Jak najwięcej grobów [More Work for the Undertaker]
- Автор: Аллингем (Аллингхэм) Марджери (Марджори)
- Язык: польский
- Переводчик: Irena Dolezal-Nowicka
- Жанр: Классические детективы
Электронная книга - «Jak najwięcej grobów [More Work for the Undertaker]». Краткое содержание книги:
Yeo znowu zaczął bezgłośnie gwizdać. Najwidoczniej nie orientował się, że wydaje jakieś dźwięki. Wpatrywał się intensywnie w szeroką różową twarz, w chytre małe oczka i nieprzyjemne usta.
– Tutaj,, i to natychmiast. – Luke był stanowczy. – Masz przy sobie śrubokręt?
Jas nie usiłował już dłużej grać na zwłokę. Pogrzebał w kieszeni i kiwnął potakująco głową.
– Mam, panie inspektorze. Nigdy nie ruszam się bez narzędzi. Jeśli panowie pozwolą, zdejmę marynarkę.
Patrzyli, jak się powoli rozbiera i zostaje w białej koszuli ze staroświeckimi mankietami. Starannie wyjął złote spinki i położył je na brzegu biurka, potem podwinął rękawy, ukazując mięśnie atlety.
– Jestem gotów, ale jeszcze jedno.
– Mów, człowieku – wtrącił się Yeo, mimo iż zamierzał się trzymać zupełnie na uboczu. – Masz pełne prawo mówić, co chcesz. O co chodzi?
– Chciałbym, proszę pana, mieć kubeł z wodą, a do tego trochę lizolu, żeby obmyć ręce.
Kiedy wysłano konstabla po kubeł, wyjął dużą chustkę do nosa, równie nieskazitelnie białą jak koszula i złożył ją po przekątnej
– Ten dżentelmen zmarł na jakąś ciężką chorobę – rzucił w przestrzeń. – Proszę stać nieco dalej przez pierwszych kilka minut. Ze względu na własne dobro. Macie, panowie, swoje obowiązki do wykonania, ale nie trzeba ryzykować więcej niż konieczne. Jestem pewien, że mi to wybaczycie.
Chustką owinął sobie dolną część twarzy i zanurzył ręce w zwyczajnym białym kuble, który mu przyniósł konstabl. Potem strzepnąwszy przenikliwie woniejący płyn na podłogę zabrał się do roboty. Jego silne ręce sprawnie pracowały przy śrubach, które były osadzone w stalowych gniazdkach i odkręcały się z łatwością, ale było ich bardzo dużo, a on każdą starannie odkładał rzędem koło spinek.
Kiedy wreszcie skończył, wyprostował się i rozejrzał wokoło, co skłoniło Yeo i Luke'a do tego, żeby podejść bliżej. Zatrzymał ich jednak o jakieś pięć stóp od trumny i patrząc to na jednego, to na drugiego, skinął głową dają do zrozumienia, że decydujący moment nadszedł.
Gdy wpatrywali się weń zafascynowani tym, co mieli za chwilę ujrzeć, podniósł wieko trumny.
Wszyscy obecni w pokoju zobaczyli ciało. Było całe owinięte w coś białego, przypominającego gazę, ale ręce złożone na wysokości pasa niewątpliwie należały do człowieka.
W ciszy pokoju zabrzmiała głośna jedna nuta – to pogwizdywał Yeo. Luke zgarbił się nagle, jego szerokie ramiona zwisały bezwładnie.
Nagle ktoś go chwycił za przegub ręki, to Campion pociągnął go bez wysiłku do trumny.
W chwili gdy Jas Bowels miał z powrotem nałożyć wieko, zostało mu ono gwałtownie wytrącone z ręki, a dłoń Luke'a prowadzona przez Campiona spadła na złożone palce zmarłego. Inspektor najpierw wzdrygnął się, ale zaraz opanował i kiedy Yeo, u którego z racji wieku refleks był wolniejszy, stanął obok niego, pochylił się, uniósł złożone ręce i odwrócił je. W następnej chwili zerwał gazę z biało upudrowanej twarzy i w pokoju zrobił się wielki ruch, bowiem widok był doprawdy niezwykły.
W trumnie leżał człowiek ubrany w grubą wełnianą bieliznę, jakby przymocowany do chirurgicznego urządzenia, które przypominało jednak pikowaną wiktoriańską kozetkę; w leżącej pozycji utrzymywał go rodzaj gorsetu, a tuż poniżej ciała znajdowała się drewniana przegroda dzieląca jego więzienie na pół. Głowa i górna część klatki piersiowej były swobodne, a przemyślnie ukryte otwory, niewidoczne z zewnątrz, umożliwiały dopływ powietrza. Mężczyzna oddychał głęboko, ale cicho, a jego ręce zabezpieczały skórzane bransoletki takiej długości, że pozwalały na swobodne stukanie w wieko trumny.
Pierwszy odezwał się Yeo. Był biały jak ściana, ale nada! pełen autorytetu:
– Ten człowiek jest odurzony narkotykiem – powiedział ochryple – ale żyje.
– O tak, żyje. – Campion sprawiał wrażenie ogromnie zmęczonego, mówił jednak z wyraźną ulgą. – Wszyscy oni byli żywi oczywiście. Na tym polegała cała ta impreza.
– Oni? – Spojrzenie Yeo powędrowało w kierunku przedsiębiorcy pogrzebowego, który stał sztywno wyprostowany pomiędzy dwoma konstablami; biała chustka jak pętla otulała miękko jego szyję.
Campion westchnął.
– Był przed nim Greener, pański ptaszek z Greek Street – wyjaśnił cicho. – A przed nim zapewne Jackson, morderca z Brighton. Jeszcze przedtem Ed Geddy, który zabił dziewczynę z kiosku. Co do innych nie mam jeszcze pewnych wiadomości. Tak podróżowali do Irlandii, a potem, w bardziej już tradycyjny sposób, tam, dokąd mieli ochotę. W urzędzie celnym trumnie zawsze towarzyszyła opłakująca zmarłego kobieta, która w zniszczonym czarnym woreczku miała pozwolenie koronera.
– Piękna robota, nie ma co, a organizacja wręcz znakomita.
– Dobry Boże! – Yeo spojrzał na czcigodną siwą głowę Jasa. – Kto to robił? On?
– Nie, szefem był ten. – Campion wskazał na uśpionego mężczyznę. – W swoim rodzaju geniusz, ale kiepski morderca. Jak mu się udało zabić pannę Ruth, doprawdy nie wiem. Spartaczył to całkowicie.
Yeo czekał. Pod wpływem nagłej irytacji poczerwieniał.
– Campion! – wybuchnął wreszcie. – Nie w ten sposób przedstawia się materiał dowodowy. Wie o tym młodszy konstabl służący sześć tygodni. Trzeba zacząć od początku!
Luke otrząsnął się z osłupienia.
– Bardzo mi przykro, panie nadinspektorze – powiedział grzecznie. – On się nazywa Henry James, dyrektor filii Banku Clougha na Apron Street.
– Aha – powiedział Yeo z zadowoleniem – to już mi się bardziej podoba. To już gdzieś nas zaprowadzi.
27. Żegnaj Apron. Street
– Robiłem to z litości – powtarzał z uporem przedsiębiorca pogrzebowy. – Proszę to zapisać i nigdy o tym nie zapominać. Uważałem ich za ścigane zwierzęta i tego ostatniego też tak potraktowałem.
– Pomimo tego, że wedle pańskiego własnego zeznania, wy obaj z synem i aptekarz zostaliście Zmuszeni przez Jamesa po okresie długiego nacisku finansowego, żeby wziąć udział w tym… odrażającym przedsięwzięciu? -.Yeo wyglądał z każdą chwilą coraz godniej przybierając pozę wielkiego sędziego, nieomylny znak, że był z siebie bardzo zadowolony.
Bowels głęboko westchnął, jego przebiegłość zaczęła ustępować rezygnacji.
– Tak, ja i Wilde byliśmy mu winni pieniądze – przyznał. – I bankowi, i jemu osobiście. Ale pan go nigdy nie zrozumie, jeśli najpierw nie zrozumie pan Apron Street. Zmieniała się, a on nie mógł się z tym pogodzić. – Roześmiał się nagle. – Starał się zatrzymać czas.
– Jak na faceta, który starał się tylko zachować stare pomniki, poczynał sobie niezgorzej – zauważył ironicznie Luke, wskazując ręką na malowniczy zestaw paczek i paczuszek wyjętych z trumny. Leżały na biurku, ułożone rzędami: banknoty, papiery wartościowe, nawet woreczki z monetami.
Jas odwrócił wzrok, bez wątpienia z pewnego rodzaju skromnością.
– Opanowała go idee fixe – przyznał spokojnie. – Mówię o początku tego, kiedy to się zaczęło cztery lata temu. W tym czasie, postanowił sobie, że sprawy muszą •się toczyć tak, jak za czasów jego ojca i dziadka. Opanowała go mania prześladowcza. A później postanowił być bogaty, bo trzeba mieć dużo pieniędzy, żeby zatrzymać czas – urwał i potrząsnął swoją piękną głową.- Nie powinien jednak był uciekać się do morderstwa. Tego było za wiele. Z początku nie mogłem w to uwierzyć.
– Ale potem uwierzył pan – wtrącił się spokojnie Campiona. – Kiedy popełnił pan ten błąd i poprosił szwagra o sprowadzenie mnie jako fachowca, śmiertelnie bał się pan, żeby tylko Ori o tym się nie dowiedział.