Harfista na wietrze [Harpist in the Wind - pl]
- Автор: МакКиллип Патриция
- Серия: Mistrz Zagadek #3
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-87968-45-5
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Harfista na wietrze [Harpist in the Wind - pl]». Краткое содержание книги:
Nominowana do nagrody Hugo w 1980.
— Ja pragnęłam tej mocy.
Na twardej, starczej twarzy czarodzieja odmalowała się znowu zaskakująca łagodność. Yrth dotknął Raederle tak, jak przed chwilą dotykał źdźbła trawy.
— Bierz ją więc.
Cofnął rękę. Raederle spuściła głowę; Morgon nie widział teraz jej twarzy. Chciał odgarnąć jej włosy, ale wstała gwałtownie i odwróciła się do niego plecami. patrzył, jak odchodzi między drzewa, obejmując się rękami. Gardło mu się ścisnęło.
— Nic mi nie zostawiłeś… — wyszeptał.
— Morgonie…
Morgon wstał i ruszył za Raederle poprzez gęstniejącą mgiełkę, pozostawiając sokoła z jego łupem.
Przez kilka następnych dni podróżowali pod postaciami kruków, a kiedy niebo się przecierało, pod postaciami sokołów. Dwa z sokołów pokrzykiwały do siebie przeszywającymi głosami; trzeci słyszał je, ale milczał. Polowali pod postaciami ptaków; spali i budzili się, patrząc na blade słońce bystrymi, dzikimi oczami. Kiedy padało, przemieniali się w kruki i w strugach deszczu lecieli dalej. Pod nimi przesuwał się nie kończący się ocean drzew. Wreszcie na horyzoncie zamajaczyło pasmo wzgórz.
Na kilka chwil przed zachodem słońce wychynęło zza chmur. W jego promieniach zasrebrzyły się nitki rzek, jeziora zalśniły jak monety rozrzucone pośród zieleni. Widok słońca dodał sił zmęczonym sokołom. Jeden z nich, oczarowany wyraźnie widokiem światła, przyśpieszył nagle i wysforował się do przodu. Morgon, przekonany, że to Raederle, pomknął za nim, wyprzedzając prowadzącego sokoła. Nie zdawał sobie sprawy, że dziewczyna potrafi latać tak szybko. Nie mógł jej dopędzić, choć wytężał siły do tego stopnia, że w końcu ogarnęło go wrażenie, iż zgubił swoją postać i jest samą miłością gnającą na fali światła. Doganiał powoli sokola, w zapadających ciemnościach widział już jego rozłożyste skrzydła i brzuch, i nagle uświadomił sobie, że to nie Raederle, lecz Yrth.
Nie zwolnił jednak, dopędzenie czarodzieja postawił sobie za punkt honoru. Leciał co sił w skrzydłach. Knieja falowała pod nim jak morze. Cal po calu zmniejszał dystans i w końcu zrównał się z Yrthem. Lecieli skrzydło w skrzydło tak szybko, że odnosił wrażenie, iż gdyby jeszcze trochę przyśpieszył, stopiłby się w jedno z wiatrem.
Krzyknął i zanurkował ku łagodnie pofałdowanym wzgórzom w dole. Prawie nie poruszał skrzydłami; niesiony prądami powietrza wylądował na ziemi i zmienił postać. Otoczyła go wysoka trawa. Przywarł twarzą do gruntu i leżał tak z rozpostartymi ramionami, dopóki nie uspokoiły się walące serce i zdyszany oddech. Wtedy przekręcił się na wznak i wstał. Sokół krążył nad nim. Obserwował go przez chwilę, a potem wyciągnął ku niemu rękę. Sokół spadł z nieba jak kamień i przysiadł mu na ramieniu.
Tę noc trzy sokoły spędziły wśród wzgórz Herun. O świcie w wilgotne, mgliste powietrze wzbiły się trzy kruki. Leciały nad wioskami i kamienistymi pastwiskami, których monotonię przerywało tu i ówdzie poskręcane wiatrem drzewo albo strzelający w niebo monolit. Zaczął mżyć drobny kapuśniaczek, który towarzyszył im już do samego Miasta Kręgów.
Tym razem morgola nie przewidziała ich przybycia. Za to na dziedzińcu czekał cierpliwie czarodziej Iff. Zdziwiona morgola wyszła przed dom dopiero, kiedy wylądowały tam trzy czarne, przemoczone ptaki. Przyglądała się z fascynacją, jak zmieniają postaci.
— Morgonie… — Ujęła w dłonie wychudzoną, zmęczoną twarz Morgona i ten dopiero teraz zdał sobie sprawę, kogo jej sprowadził.
Yrth trzymał się na uboczu, sprawiał wrażenie zaaferowanego, tak jakby obserwował tę scenę oczami wszystkich obecnych i starał się sortować galimatias obrazów. Morgola odgarnęła z twarzy Raederle mokre włosy.
— Stałaś się zagadką An — powiedziała i Raederle szybko spuściła wzrok. Ale morgola wzięła ją pod brodę, zmusiła do uniesienia głowy i pocałowała. Potem spojrzała pytająco na czarodziejów.
Iff położył dłoń na ramieniu Yrtha i powiedział uspokajającym tonem:
— To Yrth, El. Wy się chyba nie znacie.
— Nie. — Morgola skłoniła się. — Witam w moich skromnych progach, Twórco Gwiazdek. Wejdźmy, pada. Zwykle wiem z wyprzedzeniem, kto przekracza wzgórza, i przygotowuję się na przyjęcie gości, ale nie zwróciłam uwagi na trzy zmęczone kruki. — Położyła delikatnie dłoń na ramieniu Yrtha i poprowadziła go do drzwi. — Skąd przybywacie?
— Z Isig przez Osterland — odparł czarodziej. Głos miał jakby cichszy niż zazwyczaj. Strażniczki rozstawione w labiryncie korytarzy sunęły za gośćmi wzrokiem, nie zmieniając postawy. Morgon wpatrywał się w plecy kroczącego obok morgoli Yrtha i słuchał jednym uchem Iffa, który szedł obok niego.
— Dowiedzieliśmy się o ataku na Hed zaledwie kilka dni po fakcie — mówił czarodziej — oto jak szybko rozchodzą się wieści w królestwie. Wybuchła panika. Większość mieszkańców Caithnard opuściła miasto, ale gdzie mogą się schronić? W Ymris? W An, które Mathom, ruszając ze swoją armią na północ, pozostawił niemal bezbronne? W Lungold? To miasto nie doszło jeszcze do siebie po własnej tragedii. Nie ma dokąd uciekać.
— Czy Mistrzowie również opuścili Caithnard? — spytała Raederle.
Czarodziej pokręcił głową.
— Nie. Nie chcą stamtąd odejść. — W jego głosie pojawiła się lekka irytacja. — Morgola poprosiła mnie, żebym udał się do nich i zapytał, czy nie potrzebują pomocy, statków, którymi mogliby się ewakuować razem ze swoimi księgami. Powiadają, że sekret unikania śmierci kryje się być może w komentarzach do sztuki rozwiązywania zagadek, ale z tych komentarzy wynika przecież, że nieroztropnie jest odwracać się do śmierci plecami, bo czyniąc to, znowu ujrzysz ją przed sobą. Próbowałem przemówić im do rozsądku. Powiedzieli, że bardziej niż statki pomogłyby im odpowiedzi. Ostrzegłem, że pozostając na miejscu, mogą zginąć. Zapytali, czy śmierć to najgorsze, co może się im przydarzyć. I wtedy zacząłem chyba pojmować sztukę rozwiązywania zagadek. Ale nie jestem w niej biegły na tyle, by stawać z nimi do zawodów.
— Mądry człowiek — powiedział Morgon — podąża tropem zagadki uparcie jak sknera za monetą, która toczy się ku szparze między deskami podłogi.
— Najwyraźniej. Wydali mi się czymś bardzo kruchym i jednocześnie bardzo cennym dla królestwa… Co byś zrobił na moim miejscu?
Cień uśmiechu zniknął z oczu Morgona.
— Tylko jedno. Pozwolił samym o sobie decydować.
Morgola zatrzymała się w wejściu do wielkiej, widnej, wyłożonej kobiercami sali ze złotobrązowymi zasłonami w oknach.
— Moi słudzy przyniosą wam zaraz wszystko, czego wam potrzeba do szczęścia — zwróciła się do Morgona i Raederle. — Dom będzie strzeżony. Przyjdźcie do komnaty Iffa, kiedy już odpoczniecie po podróży. Porozmawiamy.
— Ja nie mogę u ciebie zostać, El — powiedział cicho Morgon. — Nie przyjdę porozmawiać.
Podejrzewał, że choć tego po sobie nie okazała, zaintrygowało ją to oświadczenie. Położyła mu dłoń na ramieniu.
— Ściągnęłam tu wszystkie strażniczki z miast i granic; szkolą się teraz pod okiem Goh, żeby w razie potrzeby ruszyć z tobą na południe.
— O, nie — żachnął się Morgon. — Dosyć już strażniczek zginęło na moich oczach w Lungold.
— Morgonie, musimy rzucić na szalę wszystkie nasze siły.
— Herun dysponuje inną, większą mocą. — Teraz zauważył zmianę na jej twarzy. Zerknął na Yrtha stojącego za nią nieruchomo jak cień i naszły go wątpliwości, czy mówi te słowa sam z siebie, czy za podpuszczeniem czarodzieja. — Po nią właśnie przybyłem. Jest mi potrzebna.
Morgola zacisnęła dłoń na jego ramieniu.