K. Prutkow — inżynier, myśl nr 59
Następny zapis w dzienniku zaskoczył doktoranta nierównym, jak gdyby nawet zmienionym charakterem pisma.
„6 września. Przecież nie chciałem… nie chciałem i jeszcze raz nie chciałem czegoś takiego! Mam ochotę krzyczeć — nie chciałem tego! Tak się starałem, żeby wyszło dobrze, bez partaniny i błędów.
Po nocach nie spałem, leżałem z zamkniętymi oczami wyobrażając sobie, we wszystkich szczegółach ciało Herkulesa, a później Adama, obmyślałem, jakie wprowadzić poprawki.
Nie mogłem zmieścić się w jednym seansie. Żadną miarą nie mogłem, dlatego właśnie go likwidowałem… Nie mogłem przecież wypuszczać kaleki z rękami i nogami różnej długości. I w żaden sposób nie mogłem wiedzieć, że za każdym razem zabijam go. No bo skąd miałem wiedzieć?!
…Skoro tylko z płynu wynurzyła się głowa i ramiona, dubel uchwycił się swymi potężnymi rękami za krawędź zbiornika, wyskoczył — ja właśnie prowadziłem go kamerą, utrwalając historyczny moment pojawienia się człowieka z maszyny — i padł przede mną na linoleum zachłystując się ochrypłym, skowyczącym płaczem. Skoczyłem ku niemu.
Obejmował lepkimi rękami moje nogi, tarł o nie głową, całował moje ręce, gdy próbowałem go podnieść.
— Nie zabijaj mnie! Nie zabijaj mnie więcej! Za co ty mnie…
och! Nie chcę! Dwadzieścia pięć razy… dwadzieścia pięć razy zabijałeś mnie… aaaa…
Ale ja przecież nie wiedziałem. Nie mogłem wiedzieć o tym, że jego świadomość ożywa w każdym doświadczeniu! Rozumiał, że przekształcam jego ciało, że wyprawiam z nim, co mi się żywnie podoba, i nic na to nie mógł poradzić. A po moich rozkazach „Nie!” najpierw rozpuszczało się jego ciało, a później gasła świadomość…
I czemu tamten cholerny sztuczny idiota nie powiedział, że świadomość rodzi się, zanim powstaje ciało!
— Ach, do diabła! — w zmieszaniu mruknął doktorant. — Rzeczywiście! Przecież mózg musi wyłączać się na samym końcu. Zaraz, zaraz, kiedy to było? — przewrócił kilka kartek, spojrzał na daty i aż westchnął z ulgą — nie było w tym jego winy. W sierpniu i wrześniu niczego nie mógłby powiedzieć o tym, bo sam jeszcze nie rozumiał. Gdyby to on prowadził doświadczenie, popełniłby identyczny błąd.
„…I w ten sposób powstał człowiek o klasycznej budowie ciała, miłym wyglądzie zewnętrznym i przetrąconej psychice zastraszonego niewolnika. „Rycerz bez lęku Î skazy”…
Wykręcaj się teraz, szukaj winnych, sukinsynu: nie wiedziałeś, starałeś się! Czy aby tylko starałeś się, nic więcej? A czy nie było pychy, czy nie czułeś się Bogiem zasiadającym wśród chmur w etatowym fotelu? Bogiem, od którego kapryśnych myśli i nastrojów zależało, czy człowiek ma powstać, czy zniknąć, czy ma istnieć, czy też nie? Nie odczuwałeś przypadkiem intelektualnych orgazmów, kiedy wciąż i wciąż przekazywałeś maszynie rozkazy „Można!”,
„Nie tak!”, „Nie!”?
…Od razu spróbował wyrwać się z laboratorium i uciec. Ledwie udało mi się go przekonać, żeby się umył i ubrał. Drżał na całym ciele. O wspólnej pracy nie było nawet mowy.
Przez pięć dni mieszkał u mnie. Przez straszne pięć dni. Nie traciłem nadziei, że opamięta się, że mu przejdzie… Gdzie tam! Tak, jest całkowicie zdrowy fizycznie, wszystko wie, wszystko pamięta — maszyna rzetelnie umieściła w nim całą informację zawartą we mnie, moje wiadomości, moją pamięć… Ale nad tym wszystkim panował nie poddający się jego woli ani myślom lęk. Już pierwszego dnia posiwiał od wspomnień.
Mój widok wzbudzał w nim nieopisane przerażenie. Gdy wracałem do domu, natychmiast zrywał się na równe nogi, stawał w uniżonym ukłonie — jego potężne plecy garbiły się, ręce pokryte węzłami mięśni zwieszały się bezwładnie, jak gdyby usiłował stać się mniejszy. A oczy… Ach, te oczy! Patrzyły na mnie błagalnym, zaszczutym spojrzeniem, gotowe do złożenia każdej ofiary. Czułem się strasznie i nieswojo. Nigdy jeszcze nie widziadłem patrzącego w ten sposób człowieka.
Dziś nocą około czwartej nad ranem… sam nie wiem dlaczego, przebudziłem się. Na sufit padało szare, martwe światło jarzeniowych latarń ulicznych. Dubel Adam stoi unosząc nad moją głową hantlę. Wyraźnie widziałem, jak mięśnie prawej ręki napinały mu się do ciosu. Przez kuka sekund w osłupieniu patrzyliśmy sobie w oczy.
Po chwili dubel zachichotał nerwowo i odszedł szurając bosymi nogami po parkiecie.
Usiadłem na tapczanie i zapaliłem górne światło. Dubel skurczył się na podłodze obok szafy i kryjąc twarz oparł głowę na kolanach.
Ramiona i zaciśnięta w jego ręku hantla dygotały.
— No i co? — zapytałem ze złością. — Trzeba było bić, jak już miałeś hantlę w ręku. Od razu by ci ulżyło!
— Nie mogę zapomnieć— szlochając mamrotał dudniącym barytonem. — Zrozum, nie mogę zapomnieć, jak zabijałeś mnie… dwadzieścia pięć razy!
Wysunąłem szufladę, wyjąłem swój dowód, dyplom inżyniera, wszystkie pieniądze, jakie tam były. Potrząsnąłem Adama za ramię.
— Wstawaj! Ubieraj się i idź. Jedź, gdzie chcesz, urządź się, pracuj, żyj. Razem nic nie zrobimy — ani ty nie będziesz miał spokoju, ani ja… To nie moja wina! Niech to diabli! Czy ty nie możesz zrozumieć, że nie wiedziałem?
Robiłem coś, czego nikt jeszcze nie robił, mogłem przecież nie wiedzieć! Człowiek może urodzić się jako kaleka albo psychicznie chory, lub stać się nim przez chorobę czy wypadek, tylko że wtedy nie ma kogo winić, nie ma kogo walić hantlą po głowie. Gdybyś ty był na moim miejscu, byłoby to samo, bo ty jesteś mną, rozumiesz?!
Drżąc cofał się ku ścianie. Oprzytomniałem.
— Przepraszam cię. Masz, weź moje dokumenty, ja sobie jakoś poradzę. O, patrz — otworzyłem dowód — na fotografii jesteś nawet bardziej podobny do mnie niż ja sam… Widocznie fotograf także starał się upiększyć mi fizjonomię. Bierz pieniądze, ubranie i jazda na wolność. Będziesz żył sam, będziesz pracował — może ci przejdzie.