Prawiek i inne czasy
- Автор: Tokarczuk Olga
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Prawiek i inne czasy». Краткое содержание книги:
Tuż pod lasem coś go zatrzymało. Nie wiadomo co. Wahał się, a potem skręcił ku rzece, nie na księże łąki, ale dalej, na Papiernię.
Rzadki sosnowy las był połamany i dymił. W ziemi ziały ogromne dziury. Wczoraj musiał przejść tędy koniec świata. W wysokiej trawie leżały setki stygnących ludzkich ciał. Krew parowała czerwono w szare niebo, aż zaczęło zabarwiać się karminowo na wschodzie.
Topielec zobaczył jakiś ruch w tej martwocie. Słońce wyrwało się z pęt horyzontu i zaczęło uwalniać dusze z martwych ciał żołnierzy.
Dusze wydostawały się z ciał pomieszane i ogłupiałe. Chybotały jak cienie, jak przezroczyste baloniki. Topielec Pluszcz ucieszył się prawie tak mocno, jak cieszy się żywy człowiek. Ruszył w rzadki Mas i próbował rozwirować dusze, zatańczyć z nimi, płoszyć je i ciągnąć ze sobą. Było ich całe mnóstwo, setki, a może tysiące. Wstawały, chybotały się niepewnie nad ziemią. Pluszcz sunął między nimi, fikał, muskał i wirował, chętny do zabawy jak szczeniak, ale dusze nie zwracały na niego uwagi, jakby nie istniał. Chwilę kołysały się między warstwami porannego wiatru, a potem, niby uwolnione balony, wzbijały się w górę i gdzieś znikały.
Topielec nie mógł pojąć, że odchodzą i że jest takie miejsce, do którego można pójść, kiedy się umrze. Próbował je gonić, ale one podlegały już innemu prawu niż prawo Topielca Pluszcza. Ślepe i głuche na jego zaloty, były jak poruszane instynktem kijanki, które znają tylko jeden kierunek wędrówki.
Las zabielił się od nich, a potem nagle opustoszał i Topielec Pluszcz znowu został sam. Był zły. Zakręcił się, uderzył w drzewo. Wystraszony ptak krzyknął przeraźliwie i na oślep poleciał w stronę rzeki.
Czas Michała
Rosjanie zbierali z Papierni swoich zabitych i furmankami przywozili ich do wsi. Na polu Cherubina wykopali wielki dół i tam chowali ciała żołnierzy. Oficerów odkładali na bok.
Wszyscy, którzy wrócili do Prawieku, poszli przypatrywać się temu pośpiesznemu pogrzebowi bez księdza, bez mów, bez kwiatów. Poszedł też Michał i nieopatrznie pozwolił, żeby wzrok ponurego lejtnanta spoczął właśnie na nim. Ponury lejtnant poklepał Michała po plecach i kazał wieźć ciała oficerów pod dom Boskich.
– Nie, nie kopcie tu – prosił Michał. – Czy mało jest ziemi na groby waszych żołnierzy? Dlaczego w ogrodzie mojej córki? Dlaczego wyrywacie cebulki kwiatów? Idźcie na cmentarz, pokażę wam jeszcze inne miejsca…
Ponury lejtnant, przedtem zawsze grzeczny i uprzejmy, odepchnął Michała, a jeden z żołnierzy wycelował w niego z karabinu. Michał odsunął się.
– Gdzie jest Iwan? – zapytał lejtnanta Izydor.
– Pogib.
– Nie – powiedział Izydor, a lejtnant przez chwilę zatrzymał na nim wzrok.
– Poczemu niet?
Izydor odwrócił się i uciekł.
Rosjanie pochowali w ogródku pod oknem sypialni ośmiu oficerów. Zasypali ich wszystkich ziemią, a gdy odjechali, spadł śnieg.
Odtąd nikt nie chciał spać w sypialni od ogródka. Misia zwinęła pierzyny i wyniosła je na górę.
Wiosną Michał zbił z drzewa krzyż i postawił go pod oknem. Potem delikatnie robił patykiem rowki w ziemi i siał lwie paszcze. Kwiaty wyrosły bujne, kolorowe, z pyszczkami otwartymi ku niebu.
Pod koniec lata czterdziestego piątego roku, gdy wojny już nie było, pod dom podjechał wojskowy gazik, z którego wysiadł polski oficer i jakiś człowiek w cywilu. Powiedzieli, że będą ekshumować oficerów. Potem zjawiła się ciężarówka z żołnierzami i drabiniasty wóz, na którym układano wyciągnięte z ziemi ciała. Ziemia i lwie paszcze wyssały z nich krew i wodę. Najlepiej zachowały się wełniane mundury, i to one trzymały rozkładające się zwłoki w kupie. Żołnierze, którzy przenosili je na wóz, zawiązali sobie usta i nosy chustami.
Na Gościńcu stali ludzie z Prawieku i próbowali jak najwięcej zobaczyć przez płot, gdy jednak wóz ruszył w stronę Jeszkotli, cofnęli się w milczeniu. Najodważniejsze były kury – śmiało biegły za podskakującym na kamieniach wozem i łapczywie połykały to, co spadło z niego na ziemię.