Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Samozwaniec. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Samozwaniec. Tom II

Электронная книга - «Samozwaniec. Tom II». Краткое содержание книги:

Rok 1605. Polskie wojska wkraczają do Moskwy. Czas układów się skończył.
Szarże skrzydlatych jeźdźców roznoszą armie cara Borysa Godunowa.
Oto historia straceńców, którzy wrogów liczyli dopiero po bitwie. Zabitych…
Oto historia ludzi tak szalonych, że poszli w tany z samą Śmiercią. Tak zuchwałych, że uwiedli Fortunę. Tak dumnych, że diabłu plunęli w twarz. I tak hojnych, że za przyjaciół płacili tylko krwią i życiem.
Oto historia awanturników i husarzy, którzy wstrząsnęli murami Moskwy i sięgnęli po koronę carów.
Drugi tom cyklu „Orły na Kremlu” to pełnokrwista powieść husarska.
1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 81
Перейти на страницу:

Nowy zaciąg do armii szedł opornie, choć carscy werbownicy, szafując knutem i żelazem, wcielali chłopów i niechętnych dworian do piechoty i jazdy. Szujski zaś ucałował chrest Borysa, bił czołem caru, potem z podniesionym czołem wyjechał bić Samozwańca, rostrygę i fałszywego carzyka.

Zostawił za sobą złotą Moskwę w oparach grozy i strachu, cara obawiającego się własnego cienia — czy nie ukrywają się w nim spiskowcy i poplecznicy Dymitra. Znów zapełniły się tiurmy i lochy, a ku uciesze wron i kawek zatrzeszczały stryczki na placu Czerwonym. Godunow szalał i mordował. Mensona Bułhakowa utopiono w przeręblu za to, że pił zdrowie Dymitra na bankiecie. Żonę i dzieci Michaiła Tołoczanowa, który przeszedł na stronę Samozwańca, zamknięto w więzieniu.

I wystąpiła Cerkiew. Metropolita Hiob ogłosił Dymitra heretykiem — rostrygą, a Izydor z Nowogrodu rzucił na niego klątwę.

A Dymitr? Cóż — spał spokojnie na kwaterach. Przyjmował poselstwa i deputacje od ludu, Kozaków, czerni, dworian i bojarów. Każdego przyjął, grzecznie witał. A sława jego rozchodziła się, ogrzewając zamarznięte serca.

Siły Dymitra rosły. Poddawały mu się coraz to nowe miasta i wioski. Na wieść o zwycięstwie wstał rozruch i bój w Rylsku nad Sejmem. Mieszkańcy przysłali deputację i poprosili, by car dał im dobrego człowieka na wojewodę. Koniecznie zaś prosili o Polaka, bowiem, jak rzekli w prostych, zwykłych słowach — od wieków każdy Moskal, który nastawał na urzędzie, okazywał się łotrem, szelmą, bladim synom i śmierdzącym bydlęciem.

Carewicz wysłał pana Borszę. Jacek Dydyński, kiedy dowiedział się o wzięciu Rylska, zamarł. A potem zgłosił się do Dymitra po permisję, to znaczy zgodę na odjazd.

W Rylsku, jak mówił Izmajłow w czasie pamiętnej krwawej uczty, żył pop Witalij Trofimowicz. I w Rylsku Dydyński postanowił całą sprawę ostatecznie i definitywnie zakończyć.

Zabrał Borysa, zostawił Nieborskiego pod chorągwią.

I pojechali — na dwa konie, razem z Borszą.

Rozdział XII. Diabelski Chrest

Dydyński i Borys w Rylsku Na targu O popiej sodomii• Zasadzka • Krzyż, który ratuje życie • Dalej w lasy • Tajemniczy więzień • Ikona i znak • Zdrajca w płomieniach • Oboleński ratuje stolnikowica • Powrót marnotrawnego pocztowego • Przysięga • Nadchodzi śmierć • Dziecko Hołomoru

Die 18 ianuarii nowego stylu, 8 starego stylu

Anno Domini 1605

Roku 7114 od stworzenia świata

Posad w Rylsku, świt

Wjechali do Rylska o świtaniu, kiedy dzień przedzierał się przez zasłonę chmur. Śnieg leżał na traktach i ulicach, okrył mroźną szubą dachy, wieże i wały, zasłonił nędzę moskiewską i ubóstwo grodu, który obsypany bielą wyglądał jak z bajki.

Dzwony trzynastu cerkwi i monasteru Wołyńskiego biły na poranne nabożeństwo, kiedy dotarli na plac targowy. Przejechali obok ław, wokół których przemieszczał się tłum grubych Moskali okutanych po same oczy, w szubach, kożuchach, baranicach. Mężczyźni w brunatnych i brązowych kołpakach, niewiasty w chustach i wołosnikach, z rękoma ukrytymi w rękawach mufek. Kolory brązowe i szare, z rzadka mignął żółty kaftan diaka albo bojarzyna.

Dydyński nie wiedział, gdzie szukać popa Witalija Trofimowicza, i był gotów rozpytywać o to po cerkwiach i monasterach. Na szczęście Borys wpadł na lepszy pomysł. Zamiast gadać z kupcami, pociągnął szlachcica pod bracką cerkiew, gdzie jęczeli dziady, starcy i jurodiwi, po czym obrał sobie za cel siwowłosego żebraka w łachmanach. Za garść dienieg stary nie tylko gotów był wyśpiewać wszystko, co wie o popach w Rylsku, ale i do końca życia modlić się za zdrowie wielmożnych do Mikołaja Cudotwórcy. Tak dowiedzieli się, że pop Witalij Trofimowicz był diakonem w Pokrowskiej cerkwi, a jego dwór wznosił się na tej samej ulicy.

Dydyński przyjął pomysł Borysa niechętnie — wręcz miał ochotę palnąć go w gębę, żeby Moskal czasem nie pomyślał, że jest sprytniejszy od pana. Darował mu jednak i oznajmił, że mają z popem do pomówienia. W rzeczywistości jednak szlachcic ani myślał zawracać sobie głowy pogawędką, zamierzał porwać Witalija, a potem przycisnąć, aby pokazał drogę do Starca.

Popi dwór nie był okazały — z sosnowych okrągłych bierwion, nieociosanych w podłużne belki jak dwory i karczmy w Polsce — otoczony palisadą, zza której wystawały kryte korą dachy powarni, czyli kuchni, obory i szopy. Z komina polatywał dym, wszystkie cztery wrota były zamknięte na głucho. Nad głównymi widniała ikona świętego Jerzego na siwym koniu, przebijającego nikczemnego, wijącego się pod nim skrzydlatego węża. Wąż nie miał — o ile Dydyński mógł dostrzec — oblicza polskiego szlachcica ani papieskiej tiary na łbie.

Przywiązali konie do drągów przed wejściem i załomotali do drzwi, bo Jacek nie miał innego pomysłu, jak dostać się do środka, a Borysa wolał nie pytać. Minęła chwila, szczęknęły żelazne kuny i wrota otwarły się trochę.

Szlachcic wyciągnął rękę, aby chwycić sługę czy pachołka za brodę.

Przeliczył się, bo w szparze zamajaczył zupełny gołowąs — chłopiec liczący może trzynaście wiosen. Dydyński zatoczył się — zamiast go złapać, popchnął; wpadł w czeluść bramy, do wrotnej izby. Sługa krzyknął, ale tylko raz. Jacek ucapił go za kark, zatykając gębę.

— Prowadź do popa! Spróbuj pisnąć, a zapłaczesz krwawymi łzami. Doprowadzisz, włos ci nie spadnie. Idź!

Szlachcic popchnął wyrostka w stronę dworu. Weszli na ganek, z niego na schody zabudowane dachem i galerią. Potem na podklet, do gornicy. Pacholik otworzył drzwi, skłonił głowę, przechodząc przez próg. W środku było gorąco, buchało parą, zapachem kapusty i gotowanego mięsa.

— Bez sztuczek!

Chłopak, dygocąc, wskazał drzwi do bocznej izby — szerokie, dębowe, nabijane bretnalami. Jacek czuł jego strach.

— Batiuszka Witalij zakazał wchodzić — wyszeptał wyrostek. — Ja tam nie pójdę… Za żadne skarby, ojczulku. On Somkę na piec zabrał, a ja nie chcę, aby i mnie wziął. Znaczy do siebie… Boli, wujaszku!

1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 81
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)