Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]
- Автор: Мэй Джулиан
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Alfa-Wero
- ISBN: 83-7001-781-9
- Переводчик: Juliusz W. Garztecki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]». Краткое содержание книги:
— Wiele starożytnych kultur wierzyło, że drzewa mają szczególne siły — zaprotestował Aiken. — Czy nie tak, Bryanie?
Antropologa to rozśmieszyło.
— O, tak. W starożytnym świecie przyszłości kult drzew był prawie powszechny. Druidowie mieli alfabet służący do wróżenia, związany z nazwami drzew i krzewów. Był to oczywisty relikt bardziej rozpowszechnionej religii, w której drzewa stanowiły punkt centralny, a pochodzącej z najdawniejszej starożytności. Skandynawowie czcili potężny jesion Yggdrasil. U Greków jesion był poświęcony bogowi morza Posejdonowi. U Rzymian za święte uważano brzozy. Jarzębina była starogreckim i celtyckim symbolem władzy nad śmiercią. Głóg wiązano z orgiami seksualnymi i miesiącem majem, podobnie jabłoń. Dęby były przedmiotem kultu w całej Europie przed wynalezieniem pisma. Z jakichś powodów są one szczególnie podatne na uderzenia piorunów, starożytni więc łączyli to drzewo z bogiem władającym piorunami. Grecy, Rzymianie, Celtowie gallijscy, Brytowie, Teutoni, Litwini, Słowianie… wszyscy uważali dąb za święty. Folklor niemal wszystkich krajów europejskich mówi o istotach nadnaturalnych mieszkających w specjalnych drzewach albo straszących w puszczach. Macedończycy mieli driady, Styryjczycy wiły, Germanie „świętą pannę”, a Francuzi swoje dames vertes. A wszystko to: duszki leśne. Ludy skandynawskie także w nie wierzyły, ale zapomniałem, jakie dały im imię…
— Skogsnufvar — odezwał się niespodzianie Raimo. — Dziadek mi opowiadał. Pochodził z Wysp Alandzkich, gdzie ludzie mówili po szwedzku. Kupa durnych bajek.
— Nic się nie może równać dumie z własnego pochodzenia! — zarechotał Aiken, co wywołało ponowną awanturę, bo drwal uderzył w niego znowu spotęgowaną zdolnością PK, Aiken zaś kontratakował siłą zniewalania; starał się zmusić Raimo, by wbił sobie palec wskazujący we własne gardło.
Aż wreszcie Creyn zawołał:
— Wszechmocna Tano, dość tego!
Obaj walczący jęknęli, chwycili za swe srebrne obręcze i uciszyli się jak para wychłostanych uczniaków, milczących, lecz nie skruszonych.
Raimo wyciągnął z bagażu wielką srebrną flaszkę i zaczął z niej pociągać.
— Demerara produkcji Hudson Bay Company, siedemdziesiąt pięć procent alkoholu. Tylko dla dorosłych. Zamartwiaj się.
Rozległ się spokojny głos Elżbiety:
— Opowiedz nam o Skogsnufvarach, Bryanie. Czy były piękne?
— O tak. Długie, falujące włosy, zmysłowe ciała… i ogony! Był to standardowy archetyp animy, wabiącej mężczyzn w głąb puszczy, aby się z nimi przespać. A po tym biedacy byli kompletnie w mocy tych kobiecych elfów. Mężczyzna, który próbował je opuścić, słabł, chorował, aż umarł, a w najlepszym wypadku tracił rozum. W dwudziestowiecznej Szwecji dokładnie opisano ofiary Skogsnufvarów.
— W folklorze walijskim można się doszukać podobnych stworzeń — odezwała się Sukey. — Ale — mieszkały w jeziorach, nie w lasach. Zwane były Gwragedd Annwn i wynurzały się, by tańczyć w drżącym świetle księżyca i wabić podróżnych do swych podwodnych pałaców.
— To powszechny motyw folklorystyczny — skomentował Bryan. — Symbolika łatwa do zrozumienia. Niemniej trzeba trochę żałować biednych elfów-samców. Wygląda na to, że ominęło je sporo dobrych, sprośnych zabaw.
Większość ludzkich podróżników, ze strażnikami włącznie, roześmiała się.
— Czy istnieją analogiczne legendy wśród twego ludu, Creyn? — spytał antropolog. — Czy też w twojej kulturze nie tworzono opowieści o rzucaniu czarów?
— Nie było potrzeby — uciął sucho Creyn.
Elżbiecie przyszło na myśl coś dziwnego. Spróbowała wśliznąć się mikrosondą za osłonę Creyna, ale tak, by nie budzić jego uwagi.
Och Elżbieto nie. Te drobne agresje, gierki daremne szukanie wyższości.
(Niewinne niedowierzanie lekceważąco zabarwione szyderstwo. )
Nonsens. Jestem stary, zmęczony uprzejmy dobrej woli dla ciebie i twoich nawet ostatecznie do skuszenia. Ale inni megogatunku nie. Ostrzegam Elżbieto. Nie odrzucaj Tanów lekko. Wspomnij maskonura.
Maskonura ?
Dziecinny wiersz twoich od ludzkiego wychowawcy wśród nas dawno zmarłego. Samotny ptak tylko jeden z, gatunku jadł ryby opłakiwał samotność. Przyjaźń ofiarowana przez ryby jeśli ptak przestanie pożerać. Umowa przyjęta sposób żywienia zmieniony. Ryby tylko lojalne w mieście dla maskonura.
Jak wy Tanowie dla mnie?
Potwierdzenie Elżm askon urbie to.
Wybuchła śmiechem, a Bryan i inni ludzie spojrzeli na nią zdziwieni i zakłopotani.
— Ktoś — zauważył Aiken — wymienia szeptem uwagi za naszymi mózgami. Czy nie zdradzisz nam tego dowcipu, kochanie?
— Dowcip był na mój temat, Aikenie. — Elżbieta zwróciła się do Creyna: — Rozejm między nami. Na teraz.
Kosmita skłonił głowę.
— Pozwól mi więc zmienić temat. Zbliżamy się do doliny rzeki, gdzie zatrzymamy się na odpoczynek w mieście zwanym Roniah. Dalej w drogę ruszamy jutro, ale w bardziej przyjemny sposób: statkiem. Do stolicy w Muriah przybędziemy za mniej niż pięć dni, jeśli wiatr będzie sprzyjał.
— Żaglowce na tak burzliwej rzece jak Rodan? — zapytał osłupiały Bryan. — A może w pliocenie jest spokojniejsza?
— Oczywiście, sam to osądzisz. Ale nasze statki są zupełnie inne niż te, do jakich jesteście przyzwyczajeni. My, Tanowie, nie przepadamy za podróżowaniem wodą. Ale po przybyciu ludzi skonstruowano bezpieczne i sprawne statki i ruch na rzece stał się nader żywy. Obecnie używamy statków nie tylko dla żeglugi pasażerskiej, ale także do przewozu ważnych towarów z północy… szczególnie z Finiah i z Goriah, miast położonych w kraju nazywanym przez was Bretanią, do południowych regionów, których klimat bardziej nam odpowiada.
— Zabrałem ze sobą żaglowiec — powiedział antropolog. — Czy będzie mi go wolno użyć?
— Żegluga w górę rzeki jest, jak się przekonasz, niemożliwa. W tamtym kierunku idą karawany chalików albo większych zwierząt jucznych, zwanych helladami: gatunek żyrafy o krótkiej szyi. W trakcie twych badań na pewno odwiedzisz szereg z naszych ośrodków miejskich.
— Nie nosi przecież obręczy? — wtrącił się Raimo. — Tak mu ufacie?
— Mamy coś, czego on chce — zaśmiał się Creyn.
Bryan drgnął, ale powstrzymał się od chwycenia przynęty. Powiedział tylko:
— A te ważne towary, które przewozicie? Przypuszczam, że to głównie żywność?
— W pewnej mierze. Ale w tym Wielobarwnym Kraju mięso i napoje dosłownie proszą się, by je brać.
— A więc minerały. Złoto i srebro. Miedź i cyna. Żelazo.
— Żelazo nie. Dla naszej prostej technoekonomii jest raczej zbędne. Światy Tanów tradycyjnie opierały technikę na różnego rodzaju nie tłukących się szkłach, w przeciwieństwie do ludzkości używającej żelaza. Ciekawe, że w ostatnich latach i wy także nauczyliście się doceniać ten wszechstronny materiał.
— Vitrodur. Tak. Niemniej wydaje się, że wasi wojownicy przedkładają tradycyjny brąz jako materiał nad zbroje i broń.
Creyn zaśmiał się cicho.
— W najwcześniejszym okresie istnienia bramy czasowej uznano za słuszne, by w ten sposób ograniczyć możliwości ludzkich wojowników. Obecnie, gdy zakaz stał się przestarzały, ludzie nadal trzymają się żelaza. Tam, gdzie nie stoi to w sprzeczności z naszymi potrzebami, pozwalamy, by technologia oparta na brązie kwitła wśród was. My, Tanowie, jesteśmy rasą tolerancyjną. Byliśmy samowystarczalni, zanim zaczęli przybywać ludzie i w żaden sposób nie zależymy od ludzkości jako źródła pracy niewolniczej…