Odnajdziesz się sam
- Автор: Савченко Владимир Иванович
- Год: 1975
- Язык: польский
- Год: Czytelnik
- Переводчик: Grzegorz Abgarowicz
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Odnajdziesz się sam». Краткое содержание книги:
Całość znakomicie napisana, sylwetki bohaterów wyraziste, nauka bez zarzutu. Czyta się wręcz jednym tchem i z przyjemnością.
Jak strateg zaczął wydawać rozkazy w toczącej się w jego ciele bitwie o życie. Krew, krew, krew szalała w naczyniach! W skroniach odbijało się echem gorączkowe bicie serca. W miliardach włośniczek krew wypłukiwała ze wszystkich komórek mięśni i narządów uszkodzone cząsteczki. Białe krwinki szybko i płynnie pochłaniały je, rozkładały i unosiły do śledziony, do płuc, do wątroby, do nerek, jelit, wyrzucały do gruczołów potowych… „Zamknąć naczynia kostne!” — myślą nakazał nerwom, w porę przypomniawszy sobie, że radioaktywność może osiąść w szpiku, fabryce krwinek.
Minęło kilka minut. Teraz wydychał radioaktywne powietrze zawierające słabo świecącą parę wodną. Odpluwał świecącą ślinę, w której gromadziły się radioaktywne cząsteczki z uszkodzonych komórek mózgu i mięśni głowy. Zmywał ze skóry zielonkawe krople potu i jednocześnie oddawał mocz piękną, szmaragdową strugą. Po godzinie wydaliny przestały świecić, ale pokłuwanie jeszcze nie ustąpiło.
W ten sposób spędził w łazience trzy godziny. Połykał wodę, obmywał się i wyrzucał z organizmu wszystko, co było uszkodzone promieniowaniem. Do pokoju wszedł po północy, słaniając się ze znużenia i wyczerpania fizycznego. Odepchnął w odległy kąt świecące strzępy odzieży i zwalił się na łóżko. Spać!…
Następnego dnia nieustannie chciało mu się pić. Wstąpił do pracowni pomiarów radioaktywności, wodził wokół siebie sondą licznika Geigera — aparat spokojnie potrzaskiwał rejestrując tylko nieliczne cząstki promieniowania kosmicznego.
— O, psiakrew, kiedy zdążyłeś tak schudnąć?! — zdumiał się spotkawszy go w sali wykładowej Nieczyporow…
„Tak, sądząc z wyników, był to duży eksperyment — uśmiechnął się doktorant. — Pokonać zabójczą dawkę promieniowania! Ale wykonanie… metodyka… Nie, takimi „doświadczeniami” chełpić się nie można. Lepiej już tak, jak ten tutaj.”
„27 lipca. Dubli i potworków mam mnóstwo — kontynuował czytanie dziennika. — Normalne króliki wypuszczam do parku, a potworki po jednym wynoszę z Instytutu w torbie turystycznej i wywożę za Dniepr do Czerwonego Gaju.
I to chyba wszystko. Euforia spowodowana nowością odkrycia minęła. Obrzydło mi już to natrząsanie się z przyrody. Chociaż to tylko króliki, ale przecież żywe stworzenia. Te głupio łypiące na siebie z ukosa oczy w dwóch głowach na jednej szyi… brr! A właściwie, o co mi chodzi, u diabła! Znalazłem sposób sterowania syntezą biologiczną, badałem i dopracowywałem go. W ostatecznym rozrachunku nauka stwarza metody — nie konstrukcje, nie rzeczy, nie przedmioty codziennego użytku, ale właśnie metody — sposób, jak to wszystko zrobić. I nikt, kto stworzył własną metodę, nie pominie możliwości wykorzystania jej do końca.
A wczoraj w stołówce Instytutu pojawiło się danie: „Królik pieczony z młodymi kartofelkami — cena 45 kopiejek” Hm! Przypuśćmy nawet, że to zbieg okoliczności. Ale możliwe jest i takie zastosowanie odkrycia: hodowla królików czy krów na mięso, ulepszanie ras… W produkcji wielkoprzemysłowej na pewno będzie to korzystniejsze od zwykłych metod hodowli…
Jutro wracam do doświadczeń nad syntezą człowieka. Metodyka jest jasna, nie ma co zwlekać. A jednak na myśl o tym ściska mnie w dołku. Powrót do syntezy człowieka… Pojawienie się mojego dubla, prawie przypadkowe, tak zresztą jak i w życiu bywa, to jedna sprawa, świadome tworzenie człowieka tak jak królika, to zupełnie co innego. W istocie, nie będę „powracał”, ale zaczynał od nowa…
Cóż to za stworzenie ten człowiek, że nie mogę pracować nad nim tak spokojnie jak nad królikami?!
Ustalmy skalę. W czarnej przestrzeni pływa gwiezdna chmura metagalaktyki. W jej wnętrzu pyłek kształtu ziarna soczewicy, utworzony z gwiazd — nasza galaktyka. Gdzieś na jej peryferiach Słońce, a dookoła planety. Na jednej z nich — ani największej, ani najmniejszej — żyją ludzie. Wszystkiego trzy i pół miliarda, nie tak znów wiele. Gdyby wszystkich ustawić w czworobok, to z wieży Eiffla można by ogarnąć wzrokiem całą ludzkość. Gdyby ich odpowiednio poukładać, uzyskałoby się sześcian o jednokilometrowej krawędzi — i to wszystko. Kilometr sześcienny żywej i myślącej materii, drobinka w skali Wszechświata… No i co?
To właśnie, że ja sam jestem człowiekiem. Jednym z nich. Ani najwyższym, ani najniższym. Ani najmądrzejszym, ani najgłupszym, ani pierwszym, ani ostatnim. A wydaje się, że każdym z nich. I czuję ciężar odpowiedzialności za wszystko…”
Rozdział dziesiąty
W trosce o bliźniego najważniejsze jest, aby nie przedobrzyć.