Harfista na wietrze [Harpist in the Wind - pl]
- Автор: МакКиллип Патриция
- Серия: Mistrz Zagadek #3
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-87968-45-5
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Harfista na wietrze [Harpist in the Wind - pl]». Краткое содержание книги:
Nominowana do nagrody Hugo w 1980.
— Jestem ci winien wszystko. — Morgon czekał. Płomienie rozmywały mu się powoli przed oczyma; znowu odpływał, tym razem we własne wspomnienia.
Król przeglądał je trochę na chybił trafił, nie bardzo wiedząc, czego szuka. Po chwili przerwał więź i spojrzał na Morgona ze zdumieniem.
— Uderzyłeś starego, ślepego czarodzieja?
— Tak. Nie mogłem go zabić.
Oczy króla płonęły lodowym blaskiem. Chciał chyba coś powiedzieć, ale zrezygnował i ponownie uchwycił wątek wspomnień Morgona. Poruszał się po nich tam i z powrotem, od Drogi Kupców poprzez Lungold do Góry Erlenstar, a kończąc na tygodniach, które Morgon spędził na rubieżach, grając na harfie wiatrom. Obejrzał śmierć harfisty; wysłuchał rozmowy Yrtha z Morgonem i z Dananem w Isig; wysłuchał Raederle zadającej Morgonowi zagadkę, która skłoniła go do powrotu z martwej ziemi do świata żywych. Potem zerwał znowu więź i zaczął krążyć po izbie niczym wilk.
— Deth.
Na dźwięk tego imienia Morgonowi zimny dreszcz przeszedł po plecach, tak jakby Har jednym słowem obrócił niemożliwe w prawdę. Król zatrzymał się w końcu przy nim i zapatrzył w ogień. Morgon opuścił głowę i wsparł czoło na przedramionach.
— Nie wiem, co robić. Takiej jak on mocy nie ma nikt w królestwie. Czułeś tę blokadę umysłu…
— On od początku blokował twój umysł.
— Wiem. A ja nie potrafię mu się oprzeć. Nie potrafię. Widziałeś, jak przywabił mnie do siebie na Drodze Kupców… bez najmniejszego wysiłku. Harfą, na której ledwie brzdąkał. Przyszedłem do niego… W Anuin nie mogłem go zabić. Zresztą nawet nie chciałem. Szukałem tylko pretekstu, żeby tego nie zrobić. Podsunął mi go. Myślałem, że zniknie z mego życia na zawsze, bo wydawało mi się, że nie pozostawiłem mu w królestwie ani jednego miejsca, gdzie mógłby grać. Okazało się, że jedno takie miejsce pozostało. I zagrał mi. Znowu mnie zdradził i widziałem, jak umiera. Ale on nie umarł. Zamienił tylko jedną maskę na inną. Sporządził miecz, którym omal go nie zabiłem. Rzucił mnie Ghisteslwchlohmowi jak kość i tego samego dnia uratował mnie przed Panami Ziemi. Nie pojmuję jego motywów. Nie mogę rzucić mu wyzwania. Nie mam dowodu, i wybroniłby się z łatwością od każdego zarzutu. Przeraża mnie jego moc. Nie wiem, czym on jest. Jego milczenie jest jak milczenie drzewa… — Morgon zawiesił głos i wsłuchał się w milczenie Hara.
Po chwili uniósł głowę. Król wpatrywał się wciąż w ogień, ale Morgon odnosił wrażenie, że patrzy tak z odległości wielu wieków. Nie poruszał się, nie widać było nawet, żeby oddychał. Tak ściągniętej twarzy Morgon jeszcze u niego nie widział, zmarszczki na niej zdawały się być wyżłobione przez lodowate, bezlitosne wichry, które szalały nad jego krainą.
— Morgonie — wyszeptał — bądź ostrożny. Dopiero po chwili Morgon uświadomił sobie, że nie było to ostrzeżenie, lecz prośba. Król przykucnął i ujął Morgona za ramiona tak delikatnie, jakby dotykał czegoś złudnego, nieuchwytnego, co dopiero zaczyna się materializować w jego dłoniach.
— Harze…
Król pokręcił głową, ubiegając jego pytanie. Patrzył Morgonowi w oczy z dziwnym napięciem, jakby chciał wejrzeć w samo serce jego konfuzji.
— Niech harfista sam się ujawni…
13
Tylko tyle powiedział mu król-wilk. Ale Morgon widział po jego oczach, że wie więcej, tylko nie chce o tym mówić. Yrth też to chyba wyczuł, bo ostatniego wieczoru przed opuszczeniem Yrye spytał:
— O czym tak rozmyślasz, Harze? Słyszę coś między twoimi słowami.
Siedzieli przy kominku. Wiatr zawodził nad dachem, wysysając strzępy dymu przez otwór w stropie. Har spojrzał na czarodzieja. Starą twarz miał wciąż wyostrzoną tym, co widział. Ale kiedy się odezwał, jego głos był stonowany.
— O niczym takim, co by cię interesowało.
— Dlaczego ja w to nie wierzę? — mruknął Yrth. — Tutaj, w tej izbie, w której od stuleci żyjesz w prawdzie?
— Zaufaj mi — powiedział Har. Czarodziej zwrócił na niego niewidzące oczy.
— Wybierasz się do Ymris.
— O, nie — wyrwało się Morgonowi. Przestał opierać się Yrthowi. Wsunął się ostrożnie w aurę czarodzieja, tak jak podchodzi się do niebezpiecznego, nieprzewidywalnego zwierzęcia. Ale słowa czarodzieja, wypowiedziane tonem ni to stwierdzenia, ni polecenia, obudziły w nim protest. — Harze, czego chcesz szukać w Ymris? Chyba własnej śmierci.
— Nie zamierzam umierać w Ymris — odparł Har. Wyciągnął nad ogień naznaczone piętnem vesty dłonie. Ten gest zafascynował Morgona.
— Co więc zamierzasz?
— Odpowiedź za odpowiedź.
— To nie gra, Harze!
— Czyżby? A co znajduje się na szczycie Wieży Wichrów?
— Nie wiem. Kiedy się dowiem, wrócę tu i podzielę się z tobą swoją wiedzą. Cierpliwości.
— Skończyła mi się cierpliwość — powiedział Har. Wstał i zaczął krążyć niespokojnie po izbie. Zatrzymał się przy czarodzieju, wziął z podłogi dwie małe szczapy drewna i ukląkł, żeby wsunąć je w ogień. — Jeśli zginiesz — podjął — nie będzie miało dla ciebie znaczenia, gdzie jestem. Mam rację?
Morgon milczał. Yrth schylił się, dla zachowania równowagi położył dłoń na ramieniu Hara i podniósł dwie płonące gałązki, które sturlały się z paleniska. Wrzucił je z powrotem w ogień.
— Trudno będzie przedrzeć się do Wichrowej Wieży. Ale myślę, że z pomocą armii Astrina jest to możliwe. — Cofnął rękę z ramienia Hara i otrzepał dłonie z popiołu.
Król wstał. Morgon obserwował jego posępną twarz, wstrzymując się z komentarzem, a w jego umyśle krystalizowała się stanowcza, niezachwiana decyzja.
Pożegnał się z Harem o świcie następnego dnia, po czym trzy kruki wyleciały w długą podróż na południe ku Herun. Lało jak z cebra. Czarodziej prowadził ich ze zdumiewającą pewnością nad równinnymi połaciami Osterlandu i lasami porastającymi brzegi rzeki Ose. Postacie zmienili dopiero za Rzeką Zimową, na skraju rozległej ziemi niczyjej, pomiędzy Osterlandem i Ymris. Trzeciego dnia podróży, przed samym zmierzchem, deszcz wreszcie ustał. Wylądowali na ziemi i wrócili do własnych postaci.
— Na Hel — zwrócił się Morgon do czarodzieja zajętego rozpalaniem ogniska z namokniętych patyków — jak to możliwe, że jesteś takim dobrym przewodnikiem? Doprowadziłeś nas prosto do Rzeki Zimowej. I jak zdołałeś pokonać drogę z Isig na Hed i z powrotem w zaledwie dwa dni?
Yrth zwrócił twarz w stronę, z której dobiegał głos Morgona. Spod jego palców strzelił płomyk i drewno się zajęło. Czarodziej cofnął ręce.
— To instynkt — powiedział. — Ty, lecąc, za dużo myślisz.
— Być może. — Morgon przykucnął przy ognisku. Raederle, oddychając głęboko wilgotnym, pachnącym sosną powietrzem, spoglądała na rzekę.
— Morgonie, może nałowiłbyś ryb? Jestem głodna, a nie chcę powracać do postaci kruka tylko po to, żeby zjeść… co tam kruki jedzą. Ja nazbieram grzybów, dobrze?
— Czuję zapach jabłek — powiedział Yrth. Wstał i ruszył w kierunku, z którego ten aromat go dolatywał. Morgon patrzył za nim z niedowierzaniem.
— Ja tam żadnych jabłek nie czuję — wymruczał. — A lecąc, prawie wcale nie myślę. — Wstał i pochylił się nad Raederle, żeby ją pocałować. — Czujesz jakieś jabłka?
— Czuję rybę. I nadciągający deszcz. Morgonie… — Objęła go niespodziewanie za szyję i zmusiła, by przy niej usiadł. Szukała słów.
— O co chodzi?
— Sama nie wiem. — Przesunęła dłonią po włosach. W jej oczach malowało się zakłopotanie. — On porusza się po ziemi jak Mistrz…