Boża maszyneria [The Engines of God - pl]
- Автор: Макдевит Джек
- Год: 1997
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 83-7180-650-7
- Переводчик: Kinga Dobrowolska
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Boża maszyneria [The Engines of God - pl]». Краткое содержание книги:
Dla samej Hutch chwila, w której mógłby się nawiązać jakiś emocjonalny związek z George’em, dawno już minęła. George utrzymywał dyskretny dystans — jak sądziła, w oczekiwaniu na sygnał zachęty z jej strony. Ale to nie był odpowiedni moment na to, żeby dawać choć cień nadziei. Może wyniknęło to z jej własnej potrzeby opłakiwania Richarda, a może z ogólnego ponurego nastroju, jaki opadł ich w tamtym okresie. A może nawet z obawy, że George mógłby związać sobie jej obraz z tą tragedią. Bez względu jednakże na motywy, podjęła teraz subtelną grę — traktowała go z uprzejmą obojętnością — i szybko przekonała się, że przyniosło to spodziewany rezultat.
Kiedy z końcu wylądowali na stacji Wheel, urządzili sobie pożegnalny obiad w Klubie Radissona. Każdy powiedział kilka słów, popłynęło trochę łez. I podano bardzo smaczne steki.
Nazajutrz rano pierwsze kontyngenty ruszyły na wahadłowcach w stronę Atlanty, Berlina i Londynu.
CZĘŚĆ TRZECIA
Beta Pac
Rozdział 15
Hutch stała na krawędzi wysokiego klifu, spoglądając w dół na gwiazdy i na lśniące pierścienie Sholi. Sam gazowy olbrzym znajdował się za jej plecami, wisiał nisko nad horyzontem.
Budził niepokój. Wrażenie nie przypominało tego, co czuje się podczas spaceru wokół kadłuba statku. Uśmiechnęła się do siebie, jakby w odpowiedzi na swoją reakcję, i uklękła — żeby zbadać dokładniej krawędź klifu, a także odzyskać równowagę.
Nie była to, jakby można się spodziewać, krawędź nierówna i wystrzępiona, lecz ucięta precyzyjnie jak szlif diamentu.
Prawdziwie obce miejsce — miejsce bez widocznego celu, miejsce, które nie mogło powstać ani ze względów estetycznych, ani praktycznych. Ale z całą pewnością, po wizycie w Oz, budzące określone skojarzenia. Przed nią rozciągała się kamienna równina, wycięta i wypolerowana. Była płaska jak stół, naznaczona tylko kilkoma kraterami i siatką pęknięć. Równiny tej nie ograniczał horyzont — a raczej wyglądało to tak, jakby tu, zaraz, niedaleko, gładka skała po prostu urywała się nagle, a człowiek czuł instynktownie, że za tym nagłym krańcem ściana ostro opadała w niebyt. Otaczało ją niebo, nacierało na nią pod każdym możliwym kątem — pełne ognia i światła i półksiężyców. Ogromny zegarowy mechanizm ze sferami i gwiazdami, które miarowo odtykiwały swoje rytmy, podczas gdy ona im się przyglądała.
Przytłaczało ją. Było złowróżbne. Przerażające w sposób, który nie do końca pojmowała.
Cztery takie obiekty krążyły wokół świata, który Nokowie nazywają Towarzyszką. Wszystkie jednakowych rozmiarów. Niegdyś rozmieszczone w równej odległości. Dwa z nich były paskudnie osmalone.
Osmalone — i w tym przypominają Oz.
Czym one mogą być?
Nie było tu tajemnych symboli, jakie znaleźli na okrągłej wieży. Niemniej została przekazana wiadomość -jakiś krzyk — zawarty w spartańskiej geometrii tych ścian.
Zdjęła hełm, a wtedy włączyły się światła. Położyła go na stole przed sobą, wpatrzona w niebo nad Arlington.
Deja vu.
Cumberland, Maryland
10/19/02
Drogi Henry,
Mam już tłumaczenie: „Zegnajcie i powodzenia. Szukajcie nas przez światło w oku horgona”. Horgon to mityczny quraquacki potwór. Ale nie pytaj mnie, co to wszystko znaczy.