Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Сказки народов мира » O dwoch takich co ukradli ksiezyc
O dwoch takich co ukradli ksiezyc - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

O dwoch takich co ukradli ksiezyc

Электронная книга - «O dwoch takich co ukradli ksiezyc». Краткое содержание книги:

Два близнеца — Яцек и Плацек - ленивые и жестокие мальчики, приносящие неудобства всем односельчанам и готовые на всё, чтобы ничего не делать. Для этого они задаются целью — найти и украсть Луну, чтобы продать её и обеспечить себе безбедную жизнь (мальчики полагают, что та сделана из золота). Украв у своей бедной матери последнюю буханку хлеба, они отправляются в дорогу (позже хлеб превращается в камень).
Пройдя долгий путь, близнецы всё-таки ловят луну в свою сеть, но в результате получают лишь проблемы. В поисках Луны они посетили города Сараделла и Мортаделла, а потом попали в руки заметивших их разбойников. Последние привели их в Золотой Город, где всё было сделано из золота. Любой, кто прикасался к золоту, сам становился золотым. Та же участь постигла и всех разбойников.
Итогом приключения Яцека и Плацека стало их возвращение домой. Осознав свои ошибки, братья решили помогать своим родителям и перестать быть ленивыми.
1 ... 42 43 44 45 46 47 48 49 50 ... 54
Перейти на страницу:

— A jeśli tam bardzo głęboko?

— Ta woda nigdzie nie jest głęboka, żaby nie lubią głębi.

— Och, jak mi serce bije!

— To nic… Będziemy bogaci, Placku!

Księżyc spojrzał z bliska poczciwym wzrokiem na ziemię; zaszumiały jakby na przywitanie drzewa, zaszemrała woda, złotą pieszczotą miesięcznego światła dotknięta, zakrzyknęły swoje senne pozdrowienia wodne ptaki, słysząc to żaby zapragnęły być najważniejsze i o trzy tony podniosły swoje trajkotanie. Księżyc jak pan dobry i łaskawy, co z dalekiej powraca podróży, uśmiechał się mile, w uśmiech całą szeroką swoją zamieniwszy twarz.

— Uśmiecha się — szepnął Placek.

— Nie widzi nas — rzekł Jacek. - Zniża się ku tej zatoczce, gdzie rosną wierzby. Prędzej, prędzej!..

Jak dwa duchy i jak dwa srebrne cienie, pochyleni, kocimi ruchami sunęli przez bujne trawy.

— Księżyc jak ptak, co się na skrzydłach waży, nim zapadnie na wody, chwiał się nisko, mądrymi, dobrymi oczyma patrzył w dal, jakby mu żal było, że za chwilę wszystko na świecie, co teraz za jego sprawą jest złote, poszarzeje i otuli się w mroku. Nie widział więc, że w tym miejscu, w którym co nocy zapadał w wodę na odpoczynek, dwa cienie rozpostarły ogromną płachtę, na dwóch zawieszoną kijach; na poły zanurzyli ją w wodzie, jak sak, i czekali nieruchomo, stężali w oczekiwaniu. Cienie stały po pas w wodzie, tak że w migotliwym świetle mogły udawać zarysy dwóch wierzbowych pni. Ujrzały je żaby i zrozumiawszy w bystrym rozumie, że tu się jakaś niesłychana gotuje nieprawość, zamilkły na chwilę ze zdumienia, nagle jednak podniosły taki rwetes, krzyk i lament, jak gdyby świat cały zapadał się w przepaść. Każda wykrzykiwała ostrzeżenie, lecz w złączonym, straszliwym zgiełku żadnego rozumnego nie można było dosłuchać się sensu.

— Przeklęte żaby! — szepnął Jacek.

— Już… już… - szepnął Placek.

Księżyc, słuchając żabiego hałasu, uśmiechał się pobłażliwie i brzegiem swojego złotego kręgu dotknął wody.

Nagle ucichło wszystko dookoła, jakby z przerażenia: przestały szumieć drzewa, zamarł szept wody.

Księżyc, który już oczy przymykał, otwarł je jednak ze zdumienia, chcąc poznać, co się dzieje w całej naturze i skąd to nagłe milczenie. Wtedy zrozumiał… Za późno! za późno! Już był do połowy zanurzony w wodzie i złotym swoim ciężarem spadał w nią nieuchronnie. Drgnął i jakby się chciał dźwignąć… Na dobrej, poczciwej jego twarzy odbiło się przerażenie, w tym jednak momencie zamknął się nad nim sak, a chłopcy spotniali z nadmiernego wzruszenia, na ramionach oparłszy kije, z wielkim trudem dźwignęli go z wody i wyszli na brzeg z najdziwniejszą złotą rybą, jaką kto kiedykolwiek złowił na tym świecie.

Coś się strasznego stało w tej chwili, bo zdawało się, że padł na ziemię niezmierny jakiś smutek i przygnębienie. Zbudził się wiatr i pognał, wykrzykując straszliwą nowinę, że ukradziono księżyc. Usłyszawszy to drzewa załamały ręce i w wielki, rozgłośny uderzyły płacz. Wody wydęły się gniewem i rozpaczą. Ptaki, odurzone snem, kwiliły żałośnie. Gwiazdy przybladły z trwogi i płakały złotymi łzami. Ludzie, którzy jeszcze nie spali, zadrżeli w sercach.

Jeden tylko ozwał się radosny głos, ale przykry i niepokojący.

— Ha! ha! ha! — zaśmiał się ktoś ohydnym śmiechem — nareszcie będzie mrok, mrok, mrok. Nie trzeba nam światła wśród nocy! Ha! ha! ha! Był to puszczyk.

A po chłopcach przeszedł dreszcz.

Poczuli w głębi dusz, że się za ich sprawą stało coś niegodnego. Zdawało im się, że zabierają, na swoją własność rzecz niczyją, nikomu niepotrzebną, złote cacko, a usłyszeli dookoła siebie żałosny płacz całej przyrody. Przerazili się swojego czynu. Takie mieli wrażenie, jak gdyby ukradli poświęcony przedmiot z kościoła albo jakby zdjęli wieczną lampę złocistą, co świeciła w niezmiernej świątyni świata przed ołtarzem usianym gwiazdami.

Siedzieli w mroku i serca mieli struchlałe. Obok nich, owinięty płachtą, leżał uwięziony złoty ptak nieba, lampa świata, włodarz gwiazd, cudo tajemnicze, dobrotliwy, łaskawy, cichy księżyc. Przez przędziwo zmoczonej płachty siał się blask taki, jak świetlista mgła, bo ukradzione z niebiosów światło można splugawić i sponiewierać, ale nie można go zadławić, aby zgasło.

Noc była ciemniejsza niż zwykle i pełna szumnych niepokojów, które dopiero dzień uciszył.

Wraz ze wschodem słońca nabrali chłopcy odwagi; księżyc, widać, spał spokojnie i zapewne zamknął oczy, bo dzień był promienny.

Jacek, po długiej ze sobą walce, przyczołgał się do związanej sznurem płachty, rozchylił ją ostrożnie i spojrzał zalęknionymi oczyma.

— Jest! — szepnął.

— Czy patrzy? — pytał Placek.

— Nie wiem, widziałem tylko brzeg. Jest cały ze złota.

— Co teraz? — szeptał Placek.

— Weźmiemy go na ramiona i poniesiemy. Musimy zajść do jakiegoś miasta i tam go sprzedamy złotnikom.

— A jeśli nas spytają, skąd go mamy?

— Czy ja wiem? Powiemy, żeśmy go znaleźli, kiedy spadł z nieba. Ale stąd trzeba nam uciekać, tu nie jest bardzo bezpiecznie. Słyszałeś, co się działo dzisiejszej nocy? Cały świat płakał! Gdyby teraz nastały chmurne noce, nikt nie zauważy, że go nie ma na niebie, i łatwo go sprzedamy. Placku! Będziemy bogaci! Bardzo będziemy bogaci!

— Czegoś się boję — szeptał Placek.

— Czego się boisz? Gdybyśmy ukradli słońce, to co innego. O słońce mogłaby być wielka awantura, ale — komu był potrzebny księżyc?

— A czemu po nim tak płaczą?

— Może dlatego, że był bardzo ładny?… Ale to trudno! Jesteśmy biedni i chcemy być bogaci.

— Tak, ale…

— Przestań, bo sprowadzisz na nas nieszczęście! Zaczął gorączkowo przywiązywać płachtę do kija, po czym schwycił jeden koniec, a drugi kazał chwycić Plackowi.

— Na ramiona! — zawołał.

Kij aż się wygiął pod ciężarem, oni zaś poczęli iść z wielkim trudem.

— Nie wiedziałem, że złoto jest tak ciężkie — westchnął Placek. - W którą idziemy stronę?

— Okrężną drogą wciąż na wschód, bo stamtąd zaczęła się nasza wędrówka.

W utrudzeniu szli przez cały dzień, często odpoczywając. Na popasach ostrożnie zaglądali do wnętrza płachty i cieszyli się złotym blaskiem, który w słonecznym świetle jak gdyby nieco przygasł i zbladnął, wieczorem zaś układali swój ciężar pod drzewem i nakrywali go mchami i liśćmi, nie mogąc znieść widoku tej świetlistej aureoli, która promieniała z dziwnego tobołu. Ze zdziwieniem dowiadywali się, że wieść o kradzieży księżyca biegła przed nimi, zaraz bowiem po nastaniu wieczoru zaczynał się płacz drzew i rzewne narzekanie wód. Tego zaś nie wiedzieli, że na całej ziemi płakano nad stratą księżyca. Najserdeczniej lamentowali poeci, którzy najpiękniejsze wtedy pisali wiersze, kiedy on się do nich dobrotliwie uśmiechał lub kiedy wędrował nad wodą i odbijał się w toni, prześliczny i czarowny. Płakali wędrowcy, którym oświecał drogi. Płakali pastuszkowie, którzy nocą paśli konie. I żeglarze płakali, bo zagasnął na morzach złotem wyścielany gościniec. Płakali biedni, którzy przed nim swoje wywodzili żale, wiedząc, że ich pieszczotą promienistą pocieszy i zajrzy w znękane serca.

Gdyby chłopcy o tym wiedzieli, może byliby rozwiązali płachtę i wyjąwszy księżyc troskliwie wrzuciliby go w toń wody, aby nazajutrz ukazał się na niebie. Nie słyszeli jednak płaczu całej ziemi, a nie chcieli słyszeć smętnego żalu drzew i wód. Chcieli być bogaci.

Duma ich upoiła, że do nieszczęsnego Zapiecka powrócą ozłoceni i strojni, chcieli też znaleźć się tam jak najprędzej. Dźwigali przeto swój złoty ciężar uginając się pod nim. Szli i szli z twardym uporem, czujnie strzegąc swojego skarbu; zawsze go pilnował jeden z nich, kiedy drugi szedł na poszukiwanie pożywienia.

1 ... 42 43 44 45 46 47 48 49 50 ... 54
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)