Stawka Większa Niż Życie Tom – I
- Автор: Zbych Andrzej
- Язык: польский
- Жанр: Классическая проза
Электронная книга - «Stawka Większa Niż Życie Tom – I». Краткое содержание книги:
Wezwał jeszcze raz Krystynę. Zachowywała się równie spokojnie jak poprzednio.
– Chcę pani zadać tylko jedno pytanie – powiedział. -Kogo zobaczyła pani na korytarzu wychodząc z salki opatrunkowej, gdy padł strzał?
Sporą chwilę trwało milczenie.
– Nikogo – powiedziała wreszcie Krystyna.
– A Stokowskiego?
– Nie pamiętam.
– Stokowski twierdzi, że był cały czas na korytarzu.
– Jeśli tak twierdzi, to był – powiedziała Krystyna.
Chciał krzyknąć: Pani kłamie, proszę mówić prawdę, ale milczał. Kazał jej odejść. Opuściła dyżurkę nie odwracając się, widział tylko jej lekko zgarbione plecy.
Pozostawał więc doktor Kowalski. Pozostawał także leżący na korytarzu Niemiec, von Kruck. Przecież von Kruck posiada informacje, na które czeka centrala… Kilku ludzi straciło już życie, by je zdobyć. I to zadanie nie zostanie wykonane; Kruck musi umrzeć, a on, Kloss, nie zdąży zapewne dowiedzieć się od niego czegokolwiek przedtem. Nawet ustalić daty eksperymentu.
W drzwiach dyżurki stanął doktor Kowalski. Czekała go teraz rozmowa najtrudniejsza.
– Przesłuchał pan wszystkich? – Lekarz usiadł na krześle i wyciągnął nogi przed siebie. Wydawał się zmęczony.
– Tak – powiedział Kloss.
– Zapewne teraz moja kolej? – W głosie Kowalskiego trudno było nie usłyszeć ironii. – Nie bardzo pojmuję, po co pan prowadził to śledztwo.
– Było bardzo potrzebne. – Kloss umilkł i przyglądał się chwilę twarzy lekarza. Nic z niej nie mógł wyczytać.
– Wyobraźmy sobie – powiedział – że chodziło o coś innego niż znalezienie mordercy.
– Tak przypuszczałem. – Lekarz wstał i podszedł do aparatu telefonicznego. Bawił się drutem, który Kloss przeciął. – Bał się pan, że w szpitalu jest ktoś, kto może wezwać… Niemców.
Czy to prowokacja? Ale przecież ten Kowalski i tak wie dostatecznie dużo.
– Dziewczyna operowana dzisiaj – mówił powoli Kloss
– brała udział w walce. Została rozpoznana. Kowalski nie wydawał się zaskoczony.
– Wiem – oświadczył. – Wiem nawet, że raniono ją niedaleko leśniczówki…
– Tym lepiej. – Kloss mówił teraz ostrzej. – Wie pan od niego, tak?
– Tak.
– Gdzie on leży?
– Kazałem go przenieść do opatrunkowej. -I po chwili:
– Co pan zamierza?
Teraz należało odkryć karty; nie było innego wyjścia.
– Nie mamy wyboru – powiedział Kloss. – Obaj nie mamy wyboru. Jutro albo jeszcze dzisiaj może się tu zjawić gestapo. Rozumie pan, co oznaczają zeznania tego Niemca?
– Kim pan jest?
– To nieważne… Doktorze, pragnę, żeby pan zrozumiał, chcę panu wierzyć. Wiem, że to trudna sprawa, ale tego Niemca, Krucka, musimy zlikwidować.
Kowalski patrzył na Klossa, jakby nie rozumiejąc.
– Dlaczego pan milczy? – Kloss podniósł głos: – Widzi pan inne wyjście?
– Jestem tylko lekarzem – powiedział Kowalski. – Nie uczono mnie zabijania pacjentów.
– A ja jestem jednym z wielu, którzy muszą zabijać… – Kloss z trudem panował nad sobą. – Chodzi o twórcę śmiercionośnej broni, o człowieka, który nie zawaha się jutro oddać pana w ręce gestapo.
– Jest pod moją opieką – szepnął Kowalski. -Ja nic nie wiem… Nie wiem nawet, czy mogę panu ufać.
– Wie pan dostatecznie dużo.
Kowalski podszedł do Klossa. Stali teraz naprzeciwko siebie obaj bardzo czujni i napięci.
– Nie mogę tego zrobić – powiedział lekarz. – Musi pan znaleźć inne wyjście.
– Jakie? Pan jest naiwny albo…
– Albo co?
– Nie mogę wykluczyć, że jest pan agentem Abwehry, kryptonim M-18.
Teraz wszystkie karty zostały rzucone. Jak zareaguje Kowalski? Lekarz roześmiał się.
– W szpitalu działa agent niemiecki.
– I pan sądzi, że to mógłbym być ja? – zapytał lekarz.
11
Major von Rhode nie próżnował. Dwukrotnie już rozmawiał z Berlinem obiecując, że w ciągu paru godzin odnajdzie Krucka. Wiedział, że stawką w tej sprawie jest jego kariera. Kazał obstawić miasto. Agenci Abwehry i gestapo przeszukiwali sąsiednie wsie. Specjalne oddziały SS rozpocząć miały nad ranem przetrząsanie okolicznych lasów. Rhode dwoił się i troił, ale z każdą godziną tracił nadzieję. Wiedział, że w tej rozgrywce czas decyduje o wszystkim. Na polu walki nie znaleziono Krucka, Kruck musiał być jeszcze gdzieś w pobliżu. Wyniki akcji były jednak mizerne. Dopiero późnym wieczorem patrol żandarmerii zatrzymał na drodze z Bo-rzentowa do leśniczówki chłopa jadącego pustą furą wymoszczoną sianem. Na sianie odkryto plamy krwi. Rho-de postanowił sam przesłuchać tego wieśniaka. Był to starszy mężczyzna., bardzo przestraszony; powtarzał w kółko to samo, że jak co tydzień przyjeżdżał do miasta, że był w miejscowej knajpie, że jak zobaczył panów żandarmów, zląkł się i zaczął uciekać. Ale on nic nie wie, on nic złego nie zrobił, panowie mogą spytać miejscowego posterunkowego, że był zawsze w porządku i na czas oddawał kontyngenty.
– Nie udawaj durnia! – ryczał SS-man, któremu von Rhode zezwolił na zastosowanie metod zmuszających -to był najlepszy specjalista miejscowej SD – do mówienia. On sam me lubił tych metod i nie uczestniczył w takich przesłuchaniach, korzystał tylko z rezultatów.
Czekał cierpliwie, po godzinie kazał wezwał specjalistę z SD.
– Powiedział? – zapytał.
– Niewiele. Potem już tylko bredził. Oświadczył, że znalazł kogoś na drodze, tak przynajmniej wynikało z tych bredzeń, i zawiózł do szpitala.
– Kogo?
– Nie wiem – powiedział specjalista z SD. – Nawet ten szpital to mój domysł, bo to były raczej zbitki słów i sylab. Pan wie, jak oni mówią.
– Pytajcie go dalej.
Specjalista z SD uśmiechnął się:
– Pan major wybaczy – powiedział. – Pan major chyba rozumie, że już nigdy o nic go nie zapytamy.
Rhode chciał wyjaśnić temu młodziakowi w czarnym mundurze, co myśli o jego metodach, ale spojrzał na twarz człowieka z SD i zrezygnował.
– Sam osobiście sprawdzę w szpitalu – powiedział tylko. – Sam osobiście sprawdzę.
12
Co robić teraz? Trzeba przynajmniej dwóch dni czasu, żeby nawiązać kontakt z lasem i wywieźć Ewę ze szpitala. A Kruck? Czy powinien zastrzelić Kruc-ka, zastrzelić leżącego w łóżku chorego człowieka? Może istnieje jakaś szansa odtransportowania go również do lasu? Tak, taka szansa mogłaby istnieć, gdyby wiedział na pewno, kto jest agentem Rhodego. Ale on się ciągle tylko domyśla. Ani cienia dowodu, nic poza własną wersją wydarzeń. Czy można wierzyć Kowalskiemu? Znowu to samo pytanie. Musi wierzyć, bo w przeciwnym wypadku nie ma właściwie żadnej szansy. Wszyscy pozostali kłamią, każdego można chwycić na kłamstwie i nie wolno wyciągać z tego żadnych wniosków. Krystyna twierdziła, że bezpośrednio przed strzałem przygotowywała zastrzyk dla Ewy. Ale okazało się, że Ewa otrzymała zastrzyk znacznie wcześniej, więc i w tej sprawie Krystyna nie chciała mówić prawdy, i może właśnie dlatego…
Kloss krążył po dyżurce i nie mógł ciągle podjąć żadnej decyzji. Brakowało mu jeszcze jednego ogniwa, musiał wiedzieć, czy M-18 zdołał zawiadomić Rhodego…
Wtedy właśnie w dyżurce szpitala pojawił się jego or-dynans, Kurt. Stał na baczność na progu, z taką samą obojętną gębą jak zwykle, gdy pojawiał się w jego pokoju.
– Melduję posłusznie panie oberleutnant, że byłem przesłuchiwany przez majora von Rhode.
Kloss podszedł do niego i długo, w milczeniu przyglądał się temu chłopcu, którego znał od roku, wybawiwszy go przedtem z nielichych tarapatów.
– Chodziło o dziewczynę – powiedział Kurt.
– Co powiedziałeś?
– Dlaczego pan oberleutnant pyta? To, co trzeba, panie oberleutnant… A potem przyprowadzili do sztabu jakiegoś chłopa, którego złapali z furmanką. Sam go widziałem.
– Dziękuję, Kurt. Możesz iść, Kurt.
– Nie przydam się?
– Nie – powiedział Kloss. – Tu się już nie przydasz.
Usiłował rozważać sytuację chłodno i trzeźwo. Co mógł zeznać chłop, który znalazł Krucka pod lasem? Tylko tyle, że przywiózł jakiegoś mężczyznę z pola walki. A może na furmance pozostał jakiś ślad? To także trzeba wziąć pod uwagę. Rhode może podejrzewać, że to właśnie Kruck jest w szpitalu. Czekał na meldunek od M- 18, a nie otrzymawszy go, powinien zjawić się wkrótce tutaj. Jak on, Kloss, uzasadni swoją obecność w szpitalu? Rhode każe przeszukać salę, znajdą Ewę, znajdą Krucka, reszta jest oczywista… Bronić się w szpitalu? Nonsens!
Kloss pomyślał, że to chyba koniec… Parę lat trudnej roboty… Oczywiście żywego go nie wezmą. Wsadził rękę do kieszeni, ampułka leżała na swoim miejscu. Zapasową miał w portfelu… Dać ją Ewie? Powinien dać ją Ewie, bo dziewczyna nie ma już żadnej szansy.
Kloss nie należał do ludzi, którzy łatwo rezygnują. Jeśli istnieje jakakolwiek szansa, jedna na sto, na tysiąc nawet, musi ją sprawdzić… Powiedzmy, że ma jeszcze dziesięć minut czasu… Dziesięć minut to bardzo dużo. Kowalski nie chciał zlikwidować Krucka, ale nie pozostaje nic innego jak zaufać temu lekarzowi… Ostatecznie M-18 jest jeden, reszta pracowników szpitala to porządni ludzie. Klossowi nie wolno się demaskować, ale czasami istnieje tylko jedno wyjście: gra w otwarte karty…
Kowalski był u Ewy. Siedział obok niej na łóżku i zmieniał opatrunek. Ewa uśmiechnęła się blado na widok Klossa.
– Za chwilę będą tu Niemcy – powiedział Kloss siadając obok lekarza. Wyjął z wewnętrznej kieszeni munduru portfel i podał Ewie maleńką ampułkę. – Połkniesz to w ostatniej chwili. Pamiętaj… w ostatniej chwili…