O dwoch takich co ukradli ksiezyc
- Автор: Макушинский Корнель
- Язык: польский
- Жанр: Сказки народов мира
Электронная книга - «O dwoch takich co ukradli ksiezyc». Краткое содержание книги:
Пройдя долгий путь, близнецы всё-таки ловят луну в свою сеть, но в результате получают лишь проблемы. В поисках Луны они посетили города Сараделла и Мортаделла, а потом попали в руки заметивших их разбойников. Последние привели их в Золотой Город, где всё было сделано из золота. Любой, кто прикасался к золоту, сам становился золотым. Та же участь постигла и всех разбойников.
Итогом приключения Яцека и Плацека стало их возвращение домой. Осознав свои ошибки, братья решили помогать своим родителям и перестать быть ленивыми.
Jednego wieczoru wypłynął spoza drzew księżyc, poważnie zamyślony, i wędrował sobie powoli po niebieskiej drodze; miał twarz dziwnie dobrą i poczciwą, mile uśmiechniętą. Chłopcy patrzyli w niego ciekawym spojrzeniem, bo choć go widzieli wiele razy, nigdy nie patrzyli na niego dłużej. Wiedzieli, że jest, i to im wystarczało; teraz jednak, nie mając nic lepszego do roboty, przyglądali się jego podróży przez długie godziny.
— Skąd on przychodzi i dokąd dąży? — pytał Placek.
— Zdaje mi się — odrzekł Jacek — że mieszka za lasem, bo zawsze wychodzi spoza drzew: pewnie tam wśród nich śpi przez dzień jak sowa. Wędruje potem po niebie, bo to pewnie pasterz gwiazd, co ich pilnuje, aby która nie zgasła, a kiedy się zmęczy, to się chowa znowu między drzewa albo wpada do wody. Kiedyśmy byli nad jeziorem, wtedy widziałem, że mieszka w wodzie.
— Musi być bardzo dobry…
— Nie zawsze, bo czasem jest taki czerwony, jakby z gniewu.
— A na kogóż on się może gniewać?
— Nie wiem: może na gwiazdy, kiedy która wejdzie w szkodę…
— W jaką szkodę?
— Czy ja wiem? Już on tam dobrze na tym się rozumie.
— I on tak zawsze wędruje?
— Nie wiem, czy już był, kiedyśmy się urodzili, ale odkąd nasza pamięć sięga, to go zawsze widziałem na niebie.
— Ja myślę, że on jest bardzo nowy, bo się świeci.
— A czemu psy go tak nie lubią?
— Pewnie dlatego, że im nie daje spać i wyprawia gębą dziwne miny.
— Strasznie to jest śmieszna istota. A dlaczego czasem to go wcale nie ma?
— Może odpoczywa i gdzieś śpi w wodzie. Czy ty myślisz, że to przyjemna robota łazić tak bez przystanku po całym niebie w nocy i do tego samemu?
— Gdybyśmy byli księżycami, toby nas było dwóch, byłoby jaśniej.
— Pewnie, ale psy wyłyby dwa razy głośniej.
— To byłoby śmieszne! My mamy doskonałe gęby na księżyc. Patrz, jak on się śmieje!
— On się zawsze śmieje, zresztą tu nie ma żadnego psa, więc mu wesoło. Ależ się świeci! Z czego też — on jest zrobiony?
— Ja myślę, że ze złota.
— Ze złota? Czekaj no, Placku… Tak, tak… To, cośmy widzieli w zamku złotych ludzi, miało tę samą żółtą barwę, jaką ma on, a to było złoto. A, tak, tak!.. Że mi też to nigdy nie przyszło do głowy!
Umilkli, spoglądając, jak księżyc, do syta się napatrzywszy na to, co się stało przez dzień na świecie, zaczął się toczyć w dół jak złote koło. Dotknął czubów drzew i począł się chylić nisko ku ziemi.
— Tam musi być woda — szepnął Jacek — on lubi spać w wodzie… Że też mi to nigdy nie przyszło do głowy… Placek!
— Co takiego?
— Jak myślisz, ile też można by zrobić dukatów z takiego złotego księżyca?
— Nie wiem, nigdy nie widziałem dukata, ale pewnie bardzo wiele.
— Sto można by zrobić?
— Może nawet więcej, ale dobrze nie wiem, bo jestem śpiący…
Tej nocy śniło się Jackowi samo złoto. Rano obudził się zamyślony, zamyślony przewałęsał się przez cały dzień i niecierpliwie wyglądał wieczora.
Kiedy księżyc wypłynął na swoją nocną służbę, Jacek przypatrywał mu się pilnie i kręcił głową, zważywszy, że jest jakiś większy niż wczoraj i bardziej pełny. Przez długie godziny trwał w milczeniu aż do chwili, kiedy księżyc wtoczył się między drzewa. Jacek zapamiętał sobie, że zawsze schodzi ku ziemi w tym miejscu, gdzie rosną rozłożyste lipy.
Skinął na Placka i rzekł cicho:
— Chodź, Placek, mam ci coś ważnego do powiedzenia…
Szeptali długo w noc.
— Jeżeli się uda — rzekł wreszcie głośno Jacek — będziemy mieli z czym powrócić do Zapiecka.
— Strasznie jesteś mądry! — zawołał z uznaniem Placek.
— Ktoś z nas przecie musi być mądry — odpowiedział Jacek. - Jutro przeto o świcie pójdziemy w tę stronę, gdzie rosną lipy. Jeżeli poza nimi jest woda, to wszystko się uda. Byle tylko niebo było pogodne!
Niebo, wedle jego marzenia, było następnego dnia bez skazy, lazurowe i przeczyste. Radość, świeża i rześka, napełniła cały świat i ich serca.
Chłopcy gorączkowo przygotowywali się do drogi: obeszli wszystkie komnaty pałacu, przejrzeli się w zwierciadle, w którym dostrzegli dwóch dryblasów, dobrze już odżywionych i wypoczętych, po czym starannie złożyli płachtę czarnoksięską, którą Jacek niósł troskliwie, Placek zaś dźwigał dwa potężne kije, długie i giętkie.
Poszli w stronę, w której rosły lipy, a kiedy już byli daleko, rzekł Placek:
— Jacku! Zapomnieliśmy być na grobie Niewidzialnego…
— Daj mi pokój — odpowiedział niecierpliwie Jacek — mam teraz inne zmartwienia!
Placek zamilkł, ale obejrzawszy się ukradkiem, pożegnał ostatnim spojrzeniem dalekie już mieszkanie nieszczęśliwego człowieka i coś zaczął szeptać… Może modlitwę…
Szli długo przez lesiste pustkowie, gorączkowo i szybko.
— Zgadłem! — zawołał nagle Jacek. - Jest woda!
W oddali istotnie błysnęło srebrnym blaskiem wygładzone przez słońce rozlewisko wody. Strumień, urodzony w lesie, rozszerzał się równomiernie i nabrawszy powagi, utworzył niewielkie jeziorko, licznie zamieszkane przez krzykliwe żabie tałatajstwo. Jezioro było płytkie i urocze. t
— To musi być tu — rzekł drżącym głosem Jacek.
— Oby się tylko udało! — szeptał Placek.
— Mamy wiele czasu — mówił Jacek — i dobrze się rozejrzymy.
— Jak to zrobić? - zapytał Placek.
— Jeszcze dobrze nie wiem, ale mamy cały dzień do namysłu.
— A co będzie, jeśli nas dojrzy?
— On się wcale nie boi ludzi, zresztą skąd się może domyślić, co go czeka? Przez myśl mu to nie przejdzie!
— Tak, to naprawdę trudno przypuścić, że ktoś chce ukraść.
— Milcz! — krzyknął Jacek.
— Przecież jesteśmy sami!
— A ptaki, a drzewa, a żaby?
— Ach, prawda!
— To pewnie wszystko jego przyjaciele… Ukryjmy się w trawie i ani pary z ust.
— Jeść można?
— Byłeś bardzo, swoim zwyczajem, nie zgrzytał zębami… Cicho!
Wszystko przez dzień spało w słonecznym upale; czasem tylko bąk, wieczny włóczęga, potoczył się, bucząc, przez powietrze, zabrzęczała pszczoła albo też ryba, której się ni stąd, ni zowąd zachciało zobaczyć boży świat, cisnęła się z wody rozpryskaną tęczą. Cały świat pił słońce jak mocne wino, więc leżał w miłym odurzeniu, czekając deszczu wieczornej rosy. Kiedy zaś zaczęła padać, kwiaty rozchyliły purpurowe usta, prostowały się trawy, liście szumiały radośnie.
Jacek wparł się spojrzeniem w niebo, które zaczęło się srebrzyć daleko, daleko.
— Idzie! — szepnął.
— Idzie!.. — powtórzył Placek. - Będzie tu za jakie trzy godziny…
Drżeli w niecierpliwym oczekiwaniu, coraz to spoglądając na niebo.
Żaby poczęły rechotać, żadne bowiem stworzenie na świecie nie ma tyle do opowiadania, co żaby: od początku świata co wieczór gadają to samo, widać jednak, że niesłychane historie dzieją się w każdym stawie, bo gadaniu nie ma i nie będzie końca. Tego wieczora, widać, obgadywały księżyc, bo rejwach był pełen zachwytu.
Kiedy księżyc minął szczyt nieba i dobrymi oczyma zmierzył stromą drogę, wiodącą na ziemskie niziny, Jacek szepnął:
— Kiedy już zobaczymy, gdzie się ma zanurzyć, podejdziemy tam chyłkiem… Podstawimy sak i sprawa skończona.