Harfista na wietrze [Harpist in the Wind - pl]
- Автор: МакКиллип Патриция
- Серия: Mistrz Zagadek #3
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-87968-45-5
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Harfista na wietrze [Harpist in the Wind - pl]». Краткое содержание книги:
Nominowana do nagrody Hugo w 1980.
— Zauważyłem.
— Bardzo się staram… staram się mu ufać. Ale potem przypomina mi się, jak cię skrzywdził. Wtedy zaczynam się go bać. I nachodzą mnie wątpliwości, dokąd nas tak naprawdę prowadzi… A potem znowu zapominam o tym strachu. — Pociągnęła w zamyśleniu kosmyk mokrych włosów Morgona. — Morgonie… — Co?
— Sama nie wiem. — Podniosła się z ziemi zła na siebie. — Sama nie wiem, co o tym myśleć.
Przeszła w drugi koniec polanki, by przyjrzeć się skupisku jasnych grzybów. Morgon zszedł nad szeroką rzekę i stanął w płytkiej wodzie, nieruchomy jak pieniek starego drzewa, wypatrując ryb i starając się nie myśleć. Kiedy drugi pstrąg wyśliznął mu się z dłoni, wytworzył w umyśle odbicie szarości wody i nieba, i zaczął myśleć jak ryba.
Schwytał trzy pstrągi i z braku innego narzędzia wypatroszył je swoim mieczem. Yrth i Raederle patrzyli na niego dziwnie, kiedy wracał z rybami do ogniska. Raederle uśmiechała się. Wyraz twarzy czarodzieja był niezgłębiony. Podszedł do nich, położył ryby na płaskim kamieniu i wytarł klingę miecza trawą. Wsunął oręż z powrotem do pochwy skrytej pod iluzją i przykucnął przy ognisku.
— No dobrze — powiedział. — Instynkt. — Zaczął nadziewać wypatroszone ryby grzybami zebranymi przez Raederle. — Ale to nie wyjaśnia szybkości, z jaką pokonałeś drogę na Hed i z powrotem.
— Jaką odległość potrafisz przebyć w ciągu jednego dnia?
— Może przeciąć Ymris. Nie wiem. Nie lubię przemieszczać się od chwili do chwili na długich dystansach. To wyczerpujące i nigdy nie wiadomo, na czyj umysł przypadkowo się natrafi.
— Widzisz — powiedział cicho czarodziej — ja byłem zdesperowany. Bałem się, że uda ci się jakoś przełamać blokadę umysłu przed moim powrotem.
— Nie wystarczyłoby mi na to…
— Dysponujesz wystarczającą mocą. Widzisz w ciemnościach.
Morgon patrzył na niego przez chwilę w milczeniu. Czuł, że dostaje gęsiej skórki.
— A więc to było to? — wyszeptał w końcu. — Wspomnienie?
— Ciemności Isig.
— Albo Góry Erlenstar.
— Owszem. Takie to było proste.
— Proste. — Przypomniała mu się prośba w głosie Hara i odetchnął głęboko. Zawinął ryby w mokre liście i wsunął kamień w ognisko. — Nic nie jest proste.
Czarodziej przesunął palcem po piórku trawy.
— Niektóre rzeczy są. Noc. Ogień. Źdźbło trawy. Jeśli wkładasz rękę w ogień i myślisz o swoim bólu, sparzysz się. Jeśli jednak myślisz tylko o ogniu, albo tylko o nocy, akceptując ją, bez rozpamiętywania… staje się ona bardzo prosta.
— Nie potrafię zapomnieć.
Czarodziej nie odzywał się. Kiedy ryby zaczęły skwierczeć, znowu się rozpadało. Posilili się w pośpiechu, zmienili postaci i wzbili się w powietrze, by poszukać schronienia między drzewami.
Dwa dni później, pod wieczór, przecięli Ose i na brzegu tej wartkiej, dzikiej rzeki znowu powrócili do swoich postaci. Patrzyli na siebie z lekkim oszołomieniem, jakby zaskoczeni własnymi kształtami.
Raederle usiadła z westchnieniem na pniu zwalonego drzewa.
— Już nie mogę — szepnęła. — Tak mnie zmęczyło bycie krukiem. Zaczynam zapominać ludzkiej mowy.
— Upoluję coś — powiedział Morgon, ale stał dalej. Zmęczenie przenikało mu wszystkie członki.
— Ja zapoluję — zaoferował się Yrth i zanim zdążyli zareagować, ponownie zmienił postać. Sokół wzbił się wysoko w powietrze, wyrównał lot i zaczął zataczać kręgi.
— Jak on może polować — szepnął Morgon — skoro jest ślepy?
Sokół zanurkował.
— On jest jak Panowie Ziemi — powiedziała Raederle i Morgona przeszedł dziwny dreszcz. — W nich wszystkich jest to straszliwe piękno. — Patrzyli, jak ptak znowu wznosi się w powietrze. Trzymał coś w szponach. Raederle wstała powoli i zaczęła zbierać drewno na ognisko. — Potrzebny będzie rożen.
Morgon odłamał gałąź i zaczął ją odzierać z kory. Sokół złożył martwego królika przy rozpalonym przez Raederle ognisku i po chwili przed nimi stał znowu Yrth. Oczy miał z początku jakieś obce, pełne czystego, dzikiego powietrza, ale szybko powróciły do swojego dawnego wyglądu. Morgon spytał go, jak wytropił ofiarę.
— Wyczułem jej strach — odparł czarodziej. Wyciągnął nóż zza cholewy buta i usiadł. — Oprawisz go? Ja miałbym z tym kłopot.
Morgon przystąpił bez słowa do pracy. Raederle podniosła z ziemi przeznaczoną na rożen gałąź i usunęła z niej resztki kory.
— Znasz sokoli język? — spytała nagle.
Twarz ślepca zwróciła się w jej stronę. Morgon, słysząc dziwną łagodność w głosie dziewczyny, znieruchomiał z nożem w ręku.
— Trochę — odparł czarodziej.
— Możesz go mnie nauczyć? Czy musimy całą drogę do Herun odbyć pod postaciami kruków?
— Jeśli chcesz… Myślałem, że jako mieszkanka An najlepiej się czujesz pod postacią kruka.
— Nie — powiedziała cicho. — Dobrze mi pod wieloma postaciami. Ale miło z twojej strony, że o tym pomyślałeś.
— Jakie postaci potrafisz przyjmować?
— Och… ptaka, drzewa, łososia, borsuka, łani, nietoperza, vesty… szybko straciłam rachubę, szukając Morgona.
— Zawsze go odnajdywałaś.
— Ty też.
Yrth obmacywał ziemię wokół siebie, szukając gałęzi do podparcia rożna.
— Tak…
— W zająca też się przemieniałam.
— Zając jest ofiarą jastrzębia. Stosowałaś się do praw ziemi.
Morgon odrzucił skórę i wnętrzności królika w paprocie i sięgnął po rożen.
— A prawa królestwa? — odezwał się niespodziewanie. — Czy Pan Ziemi nic sobie z nich nie robi?
Czarodziej znieruchomiał. W jego oczach pojawił się cień bezlitosnej siły sokoła i Morgon się zmieszał. Odwrócił wzrok.
— Nie każdy — powiedział wymijająco Yrth. Morgon umieścił rożen z królikiem nad ogniskiem i obrócił go kilka razy na próbę. I naraz dotarła doń dwuznaczność odpowiedzi czarodzieja. Przykucnął i spojrzał badawczo na Yrtha. Ale pierwsza odezwała się Raederle i wyraźna nutka bólu w jej głosie kazała mu zachować milczenie.
— To dlaczego, według ciebie, moi krewniacy prowadzą na Wichrowej Równinie wojnę przeciwko Najwyższemu? Skoro moc jest po prostu sprawą znajomości deszczu i ognia, a prawa, do których oni sami się stosują, to prawa ziemi?
Yrth milczał. Słońce skryło się w gęstych chmurach na zachodzie. Opadła na nich mgiełka zmierzchu. Czarodziej wyciągnął rękę, namacał rożen i obrócił go powoli.
— Według mnie — powiedział — Morgon słusznie przypuszcza, że Najwyższy ogranicza moc Panów Ziemi. A to wystarczający powód, żeby nastawali na jego życie… Jednak pod tą zagadką zdaje się kryć wiele innych. Kamienne dzieci z Isig ściągnęły mnie przed wiekami do swojego grobowca swym smutkiem. Odarto je z mocy. Dzieci są dziedzicami mocy; być może dlatego właśnie je wyeliminowano.
— Zaczekaj. — Morgonowi drżał głos. — Chcesz przez to powiedzieć… sugerujesz, że w tym grobowcu pogrzebany został dziedzic Najwyższego?
— Istnieje chyba taka możliwość, nieprawdaż? — Tłuszcz prysnął w ognisko i Yrth obrócił znowu zająca. — Kto wie, czy nie był nim chłopiec, który powiedział mi, że muszę osadzić gwiazdki w harfie i mieczu dla kogoś, kto przyjdzie za setki lat i upomni się o nie…
— Ale dlaczego? — wyszeptała Raederle. — Dlaczego? — Widziałaś sokoła w locie… jego piękno i zabójczą sprawność. Gdyby taka moc nie była ograniczana żadnym prawem, to ona i żądza jej posiadania stałyby się tak straszne…