Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Samozwaniec. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Samozwaniec. Tom II

Электронная книга - «Samozwaniec. Tom II». Краткое содержание книги:

Rok 1605. Polskie wojska wkraczają do Moskwy. Czas układów się skończył.
Szarże skrzydlatych jeźdźców roznoszą armie cara Borysa Godunowa.
Oto historia straceńców, którzy wrogów liczyli dopiero po bitwie. Zabitych…
Oto historia ludzi tak szalonych, że poszli w tany z samą Śmiercią. Tak zuchwałych, że uwiedli Fortunę. Tak dumnych, że diabłu plunęli w twarz. I tak hojnych, że za przyjaciół płacili tylko krwią i życiem.
Oto historia awanturników i husarzy, którzy wstrząsnęli murami Moskwy i sięgnęli po koronę carów.
Drugi tom cyklu „Orły na Kremlu” to pełnokrwista powieść husarska.
1 ... 47 48 49 50 51 52 53 54 55 ... 81
Перейти на страницу:

Dydyński nic nie zrozumiał z tych słów. Somka? Czyżby pop zabawiał się z dziewką? Nie mogli trafić na lepszą chwilę.

— Stój tutaj i milcz.

— Będę jak myszka, ojczulku. Oj, proszę, przez Przeczystą Bohorodzicę, nie ubijajcie!

— Dzieci i niewiast nie zabijam.

Dydyński przyłożył ucho do drzwi, ale nic nie usłyszał. Kopnął je, jakby chciał wyładować na drewnie całą złość na Dwór, Dymitra i Moskwę, wpadł do komnatki. Złapał za szablę, kiedy rozległy się krzyki, a z pieca poderwał się mały, rudobrody chłopina wyłysiały nieco na ciemieniu, obciągając koszulę poniżej pasa. Za nim w łóżku rozległ się cienki okrzyk, świadczący, że pan Dydyński nadciągnął w odpowiedniej chwili, aby uchronić protopopa przed grzechem.

— Co to?! Co to? — pisnął cienko Witalij. — Czego chcesz, łajdaku!

— Zabrać do piekła grzesznego popa! — wypalił Dydyński. — Cóż to, nie widzisz, że jestem Lach — diabeł! Padnij na kolana, bo jeszcze dziś staniesz przed Panem! Borys, bierz go!

Pop wrzasnął, kiedy zwalisty Moskal chwycił go za ramię i wyciągnął z legowiska niczym niepokornego psiaka. Witalij pisnął, zaklął wcale nie pobożnie, wybałuszył okrągłe oczęta.

— Nie mam złota! — zakrzyknął. — Idźcie do Iwana Zarudina! Skatina bakszysz od posadzkich bierze! Więcej ma, niż wygląda!

— Nie przyszliśmy cię ograbić, ale pogadać! Ubieraj się!

Pop odetchnął, a Dydyński zdębiał, bo rzucił wzrokiem na piec, na którym kuliła się… wcale nie bujna ruska dziewka albo hoża słowiańska dziewoja z sarmackich snów, ale… Niewiasta płaska jak deska, pryszczata i chuda, podgolona krótko — jak chłopiec.

Bo to, do diaska, był chłopiec! Borys nie okazał zdziwienia, uśmiechnął się krzywo z miną bywalca, co już niejedno widział. Za to szlachcic nie mógł wyjść ze zdumienia. Sodomia… Na wszystkie członki świętego Stanisława — sodomia! U duchownego?

— Ubieraj się! — Zerknął podejrzliwie na popa.

— Czego chcecie?!

— Zabierzemy cię za miasto!

— Z łacinnikami nie pojadę!

— Kto ci powiedział, że będziesz jechał. Zapakujemy cię do worka!

— Co wy za jedni? Nie znam was.

— Nie z twojej parafii. Ubierajże się! Borys, naucz go porządku, a szybko, bo i tobie się dostanie!

Borys nie krzyczał, nie groził, odnosił się nawet do ojczulka Witalija Trofimowicza z pewnym szacunkiem, bo bez szarpania pomógł mu narzucić na rubaszkę kaftan, popie szaty i szubę.

Dydyński kopnął w jego stronę czoboty.

— Prędzej!

Popina drżał ze strachu, ale ubierał się posłusznie, łypiąc to na Borysa, to na Dydyńskiego — na tego pierwszego z nadzieją, a na drugiego ze strachem. Kiedy wzuł buty, szlachcic popchnął go do sieni.

— Idziemy!

— Fiediuszka! — rozdarł się protopop na widok małego sługi, który wtulił się w kąt izby. — Biegnij po ludzi, rwetes rób! Nie zostawiaj.

Chłopiec dygotał, ale nic nie pisnął. Obrócił głowę, aby nie patrzeć na ojczulka.

— Fiediuszka, łajdaku! Bodaj cię wilcy rozdarli. Sprawię ci basy, jak wrócę.

— Nie gróź! — Dydyński pchnął go z furią. — Skąd wiesz, że wrócisz? A ty, mały, trzymaj język za zębami.

Przemierzyli sień pełną kwaśnego zapachu kapusty, pchnęli drzwi na schody i…

I stanęli jak wryci.

Mierzyło w nich pięć luf moskiewskich piszczeli. Błyszczały szable, czekany, dwa berdysze wielkie jak półksiężyc na niebie.

Dydyński zliczył Moskali. Siedmiu. Nie wszyscy zmieścili się przy drzwiach — część stała niżej, na schodach.

Dziewięciu. Duża siła. Sześciu strzelców w kaftanach, ferezjach, szubach.

— Nie uciekaj, Lasze! — zagrzmiał najbliższy, bez brody i szczerbaty, aż świszczało. — Bo wszystko, co na tobie, nasze!

Dydyński puścił ramię popa. Ojciec Witalij przezornie odsunął się na bok, wmieszał w tłum i przeżegnał — wolno, z namysłem.

— Łajdaki! — zakrzyknął do szczerbatego. — Bliaduny! W żopien' sto chujew wam wbit'! Ile miałem na was czekać?

— Nie sumujcie, ojczulku — zabryzgał śliną szczerbaty. — My ich widzieli, jak leźli i Fiedię złapali przy bramie. Tak i przyczailim się, bom zaraz myślał: przyskrzynimy Litwę!

— Kto was nasłał? — zapytał pop, a jego piskliwy głos zabrzmiał jak zgrzyt żelaza po szkle. — Łżedymitr? Wojewoda?

Dydyński milczał, bo nie wiedział, co rzec. Zasadzka była tak niespodziewana, że po prostu zapomniał języka w gębie.

— A nieprzyjaciel Antychryst będzie poczęty w nierządzie z bladzi Żydówki, z plemienia Dana — rzekł pop. — Lecz Pan na niebiosach założył stolicę swą, a królestwo Jego nad wszystkimi panuje! Dalej, łajdaki, zabrać im broń!

Dwóch, trzech popich służalców skoczyło do Jacka i Borysa. Z przykrym szarpnięciem rozpięli pas z rapciami. Wysoki, ospowaty drągal o twarzy równie rozumnej co oblicze drewnianego bałwana porwał za czapkę stolnikowica, po czym — rzecz oczywista — zaraz założył ją na swoją głowę. Drugi wyrwał pistolet z ręki Borysa, a trzeci szarpnął za rękaw delii i począł zdzierać ją z pleców szlachcica.

— Ani mrugnij, Liasze! — warknął szczerbaty, mierząc z piszczeli wprost w brzuch Dydyńskiego.

— Przeszukać ich!

Zerwali stolnikowicowi kaletkę. Borysowi zdarto szubę, popchnięto pod ścianę. Sprawa szlachcica i jego sługi zaczynała robić się coraz bardziej rozpaczliwa. Zarośnięty aż pod oczy, czarnobrewy typ rozpiął sprzączkę, wysypał na schody zawartość kalety. Z brzękiem potoczyły się diengi, orty i szóstaki. Garść pereł i kilka kamuszków oraz węgierskich dukatów zerwanych z bojarskich kołpaków pod Nowogrodem.

A także coś dużego i brązowego. Chrest z niedźwiedzim łbem. Zarośnięty chwycił go chciwie. Chciał wetknąć za pas, kiedy pop trącił go po ramieniu.

— Iwan, co tam chowasz, łajdaku!

— Oj, krzyżyk, ojczulku najmilszy. I nie chowam, alem… odłożył! Aby do szpary nie wpadł!

— Pokaż!

Pop ujął Niedźwiedzi Chrest, podniósł do oczu i zaraz skoczył do Dydyńskiego.

— Skąd to masz, łajdaku?!

— Az jesm' s wami i niktoże na wy — rzucił szybko Jacek.

1 ... 47 48 49 50 51 52 53 54 55 ... 81
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)