektora malowała się radość. Kroczył,- zdaniem Campiona – jak dumny z siebie kot. Był raczej wzruszony niż wdzięczny, a kiedy zatrzymali się na rogu, przed zniszczonym domostwem, głośno roześmiał się.
– Pomyślałem sobie właśnie – rzekł – że gdyby dyrektor mojego banku poczęstował mnie sherry w swoim gabinecie, spodziewałbym się hioscyjaminy. A teraz do widzenia. Następnym razem, jak będę miał kłopoty, zatelefonuję do pana, może nawet przyślę eskortę. – Zawahał się i popatrzył zamyślony na dom. – Jak pan myśli, pobiorą się? – spytał.
– Kłytia i Mikę? – Campiona zaskoczyło to pytanie. – Nie wiem. Być może.
Charlie Luke nieco głębiej nasunął kapelusz na czoło i wciągnął brzuch.
– Będę jej pilnował – stwierdził. – To mój teren. Ona nie wie o niczym, biedny dzieciak. Ale moim zdaniem, on ją uczy wielu pożytecznych rzeczy.
Campion długo patrzył za uszczęśliwionym- inspektorem, dopóki nie zniknął za rogiem.