Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Żmija - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Żmija

Электронная книга - «Żmija». Краткое содержание книги:

Powiesc rozgrywa sie podczas wojny w Afganistanie, a jej bohaterem jest rosyjski zolnierz. Choc brzmi to realistycznie, wielbiciele fantasy moga spac spokojnie.- W Zmii pojawi sie bardzo duzo magii - zapewnia Sapkowski.
AFGANISTAN - tutaj od wiekow scieraly sie krwawo armie kolejnych wladcow dazacych do wladzy nad swiatem. Tu walczyli i gineli najezdzcy z Macedonii, Wielkiej Brytanii i Rosji. A umierajacych obserwowaly z ukrycia zimne oczy z czarna, pionowa zrenica. Oczy zlotej zmii, ktora jest i ktorej nie ma.
ZMIJA to nowy swiat, to zupelnie nowa formula literacka, zadziwiajace polaczenie fantasy i realistycznej powiesci wojennej...
ZMIJA jest piekna i zlowroga...
AFGANISTAN, SIODMY ROK PANOWANIA Aleksandra Wielkiego. W zapomnianej przez bogow krainie gina najdzielniejsi synowie Macedonii.
ALEKSANDROS HO TRITOS HO MAKEDON
27 LIPCA 1880. W trakcie drugiej wojny angielsko-afganskiej, 66. pulk piechoty traci w bitwie pod Mainwandem 64 procent swego stanu.
GOD SAVE THE QUEEN!
15 LUTEGO 1989.
Kres sowieckiej interwencji w Afganistanie. Zginelo ponad 13 tysiecy zolnierzy ZSRR.
DA ZDRAWSTWUJET SOWIETSKIJ SOJUZ!
ROK 2009.
Znowu tu sa. Nie szurawi i nie Amerykanie. To jacys inni, zeslani przez szatana niewierni
Oby wygubil ich Allah.
LA ILAHA ILL-ALLAH...
1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52
Перейти на страницу:

Barmalej, starszy praporszczyk Władlen Askoldowicz Samojłow, i sierżant Dimitrij Ippolitowicz Guszczyn. Że ogniem z utiosa i pekaemu, a potem granatami odparli jeszcze jeden atak, po którym już jednak walczyć nie byli w stanie. Gdy mudżahedini obleźli bezbronny już blokpost i dobyli noży, nadeszła wreszcie odsiecz. Poprzedzona szybkim i gwałtownym nalotem klucza Su-17. Bomby kasetowe, napalm i nursy pokryły całe przedpole i dwa ze zdobytych przez duszmanów blokpostów, „Rusłana” i „Muromca”. Zamieniając oba w czarne pogorzelisko.

Lewart nie wiedział, że Barmalej jeszcze wtedy żył.

– Śmierć druga… – wyszeptał z wysiłkiem. – Jezioro ognia…

Major spojrzał na niego z ukosa. Potem wziął pod ramię, poprowadził w stronę Bastionu, dalej od myszkujących po pobojowisku sanitariuszy i spadochroniarzy z przybyłej z odsieczą broniegrupy. Lewart sztywno stawiał kroki, wciąż półprzytomny, wciąż otępiały i nieczuły. Mimo otępienia dał się zaskoczyć. I zadziwić.

Albowiem Sawieliew, ku zdumieniu Lewarta, uklęknął. Kląkł. Padł na kolana. Skłonił się głęboko skrwawionej ziemi i rozsypanym na niej łuskom. Trwał tak przez chwilę. Potem uniósł głowę i przeżegnał się szeroko.

– Pomjani, Gospodi Boże nasz – zaczął – skonczawszichsa rabow Twoich, bratjew naszych, jako Błag i Czełowiekolubiec, otpuszczajaj griechi i potriebliajaj nieprawdy, osłabi, ostawi i prosti wsia wolnaja ich sogrieszenija i niewolnaja, izbawi ich wiecznyja muki i ognia giejenskago, daruj im priczastije i nasłażdienije wiecznych Twoich błagich, ugotowannych ljubiaszczim Tja.

Przeżegnał się jeszcze raz, jeszcze raz nisko pokłonił.

– Tiemże miłostiw im budi i so swjatymi Twoimi jako Szczedr upokoj: niest’ bo czełowieka, iże pożywiot i nie sogrieszit. No Ty Jedin jesi kromie wsiakago griecha, i prawda Twoja prawda na wieki, i Ty jesi Jedin Bog miłostiej i szczedrot, i czełowiekolubija, i Tiebie sławu wozsyłajem, Otcu i Synu i Swjatomu Duchu, nynie i prisno i wo wieki wieków. Amiń.

Lewart odruchowo też się przeżegnał. W milczeniu.

Jeśli tamto, w jaskini, pomyślał, było czymś więcej niż halucynacją i heroinowym odjazdem, to muszę wrócić. Do niej. W tym świecie nie znajdę już miejsca. I wcale nie chcę szukać. Dokonałem wyboru. To już nie jest mój świat. Muszę wrócić.

Sawieliew wstał z wyraźnym trudem, na klęczkach jego kalectwo mocno widać dało się we znaki. Masując kolano, zwrócił wzrok na Lewarta. Jakby na coś czekał.

– Towarzyszu majorze.

– Tak?

– Wyście się modlili.

– Doprawdy? – Sawieliew uśmiechnął się lekko. – Wierzyć się nie chce. To straszne, co ta wojna robi z człowieka.

– Mógłbym – poprawił na sobie kombez – wyjaśnić rzecz w sposób wzniosły i emfatyczny. Wygłosić coś o tym, jak to koszmar wojny sprawia, że nawet bezbożnicy odnajdują w swych zatwardziałych sercach drogę do Boga i przypominają sobie słowa modlitwy. Ale ja nie przepadam za górnolotnością, a wyjaśnienie jest dużo prostsze. Pochodzę z religijnej rodziny, z modlitwami stykałem się od dziecka niemal. Nawet w czasach, gdy groziło to surowymi konsekwencjami, w domu dziadków modlono się. Cichutko, jak sam rozumiesz. Ale się modlono. Cóż, czasy się zmieniły, konsekwencje złagodniały… Ale raczej nie mów, proszę, o tej modlitwie nikomu w szpitalu.

– W jakim szpitalu?

Kulawy Major szybkim ruchem wydobył stieczkina z kabury i strzelił mu w bark. Lewart runął na kolana. Chwycił się za ramię, otwarł usta do krzyku. Ale tylko zaskrzeczał.

– Sanitaaariuuuusz! Tutaaaj! – Major schował pistolet, rzucił przed Lewarta indpakiet, indywidualny pakiet opatrunkowy. – Masz, przyciśnij to do rany. Jako kadra, z tej zastawy musisz zejść jako trzechsetny, inaczej będą pytania, zrodzą się podejrzenia i możesz mieć ogrom kłopotów. Nie mdlej. Albo mdlej, co za różnica, i tak zaraz zabiorą cię łapiduchy, już tu biegną. Bywaj.

– Pewnie zastanawia cię – Sawieliew, wbrew zapowiedzi, wcale nie sposobił się do odejścia – z jakiego to powodu tracę czas i amunicję na wybawianie cię od kłopotów. Wiedz więc, że i ja widziałem kiedyś złotą żmiję. Poszedłem za nią, ale w odróżnieniu od ciebie w porę się cofnąłem. Ale ciebie rozumiem.

– Nadto – dorzucił, tym razem naprawdę odchodząc – godzi się wybawić z opresji krewniaka. A tyś mi powinowatym, Polaczku. Wszystko jest w aktach, wszystko, a wielka, przemożnie wielka jest siła papieru. Moja babka, Jelizawieta Pietrowna z domu Mołczanowa, ta ortodoksyjnie religijna, z licznego rodu kupców Mołczanowych, podobnie jak twoja pochodziła z Wołogdy. A zatem, jak to mówią, krew nie woda, geny nie fistaszki. Bywaj, krewniaku. Pomogłem, jak mogłem, teraz radź już sobie sam.

* * *

Sanitarne Mi-4 z rannymi już odleciały, opatrzonego, półprzytomnego i bladego jak śmierć Lewarta położono więc po bojowemu na pancerz jednego z beteerów powracającej broniegrupy. Za towarzyszy podroży miał, oprócz łapiduchów, spadochroniarzy ze Sto Trzeciej, młodych, ogorzałych, w pasiastych tielniaszkach pod rozchełstanymi pieszczankami. Ryknęły silniki, buchnęły spaliny, wzbił się tumanami kurz, czołgi i transportery ruszyły na kabulski szlak. Nad głowami zaterkotały „Krokodiły”, szturmowe Mi-24.

Warczały motory, dusiły spaliny, pył wdzierał się w oczy i w nosy. Ale krążące na niebie „Krokodiły” dawały poczucie bezpieczeństwa, podnosiły morale i nastroje. Chciało się żyć. Chciało się śpiewać. Nie dziwota więc, że z serc, dusz i spadochroniarskich gardeł wyrwała się pieśń. Rozparci na pancerzach chłopcy ze 103. Witebskiej Gwardyjskiej Dywizji Powietrznodesantowej ryczeli, ile sił w płucach.

Nastupajet minuta proszczanija, Ty gliadisz mnie triewożno w głaza, I łowlju ja rodnoje dychanije, A wdali uże dyszyt groza!
Proszczaj, otczij kraj, Ty nas wspominaj, Proszczaj, miłyj wzgliad, Prosti-proszczaj, prosti-proszczaj…

– Ej, piechota! Czego nie śpiewasz? Umarłeś? Że co? Że ranny? Też mi rana! Rana to jest wtedy, kiedy flaki wyłażą z brzucha! Coś taki blady? Ożywić cię trza? A nu daj jemu sóję w bok, Fonar! Ohohoo! Patrzcie! Będzie rzygał! Będzie rzygał!

1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)